Jak dalej żyć?

Czyli jak stawić czoła przeciwnościom codziennego życia

Kategoria: Strona główna

Sen, urodziny i…Tony Soprano. Oraz pewne wątpliwości z „nią” w tle.

Od czego by tu zacząć swoje wywody hmm…

Nie jestem zadowolony z wczorajszego wpisu. Chyba byłem zbyt zmęczony, gdy go pisałem i nie czuję, abym przekazał to co mi „leży”. Postanowiłem więc podejść do poruszonego ponownie.

Co z tą żoną?

Z żoną nie rozmawiam. Trudno nazwać to związkiem, ponieważ nie porozumiewamy się, tak właściwie nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Jedyną możliwością, aby to zrobić jest pewna platforma społecznościowa, na której coraz mniej bywam. Można powiedzieć, że to małżeństwo jest martwe i to wyjątek, który nas łączy. Jakoś niedługo kończy jej się karta pobytu, której warunki już dawno nie utrzymała, ponieważ nie można tak długo przebywać poza granicami kraju wydającego upoważnienie. Z tego co wiem, to próbuje załapać się na studia, aby kontynuować swój legalny pobyt. Wprawdzie próbowała się ze mną skontaktować i wymusić na mnie wyrobienie kolejnej karty. Nie wiem czy o tym pisałem, ale dla przypomnienia napiszę, że ponad miesiąc temu napisała do mnie oznajmujac mi, że musimy jechać do Polski, ponieważ kończy jej się karta. Jeżeli czytasz tego bloga, to wiesz, że na początku tego roku próbowałem przemówić jej do rozsądku wspominając, że chciałbym naszą niezałatwioną sprawę zakończyć, ale moja żona mnie zignorowała. Teraz kiedy napisała do mnie w sprawie nowej karty to zwątpiłem, czy pisze do mnie na poważnie. Wyszło na to, że naprawdę chciała namówić mnie na powrót do Polski tylko po to, aby złożyć dokumenty o wydanie nowej karty pobytu na czas określony.

Oczywiście kategorycznie odmówiłem. Po pierwsze, po tym co zrobiła jakoś nie bardzo czuję się zobowiązany do spełniania jej zachcianek. Po drugie, wątpię, aby ktoś wydał jej drugą kartę sądząc po tym jak może wyglądać jej sytuacja z perspektywy urzędu. Po trzecie, pamiętam jak wyglądał wywiad i nie bardzo wiem jakbym miał odpowiedzieć „co robiliśmy podczas ostatniego weekendu”. Po czwarte, nie będę przykładał ręki do łamania prawa w jej sprawie. Po piąte -najważniejsze – rozpocząłem niedawno życie w Irlandii, mam fajną pracę i jakoś nawet przez chwilę nie myślałem o tym, aby nagle to przekreślać skoro uporem udało mi się coś osiągnąć. To o co poprosiła (a raczej palnęła) spowodowało we mnie wewnętrzne „…że, kurwa, co…?! pogieło ją…” i pomogło to w formułowaniu skojarzeń na jej temat. Każdy z tych powodów jest absolutnym powodem, że definitywnie żadne wyrabianie karty nie w chodzi w grę, bez względu na nic. Po prostu…nie. To przeszło wszelkie oczekiwania. Ciut za późno tak poza tym.

Jakoś w tym samym czasie próbowała innego rozwiązania – chciała wymusić na mnie rozwód. Z tym, że prawdopodobnie w jej zamyśle rozwód jest czymś na zasadzie wyjścia z autobusu. Wychodzisz i jesteś wolna. Nie ma procedur, nie ma aktu rozwodowego, nie ma terminu rozprawy rozwodowej, ani nie ma samej rozprawy. Jak myślisz, ile może trwać sprawa rozwodowa? Bo wydaje mi się, że nawet, gdybym miał wszelką dokumentację to sporo trzeba poczekać na finał sprawy. A po drugie…nie jestem w Polsce. O czym myślałem, gdy napisała do mnie o rozwodzie? Że wystarczająco dużo poświęciłem się, aby doprowadzić do ślubu i nieprędko zbierze mi się na rozwód, bo sprawy związane z tym małżeństwme nie są moim ulubionym wątkiem. Teraz przypomniało mi się, że o rozwodzie napisała do mnie trochę po tym, gdy nie zgodziłem się na przedłużanie karty, ponieważ napisała mi, że skoro nie chce jej pomóc to znajdzie sobie kogoś, kto będzie chciał jej pomóc, bo chce zostać we Włoszech. Zagrosiła nawet, że gdy ja będę chciał rozwód, to ona mi go nie da. Specyficzna to osoba, cóż…

Nie wiedziałem, czy poruszanie tego tematu ma większy sens, lecz podczas odpisywania na komentarz uświadomiłem sobie, że wyszłoby na to, że pisze kolejny post, bo sam komentarz jest za długi i pominąłbym wiele istotnych rzeczy samym skracaniem go do absolutnego minimum. Tatiana w swojej uwadze bardzo trafnie podsumowała wiele szczegółów. Także Tatiano, posłużę się twoim pewnym zdaniem na temat tego, że życie zweryfikuje uczynki mojej byłej partnerki – owszem, również jestem tego zdania, ale o ile nie jestem zbyt przesądny i nie doszukuję się sprawiedliwości od Absolutu, to wiem, że z podejściem jakim kieruje się „ona” to wcześniej czy później wpadnie w niemałe tarapaty i to nieraz. Moja nadzieja wiąże się z tym, że nie odbije się to już na mnie i głównie dlatego rozpatruję opcję rozwodu. O rozwodzie jednak nie myślę (jak już wspomniałem wyżej), bo coś czuję, że czeka mnie wiele formalności i konieczność kontaktu z nią.

Co z tymi urodzinami?

Ostatnio przeżyłem ten dzień w roku, którego chcemy spędzić inaczej niż pozostałe – urodziny. Kiedyś był to dzień szalonych imprez, wymówka, aby wlać w siebie więcej niż nakazuje przyzwoitość. Dziś jest to kolejny dzień, kiedy uświadamiam sobie, że staję się coraz bardziej doświadczony życiowo. Dla ciebie może tak nie jest i inaczej to świętujesz (co mnie wcale nie zdziwi i rozumiem to zupełnie), ale urodziny przestały mieć dla mnie jakieś głębsze znaczenie niż zwykle miały. Po przybyciu do Irlandii spotkałem się ze znajomym, który okazał się być wyjątkowo przyzwoitym rodakiem poza granicami Polski. Przypomniało mi się, że zupełnie niedługo będą moje urodziny, więc zasugerowałem, aby wybłagał jakieś wolne lub miał przynajmniej na uwadze, że jest okazja do spotkania się przy piwku. Co jak co, ale świadomość typowego męskiego towarzystwo jest lekarstwem na całe zło. Szczególnie, że nie mam jeszcze skonfigurowanego kręgu znajomych na wyspie. Minęło pare tygodni…a ja zapomniałem o własnych urodzinach. Przytrafiło ci się kiedyś coś takiego? Mi tylko raz i było już za późno, bo zorientowałem się dzień po fakcie. Tym razem zorientowałem się, gdy zobaczyłem gotowy grafik w pracy. Było już za późno. Na piwko umówiliśmy się dzień po urodzinach. Zresztą nie było to piwko, tylko Starbucks i „Człowiek ze Stali 3D”.

Nowi koledzy i koleżanki z pracy złożyli mi życzenia i pytali się w jaki sposób spędze „swój” dzień. Odpowiadałem raczej wymijająco, ale miałem plan, z którym nie chciałem się za bardzo dzielić ani z bliskimi, ani dalekimi znajomymi. Chciałem go spędzić po swojemu. Skończyłem zmianę dość wcześnie i doskonale wiedziałem, gdzie pojadę. Nie miałem zamiaru rozmawiać z nikim, nie chciałem towarzystwa, ani nie oczekiwałem rozmów. Dobrze wyszło, że nie miałem umówionych ludzi na ten konkretny dzień, ponieważ im szybciej się on zbliżał, tym mniejszą potrzebę miałem na rozmowy. W dzień, który dla wielu jest wyjątkowym, dla mnie był dniem, którego chciałem spędzać ze swoją ukochaną osobą. Po prostu. W taki sposób jaki by nam odpowiadał. Wybrałem się na spokojne, wschodnie wybrzeże, okolice Howth. Nadmorska bryza, spokój, którego istetnia nie byłem pewien dopóki nie trafiłem w to miejsce pierwszy raz, podróżujące mewy, szum morza oraz dźwięk fal rozbijających się o skały. Spacerowałem po górnej części i obserwowałem horyzont. Był to jeden z tych momentów w życiu, kiedy człowiek czuje, że żyje. Czuje się oblicze konfrontacji natury i człowieka. Nie liczył się czas, ani przeszłość, ani nawet przyszłość. Liczył się tylko tamten moment. Wiesz o czym myślałem w ten dzień, będąc tam? Myślałem o żonie. Nie wiem, czy rozumiesz co spróbuję ci powiedzieć, ale musisz zrozumieć, że żona dla mnie to stanowisko w życiu, którego nie zastąpi przyjaciel, ani maskotka. Spacerując po zboczu urwiska rozmyślałem o kimś, kto był dla mnie towarzyszem uczuć. Ktoś kto miał prawo dostępu do skrytych części mnie i tylko ten ktoś mógł na mnie wpływać. Będąc tam czułem się jakbym chciał powiedzieć tej części siebie: „zobacz jakie to piękne. jak my”. Tamtą chwilę chciałem spędzić z tą osobą. Gdyby jednak pokazała się moja żona, nie czułbym się zobligowany, aby spędzić z nią chwilę, ani nawet wymienić z nią słowo. Stanowisko żony nabrało dla mnie szacunek, lecz osoba, która nią była ten szacunek straciła. Ciężko jest mi to wytłumaczyć tobie, ale nie tęsknię za tą osobą, ale tęsknię za otoczką jaka została stworzona i w okrutny sposób zrównana z ziemią.

Im dalej w las tym bardziej przekonuję się do tego, że nie mam kontroli nad tym co siedzi w mojej głowie jeżeli chodzi o  przeszłość i osobę odpowiedzialną za burdel jaki zrobiła. Rozum swoje, a serce swoje i życie toczy się dalej. Ostatnio walnąłem sobie piwko przed snem i wtedy dopiero zaczęło się dziać. Miałem pewne obawy, czy piwo na noc to dobry pomysł, ale dzień był pełen emocji więc czemu nie. Drugi raz postaram się powstrzymać od podobnych pomysłów, bo sny były bardzo nieprzyjemne – znów nawiedziła mnie „ona”, była nieprzyjemna, wredna i dokładnie taka jak widzi ją rozum. Znów wykorzystywała moje słabości, zachowywała się gruboskórnie i robiła to co przekonywało mnie, aby nie oglądać się za siebie w chwilach niepewnych. Może wyszło mi to nawet na dobre, bo po przebudzeniu się byłem święcie przekonany, że jest to osoba od której powinienem się trzymać jak najdalej. Parę dni później miałem podobny sen, ale ten mi się bardziej podobał. Znów w nim była „ona” ale tym razem zupełnie neutralna – ani dobra, ani zła, pojawiała się i nie miała wpływu na to co się w dzieje. Śniło mi się mniej więcej to, że trafiłem na jakieś zupełne bezludzie, postanowiłem wrócić samochodem. Bez prawka, pod osłoną nocy, chciałem powrócić zanim powstanie słońce. Czułem dreszczyk emocji, czułem się jak ryba w wodzie. Po obudzeniu się czułem się wyspany jak nigdy. Masz coś takiego, że śni ci się coś tak swobodnego, że chętnie wróciłoby się do tego stanu?

R.I.P. James „Tony Soprano” Gandolfini.

Wracając do tematu serialu telewizyjnego. Jak zapewne wiesz, dość popularny aktor – James Gandolfini – czyli aktor, który grał pierwsze skrzypce w serialu „Rodzina Soprano” zmarł wskutek zawału serca. Jeżeli pamiętasz ten serial to wiesz, że nie był on projektem o prostej fabule, ba, nawet miał wiele interpretacji, a ciągłość akcji miała wpływ na zdrowie Tony’ego. Aktor jednej roli? Może, ale w trakcie pierwszego kontaktu z RS uznałem James’a jako osobę, która stworzona była do odegrania roli głowy rodziny przestępczego półświatka. Okoliczności śmierci utwierdziły mnie w przekonaniu, że w mojej pamięci już zawsze pozostanie Tony’m Soprano bez znaczenia jaki film bym z nim obejrzał. Jako hołd uznałem powrót do serii i delektowanie się każdą chwilą w niej zobrazowaną.

Co ma ten serial do wiatraka? A właśnie ma. Nie chodzi o śmierć człowieka, zmarł to zmarł, szkoda go, ale o śmierci porozmawiam z tobą jak chwila będzie bardziej trafna. Co zatem wniósł ten serial – obraz człowieka, który radzi sobie z problemami rodziny jaką znamy oraz problemami rodziny mafijnej. Zacząłem doceniać wątek, w którym Tony spowiada się ze swoich żali dr Melfi, gdzie również zachodzą pewne reakcje między nim a nią. Nie wierzę do końca w te całe wizyty w prawdziwym życiu, ale zauważyłem coś ciekawego. Faktem, jest że w człowieku zbierają się informacje, które z czasem przepełniają szklankę. Im więcej tych informacji, tym cieżej, aż w jakiś sposób rozładujemy napięcie. I teraz pomyśl, ile razy w życiu było tak, że czujemy silną potrzebę powiedzenia czegoś, aby było lżej? Nic ci to nie mówi? Mówi, ale niewiele? Kochasz kogoś, ale nie wiesz czy to prawda – na przykład. Tony powiedział, a tak właściwie palnął, że kocha Melfi. Poczuł się w ten sposób lepiej, bo nie musi dusić tego w sobie i powtarza to za każdym razem, bo to przyjemne. Przyglądam się tym scenom i myślę sobie, że chyba nie do końca o to chodzi czy on ją kocha czy nie. Nie chodzi mi ani tobie o to, aby podzielić się uczuciami tak po prostu, tylkochcemy  znaleźć w tym całym syfie jakiś pozytyw. Dlaczego ona powiedziała, że to efekt progresu? Bo ma rację. Skoro jest ponuro to doszukujemy się pozytywów i jak znajdziemy kiełkującą nadzieję to chcemy dokopać się do korzenia, aby pielęgnować wyrastający okaz w nieskończoność. Tak ja to interpretuję.

James Gandolfini

Dzisiejszym mediem jest bardzo ładny projekt zrealizowany przez Jana Odvarto. Na filmie widzimy Howth, umieszczony na północny zachód od Dublina region położony przy samym morzu. Jest dokładnie taki jaki ukazany jest na filmie. To tam spędziłem swoje chwile, gdy chciałem pobyć sam ze sobą i uszanować dzień jakim są moje urodziny.

Żona z Rosji, ślub z rosjanką.

Witam wszystkich.

Dzisiaj pierwszy raz od początku istnienia przyjrzałem się statystykom mojego bloga. Spodziewałem się tego, iż większość fraz, które skierowały was tutaj to „żona z rosji” (celowo z małej litery, bo tak również mam podane). Nie spodziewałem się jednak tak wielkiej reakcji pod względem wiadomości prywatnych. Rozumiem, że jest to nietypowe przypadki dla was i czujecie się w swoich sytuacjach pogubieni – znam to, też tam byłem. Jednak jest was tak dużo, że niestety musiałem usunąć link do maila, bo nie jestem w stanie odpowiadać na wszystkie wasze pytania, ale zawsze możecie napisać komentarz i chętnie odpowiem.

Ale chciałbym przejść do rzeczy. Wielu z was pyta najpierw o sprawy formalne związane z ślubem z rosjankami (ukrainkami, białorusinkami itd), a następnie pojawia się pytanie dość osobiste „czy warto?”. Ku mojemu największemu zdziwieniu okazywało się, że w tak krótkim czasie jak prowadzę bloga okazywały się przypadki bardzo podobne do moich. Ślub i ukochana osoba przepada się pod ziemię. Wtedy korespondencja reaktywuje się, a w jej następstwie zapoznaje się z pytaniami o okoliczności, przypadki, doświadczenie, kolejne kroki.

Powtarzam: najczęściej pojawiającymi się słowami kluczowymi są „żona z rosji” zaraz za tym wszystko co związane z „fikcyjnymi ślubami” i „polacy oszukani przez rosjanki”. Bądźcie czujni i umieściłem ten wpisz szczególnie dla tych, którzy nie są pewni jak wygląda druga medalu po ślubie jak coś się nie uda.

Dlaczego nie?

Ostrzegam. Ślub z rosjankami to jest bardzo ryzykowny temat, gdzie możecie wplątać się w wiele problemów zupełnie przypadkowo, gdzie nic nie wskazywało, że nawet długo rozwijająca się znajomość nie może wręcz być fałszem. Często jest tak, że bardzo spieszymy się z formalnościami podejścia do ślubu. Formalności te wymagają sporej uwagi i jest o tyle skomplikowane, że w tym samym czasie musimy zapoznać się z warunkami udzielenia karty pobytu tymczasowego. Ten pośpiech i ciągłe myślenie o procedurach, kruczkach w paragrafach, obchodzenie prawa, szukanie wyjątków oraz chodzenie od USC do UdsC odbiera nam czas, gdzie powinniśmy zastanawiać się czy jest to słuszna decyzja. Te obawy zawsze pojawiają się przed ślubem, a jednak osiągnięcie celu „ślub”, gdzie często nas zlewają staje się wyzwaniem samym w sobie. Otóż ślub z szanownymi paniami zza granicy może być dla was spełnieniem skrytych marzeń może faktycznie być dla was definicją koszmaru po ślubie.

Panuje stereotyp, że wschód ma inną mentalność, ludzie są gościnni, kobiety wierne, a dziewczyny wychowane pod życie w rodzinie. Jest to może prawdą, ale jednocześnie jest to prawda naciągana i coraz częściej wykorzystana. Gdzieś tam po drodze na pewno ktoś z was był zapytany/zapytana, czy chcielibyście mieszkać w Rosji. Ja również bym nie chciał, ale to pytanie ma chyba inny kontekst. Jestem osobą interesującą się kulturą byłego związku radzieckiego, historią i samymi ludźmi, których de facto znam do dziś i chwalę sobie te znajomości. Otóż na wschodzie pojawiła się moda uciekania. Tak jak u nas jest nadal moda na uciekanie z Polski w celu lepszego życia na wyspach czy w Skandynawii lub nawet są osoby, które wyczekują na zniesienie wiz do USA, żeby zapodać sobie reset życia tak samo podchodzą do tego młodzi ludzie z Rosji. Z tą różnicą, że my sobie podróżujemy ot tak jeżeli zaoszczędzimy kasę. Oni natomiast muszą się nieźle nagimnastykować, żeby przekroczyć granicę i to my jesteśmy tranzytem w osiągnięciu celu – przedostaniu się do Europu, która jest dla nich mekką. Brzmi to niesamowicie okrutnie, ale tam samo jest to możliwe jak nagła zmiana pogody. Oczywiście nie jest tak, że każda jest ta zła i niedobra, bo można trafić na wierną żonę, która jest w miarę kumata i rozwali wspólnie budowanego ogniska domowego, ale bądźmy szczerzy – jest to 6 w dużym lotku.

Ktoś mógłby zadać mi pytanie dlaczego jestem taki pesymistycznie nastawiony, skoro przeżyłem swój przypadek tak a nie inaczej wrzucając wszystkich do jednego worka. Uwierzcie mi, mam powody, aby tak myśleć, ale jak do tej pory próbowałem być wyrozumiały. Ilość osób wykorzystanych i ostatecznie bezsilnych jest zdecydowanie za duża. Na czym polega więc problem? jeżeli nie wypali to rozwód i tyle, nie? otóż…nie. Zanim skapniemy się, że coś poszło nie tak to możemy być jeszcze oskarżeni o organizowanie fałszywego ślubu, co jest ostatnio popularne i cholernie dochodowe. Po durnym zachowaniu mojej żony doszukiwałem się wszelkich informacji na temat fałszywych ślubów, konsekwencji i ewentualnego wyjścia z tego z podniesioną głową.

Jakie konsekwencje

Po pierwsze napisałem wiadomość do Urzędu ds. Cudzoziemców o mojej sytuacji. Odpowiedź przyszła do mnie po miesiącu, że mogę w tym przypadku wystąpić do Wojewody z wnioskiem o cofnięcie karty pobytu tymczasowego dla żony. Nic więcej nie było w treści mimo, iż napisałem o prawdopodobieństwie oszustwa. Mógłbym cofnąć jej kartę, ale jaki z tego sens, skoro kończy jej się ona w lipcu. Żeby było weselej, żona odezwała się do mnie w tej sprawie, że chciałaby zrobić kartę ponownie, żeby pozostać dłużej i miała do mnie wręcz pretensje, że karta nie upoważnia jej do podejmowania pracy na terenie Unii Europejskiej. Mam teraz z nią słaby kontakt z czego się cieszę, bo jest to osoba zupełnie pozbawiona skrupułów, honoru i jakiegokolwiek szacunku często wyrażająca swoje emocje w niecenzuralnych słowach próbując przy tym wywołać psychiczny ból.

Warto zastanowić się dwa razy zanim podejmiemy decyzję o ślubie, nie tylko dlatego, że jest to ciągłe użeranie się z placówkami państwowymi, ale również dlatego, że osoby, dla których to robimy mogą próbować nas złamać. Obecne mieszkam w Irlandii, gdzie jest mnóstwo ludzi różnych narodowości. Rosjanie są tą narodowością, która wydaje się być niechętnie goszczona, a opinie na temat sąsiadów jest zdecydowanie kiepska. Potwierdza się teoria, że jest to naród bardzo egoistyczny, wierzący w swoją wyższość i po prostu ordynarny.

Przede wszystkim uczulam – nie ma typowego wsparcia dla osób oszukanych ani „porzuconych”. Formalności, które trzeba załatwić zanim dojdzie do ślubu są wycieńczające i mamy wrażenie, że każdy chce nam wszystko utrudnić. Gdy jednak dojdzie do trwałego rozpadu związku to już nikt nie za bardzo pyta o nic. Mamy taką sytuację w Europie, że jest stały napływ imigrantów spoza UE i spory nawet procent to ściema, z którą walczą organy sprawiedliwości, ale kiedy sami do nich pójdziemy i powiemy zaszło to zachowują się jakby mieli związane ręce.

Przykłady z życia

Pierwszą osobą, która szczególnie mi się zapamiętała to kolega z Krakowa, który zapoznał się ze swoją lubą jeszcze dawniej niż ja. Schemat związku wyglądał podobnie – oczekiwanie na ślub i dalsze uroczystości. Jego przypadek jednak jest warty współczucia, ponieważ uroczystość odbywała się w oryginalny sposób, był ślub cywilny, kościelny oraz miesiąc miodowy w ciepłych krajach. Zanim państwo młodzi pojechali na wakacje to złożyli stosowny dokument o kartę pobytu. Wszystko przebiegło fajnie, dawno wrócili z wakacji, żona znalazła sobie nawet pracę, kolega wziął kredyt na mieszkanie, samochód. I wiecie co się stało, prawda? Żona oświadczyła, że nie ma zamiaru całe życie odkładać pieniędzy na to mieszkanie i zostawiła go. Ten długo nie mógł dojść do siebie, popadł w alkoholizm i wtedy się do mnie odezwał. Z czasem ją odnalazł, ale zakończenie historii wpisze w podsumowaniu.
Inny przykład to z mojego podwórka wręcz, ponieważ para mieszkała w Warszawie od dwóch lat, wyrobili kartę pobytu itd. Żona bardzo atrakcyjna, wymagająca, ale kolega spełniał jej wymagania materialne. Dużo podróżowali po świecie, on miał też taką pracę, która wymagała od niego poruszania się po Europie, co było na rękę żonie, bo chętnie podróżowała z nim jako „wierna żona, która chce być blisko ukochanego”. Podczas jednej z tych delegacji żona „zaginęła”, kiedy mąż był w placówce swojej firmy.
Nie wszystkie historyjki układają się pomyślnie dla żon. Mimo, że świadomie wybierają życie bez męża po ślubie, to ich niewiedza o kraju, w którym pozbawia ich możliwości. Ten przypadek akurat nie dotyczy bloga, pochodzi z życia codziennego jednego z kolegów mieszkających w Manchesterze. Ślub był, impreza była, żyli razem, ona dostała ten certyfikat, który jest wydawany na miejscu, że może żyć w Wielkiej Brytanii. To jest mój ulubiony przypadek, ale aby opisać go w całości, musiałbym napisać osobny artykuł. Samo zakończenie znajduje się na dole.
Ale nie każda historyjka ma swój happy end. Wielu z was zdaje sobie sprawę jaki to świat potrafi być okrutny, szczególnie dla osób, które nie za bardzo potrafią sobie poradzić samodzielnie i za którymś razem powija im się noga, bo nie było tak jak miało być według wcześniej założonego planu. Przypadek szczególnie okrutny, ponieważ pojawia się motyw dziecka i poświęcenia jakim wykazał się młody chłopak, który nie dość, że zorganizował miłości swojego życia nowe życie, w którym nie było przemocy, o której tak dużo słyszał i szczerze to wierze, że to mogło faktycznie być. Żona pochodziła z odległej części Rosji, gdzie kobiety nie są szczególnie dobre traktowane, a mówiąc wprost są workiem na spermę i maszynką do dbania o zapadający się dom, gdzie facet jest wiecznie nawalony. Dziewczyna (atrakcyjna) po cichaczu chciała wyrwać się z tamtego świata i poszukała sobie faceta na popularnym portalu społecznościowym. Korespondowali długo, gdzie ona nie wypowiadała się na temat swojego obecnego życia, a swoje doświadczenie przedstawiała jako coś co ma za sobą. Kolega z Polski nieźle się nagimnastykował, aby pomóc jej i jej dziecku (4 letni wtedy chłopak) przyjazd do Polski z wizą na 90 dni. To było dość dawno temu, a kolega brał pod uwagę ślub, przy czym nie doszło do niego. Dziewczyna za żadne skarby nie chciała wrócić do Rosji i postanowiła żyć jako nielegalny imigrant. Dopiero po jakimś czasie skorzystała z amnestii w celu ślubu z Polakiem. I udało się. Jest czego gratulować? uporu. Jest czego współczuć?
Jest. Wielu rzeczy. Kobieta po pierwszych roztopach ulotniła się…pozostawiając dziecko. Kolega w szoku, bo gdzie ona i co z dzieckiem? W końcu znali się tyle lat i co dalej. Historia dość drastyczna, ponieważ udało mu się zlokalizować żonę (to się samo udaje wcześniej czy później bez większego wysiłku). Chłopczyk był dzieckiem z wpadki, a typ co bił kobietę nie był jego ojcem. Dziewczyna zostawiła Polaka, wyjechała na południe i tam zamieszkała…z kolesiem, od którego podobno uciekła. To ona zaprosiła go do europy i dostał on wizę z jej inicjatywy. Podobno mieszkają razem nadal, a dziecko zostało w Polsce (szkoła itd), do którego matka nieszczególnie się przyznaje, a jej obecnemu facetowi to prawdopodobnie na rękę, bo można wnioskować, że to bękart „z przypadku”, dzięki któremu matka zaliczyła niejednego siniaka.
A co z wcześniejszymi dziewczynami? Żona z Krakowa również uciekła na południe, gdzie zapoznała się kolejnym kolesiem i na tym zakończył się epizod. Mąż stracił pracę przez problemy z alkoholem, nie był przez to wypłacalny i sprzedał mieszkanie z dość potężnym długiem, którego tak szybko nie spłaci. Bardziej załamał się faktem, że żona wcale nie chciała z nim być a jej plany dotyczyły innego faceta od samego początku, tyle że ten ją olał, gdy ona wyszła za innego. Ona i tak znalazła innego, po jakimś tam czasie pobytu na obczyźnie. Żona Polaka, którego praca związana była z delegacjami wybrała życie we Włoszech. Pobrała sporą sumę pieniędzy z konta swojego męża i ulotniła się z hotelu, w którym byli razem. Co ciekawsze, uciekła od niego, gdy byli w Oslo, a żona znalazła się na samym południu Włoch – na Sycylii. Dopiero później przeniosła się na północ w poszukiwaniu pracy…na którą nie ma pozwolenia, więc jeszcze obecny mąż wnioskuje, że utrzymuje się ze sponsoringu, bo nie była zbyt samodzielną osobą, a skoro nie była wykwalifikowana to zajmowała się domem co też jej nie wychodziło. Więc z czego się może utrzymywać? Kolega wniósł o rozwód, a sprawa jest w toku. Ostatni przypadek to ten z Wielką Brytanią. Otóż jest on o tyle śmieszny, że żona, która pobrała się z angolem nie wiedziała, że jej karta pobytu nie ma nic wspólnego ze strefą schengen i nie ma ona prawa podróżować po europie bez ważnej wizy. Kolega oczywiście załamany zorientował się, że żona go zostawiła wykorzystując go dla zalegalizowania pobytu. Dlaczego nie wyrobiła sobie wizy? bo nie miała pojęcia, że taka będzie jej potrzebna. Sprawa wyszła na jaw, gdy kolega został zaproszony do wyjaśnienia sprawy, ponieważ żona chciała wyrobić wizę oświadczając, że jest w związku małżeńskim. Na jej nieszczęście niewiele wcześniej on wniósł o rozwód z podejrzeniem oszustwa. Była już żona została deportowana do Rosji…i tak szybko chyba jej nie pozwolą wrócić.

Eee przesada!

Oczywiście są to ekstremalne przypadki i prawdopodobieństwo, że zostaniecie bankrutami czy alkoholikami bez dachu nad głową jest mała. Nawet fakt, że może tak być nie powinno być opiniotwórcze. Cały jazz polega na tym, że my – Polacy – mamy pewne przyzwyczajenia i oczekiwania wobec żon ze wschodu są mało wygórowane. One same nauczone są do innego stylu życia, mają inne wyobrażenia o naszym życiu, ale także szybko zapominają, że całkiem niedawno żyły w ciemnej dupie. My mamy nadal cele takie jak ślub, zakup mieszkania, dzieci i oczywiście dobra praca w tle. Biorąc ślub z Polką mamy o tyle lepiej, że wychowywaliśmy się na tych samych zasadach, znamy nasze życia, warunki w jakich się wychowywaliśmy i ile razy to dostaliśmy kopniaka od życia w zupełnie takich samych chwilach. Cudzoziemcy potencjalnie niewiele ryzykują wykorzystując nas, bo samo to, że tu będą to już dla nich osiągnięcie celu. Jeżeli będziemy tym celem dla którego oni przyjadą to tak. Albo jeżeli to czytasz i masz wątpliwości to spójrz w lustro i odpowiedź sobie czy jesteś człowiekiem, za jakiego się uważasz dla niej i czy dobrze ją znasz. Poważnie, zastanów się.

Polak w Irlandii

Tak, to ja :) Halo wóz, halo wóz, znów nadajemy.

Przepraszam jeżeli wśród was jest ktoś kto wpadł tu więcej niż raz i zniechęcił się moją nieobecnością, ale przez ostatni czas miałem sporo na głowie. A co? Nie sposób wszystkiego napisać jednak postaram się przybliżyć sytuację.

Po pewnym wydarzeniach w moim życiu po nieudanym postanowiłem zresetować swoje życie. Nie do innego miasta, nie do innego województwa, ani nie na drugi koniec Polski. Byłem załamany, pogubiony, zdesperowany w takim stopniu, że po rozmowie z moim znajomym postanowiłem spróbować swoich szans za granicą. Mój znajomy to Polak mieszkający w Irlandii, a jego staż sięga około 5 lat na zielonej wyspie. Po wysłuchania mojej historii zgodził się pomóc mi w osiedleniu się w Dublinie. Udostępnił mi pokój na miesiąc, a ja w tym czasie miałem szukać sobie pracy i pomagać w prowadzeniu domu.

Zanim to się jednak stało, długo siedziałem w domu rodziców, zanim coś się ruszyło. Nie jestem pewien czy wybrałem dobry czas na rezygnację z pracy, ponieważ ostatnim dniem pracującym był koniec roku, a chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że nie jest to dobry moment na szukanie pracy. Posiedziałem dość długo w domu i z czasem czułem, że muszę poruszyć tą sprawę wyjazdu zanim spodoba mi się chodzenie spać nad ranem i jadanie śniadania popołudniu. Zakupiłem bilet, wylot w połowie kwietnia. Wystarczyło czekać. Zanim jednak wyleciałem, czytałem różne poradniki, blogi różnych ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia i muszę przyznać, że niewiele naczytałem się tych blogów. Wygląda na to, że ludzie, którzy tu są nie za bardzo chwalą się swoimi przeżyciami, a poradników na portalach jest jak grzybów po deszczu.

Zrobiłem co wyczytałem i co mi intuicja podpowiadała, że będzie mi potrzebne. Przetłumaczyłem dokumenty, postarałem się o odpowiednie referencje, pozałatwiałem wszelkie sprawy, które miałem zaległe. Ciężko było nie odmówić propozycji znajomego, szczególnie słysząc, że praca czeka, życie w dostatku i ze znajomością angielskiego można wszystko. Podziwiałem kolegę, że zdecydował się mi pomóc, a przecież pierwszy raz mnie spotkał na żywo podczas tego właśnie wspólnego wylotu do Irlandii. Pełen optymizmu i podekscytowania wyleciałem do Dublina.

Ireland, here I come!

Po około dwóch i pół godzinach wylądowaliśmy na lotnisku. Odebrał nas znajomy, którego również znałem ze słyszenia. Zasiadłem na honorowym lewym miejscu, gdzie zwykle siadał kierowca. Niewiele mogłem zauważyć, ponieważ kolega prowadził samochód raczej szybko, ale pierwsze co rzuciło się w oczy to specyficzne zabudowanie osiedli mieszkaniowych w Swords, gdzie przyszło mi zamieszkać. Drewniane mieszkania wykończone ceglaną fasadą zupełnie niczym nie różniące się od siebie. Jedni mieli bramy, większość jednak posiadała jedynie podjazd z trawnikiem bez ogrodzenia. Nie ukrywam, że bardzo przyjaźnie i przede wszystkim sterylnie to wszystko wyglądało.

Pierwsze dni to było raczej zapoznawanie się z otoczeniem. Tu sklep, tam park itd. Pierwsze na co chciałem zwrócić uwagę to różnice cenowe produktów spożywczych, które okazały się spore. Jest wiele polskich produktów co jeszcze bardziej ułatwiało poruszanie się między regałami i zapoznawanie się z wartością jaką przyjdzie mi wydać. Chleb polski kosztuje około 2 euro, piwo (6 pak) to około 7,5 euro. Mleko łaciate to 1,5 euro. Chipsy to też jakieś dwa euro. Uświadomiło mnie to, że trzeba zacisnąć pasa zanim znajdę pracę i ograniczyć wydatki do minimum.

Ok, to poszukajmy tej pracy. To był priorytet numer jeden. Odwiedziłem http://www.jobs.ie i porozsyłałem CV we wszelkie możliwe przystępne ogłoszenia. Kolega powiedział mi, że mam wysyłać wszędzie, bo irlandczycy to debile. Ja jednak wolałem rozsyłać tam, gdzie nie będę miał problemu z pozostaniem na dłużej. A w mojej branży hotelarskiej ogłoszeń było od groma.

I co z tą pracą…?

Po miesiącu nie mam się czym pochwalić. Z czasem okazało się, że z pracą wcale nie jest tak kolorowo jakby się wydawało. Wielu polaków albo pracuje na swoich stanowiskach od lat, albo utknęli w obozach pracy przy zbieraniu warzyw w gospodarstwach lub w najlepszym przypadku wkręcili się w jakiś biznes na lotnisku. I w taki sposób poznałem całą gamę kelnerów, restauratorów, kucharzy, mechaników. Ludzie pracy bez większych osiągnięć. Minimalna w tym kraju to 8,70 euro na godzinę, więc zdecydowanie więcej niż w Polsce, a nawet wyższe ceny za wszystko nie ogranicza życia w dostatku (względnym), bo i wynajem mieszkania to około 200-300 euro za pokój lub 1000-1500 euro za całe mieszkanie. Rachunki wcale nie są takie wydatki. Także jeżeli ktoś zarabia te 400 euro tygodniowo to wychodzi na tym całkiem dobrze.

Jest tylko ta wada, że najpierw trzeba ją mieć. Polaków jest tu też niemało co nie jest większym zdziwieniem. Ci, których znam nauczyli się angielskiego na miejscu i mówią słabo. Prosty przypadek załatwienia ubezpieczenia przez znajomego nie obyła się bez mojej interwencji, po nie wiedział co to znaczy „device”. Oni jednak mają pracę ja nie. Dlaczego? Ponieważ obecnie rozesłałem ponad 100 CV to różnych miejsc z czego miałem jedynie dwie rozmowy kwalifikacyjne. W rezultacie za jedną rozmowę podziękowano mi listownie. Po tej jednej rozmowie wiele wynikło, ponieważ wydaje mi się, że oczekiwania na stanowiska są dość ograniczone dla Polaków. Może dlatego, że większość z nich gada po angielsku jakby dopiero włączyli zagraniczny kanał telewizyjny, a mówią, że posługują się językiem jak rodzimym językiem, a w praktyce okazuje się zupełnie co innego.  Doświadczając takich kandydatów, można wyrobić słabą opinię pozostały. Ja do swojego języka nie ma obiekcji, ale jak udowodnić swoją zdolność językową skoro na drugą rozmowę zostałem zaproszony po 3 tygodniach czekania? Dopiero wtedy dopiero wynika czy ktoś kuma po angielsku czy tylko tak napisał. Z pracą nie jest wcale tak łatwo. Oficjalna stopa bezrobocia jest na podobnym poziomie jak w Polsce, więc łatwo zauważyć preferencje co do ewentualnych kandydatów. Ja napisałem uczciwie „fluent”. Będąc zaproszonym na drugą rozmowę przygotowałem się maksymalnie – najczęściej zadawane pytania na rozmowach kwalifikacyjnych oraz najczęściej oczekiwane odpowiedzi. Wszelkie formułki miałem w małym paluszku, więc i rozmowa potrwała niesamowicie krótko. Efekty poznamy dopiero za około 4 dni, ale jeżeli rozmowa wypadła tak jak ja to widziałem to można być optymistyczne myśli. Jeżeli nie to bardzo się zdziwię i albo dam sobie spokój z Irlandią i przeniosę się na drugą wyspę, gdzie bezrobocie sięga jedynie 6 procent i z pracą nie jest tak źle. Ale skoro tu jestem to staram się ile sił.

Po dłuższym pobycie.

Mimo wszystko nie jest tu tak kolorowa i wcale nie mam na myśli pogody, która jest w kratkę i jest moim najmniejszym problemem. Kończy mi się okres pobytu u kolegi, który delikatnie mówiąc naciska, abym sobie znalazł nowe mieszkanie. Pytanie jednak jest takie, czy warto wynajmować. Do tej pory myślałem, że zdążę znaleźć pracę zanim będę musiał się przenosić co i tak miałem w planach. Teraz nie jestem już niczego pewien. Czasami wydaje mi się, że moje odejście z tamtej pracy wcale nie było najlepszą decyzją jaką mogłem podjąć. Z czasem zacząłem doceniać to co miałem, ludzi których tam poznałem i problemy do których się przyzwyczaiłem. Obym znalazł pracę i szybko się przekonał, że zacząłem osiągać postępy niż się cofam.

Także każdemu, kto ma przed sobą tą decyzję i nie jest przekonany czy da sobie radę radzę, aby dał sobie spokój przynajmniej z Irlandią. Warto zastanowić się nad czymś innym. Ja mam dobre doświadczenie, idealne wręcz referencje z przystępnymi certyfikatami. Proces rekrutacyjny trwa zbyt długo, opłaty są zabójcze, a ludzi niezbyt pomocni. Samo podejście do tzw FAS’u, czyli tutejszego biura pracy to jak rozmowa z drzewem gdzie autentycznie powiedzieli mi, że nie chcą mojego CV, bo i tak stracę czas, a następnie polecili mi strony www, które sam wcześniej znalazłem. Ja mam to szczęście, że pomagają mi moi znajomi i ci się naprawdę wykazują inicjatywą jeżeli chodzi o podwózki do poszczególnych placówek, po samo szukanie pracy po znajomych i miejscach pracy kończąc. Jednego dnia objechaliśmy okolicę rozrzucają CV gdzie się da co też wiele nie dało. Ktoś kto nie ma takiego ułatwienia i nie ma kwalifikacji, szkoły inżynierskiej, medycznej albo czegoś związanego z IT to w niczym innym sobie pracy raczej łatwo nie znajdzie. Budowlanka się zatkała, hotelarstwo nie zatrudnia (kryzys?), sklepy tylko po znajomości itd. A samo poruszanie się po mieście to za pomocą autobusów wygląda dość ciężko. Miasto jest praktycznie wszędzie tak samo wyglądające. Budynki 3 piętrowe różniące się kolorem drzwi i siatka ulic. Ciężko zapamiętać nawet drogę powrotną, bo bardzo rzadko zdarzają się charakterystyczne miejsca zapadające w pamięć.

Never ending story

Czyli „niekończąca się opowieść”. Ten tytuł jest odpowiedzią na pytanie, które sobie zadałem – ‚z czym kojarzy ci się twoje życie’.

Niestety momenty, podczas których czuję się spokojniej od ciążących myśli związanych z rozpadem małżeństwa nie trwają długo. Zwykle wszystko się sprowadza do momentu kiedy czuję potrzebę wymiany między mną a nią. Poszukuje jakiegoś cienia szczęśliwej przeszłości. W 99% przypadkach jest to poszukiwanie promyków słońca w ulewny dzień. Po trudnej rozmowie, gdzie solidnie obrywam przyjmując coraz intensywniejsze pogardliwe odpowiedzi. Skąd to się wzięło? Zadaję sobie to pytanie i popełniam podstawowy błąd – pytam ją o to. Zadała mi wczoraj jedno pytanie, na które nie wiedziałem jak odpowiedzieć, mianowicie „czy zapytałem chociaż jak idzie jej w szkole?”.

Zadała odpowiednie pytanie w odpowiednim momencie, ponieważ jest to jedno z wielu pytań, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć. Od samego początku nasze rozmowy, te najodleglejsze prowadzone były przez Skype, nawet gdy były pisane mogliśmy się widzieć. W taki sposób poznawaliśmy się i widywanie się były nieodłącznym elementem rozmów. Niedługo minie 6 miesięcy od chwili kiedy się ostatnio wiedzieliśmy, a rozmowy zwykle opierały się o kryzys między nami. Przyjemne tematy o modzie, podróżach, kuchni, muzyce były ogniwem zapalnym do kłótni. Pisząc teksty na blogu moja żona nazywała kiedyś zdolnością. Pieszczotliwie określiła mnie „mój poeta”. Dziś nazwałaby to obsesją lub czymś gorszym. Taka jest różnica między żoną, a byłą żoną – akceptacja. Lubię pisać, to była jedna z moich czynności, aby uciec od codzienności. Jedni zaglądają do kieliszka, inni poszukują przygód poza życiem małżeńskim, a ja pisałem teksty na przemian z drobnymi operacji w dziale fotografii/photoshopie.

Jeżeli zostało w niej coś co mnie kiedyś fascynowało, wiedziałaby, że decyzja o jej wyjeździe, uniemożliwienie widzenia jej na skype jak dawniej oraz enigmatyczne dialogi bez konkretnych informacji niszczy najtrwalsze związki oddalały nas od siebie dalej niż wzrok sięga. Jej życie po wyjeździe zostanie dla mnie zagadką. Jeżeli jest tą osobą, która nosi w sobie namiastkę żony, którą była i nieświadomie sprowadziła na nas to nieszczęście pewnego dnia zda sobie sprawę z tego o czym pomyślałem, gdy zadała pytanie o szkołę – nasze drogi się tak rozjechały, że moje prośby o powrót do domu/męża negatywnie wpływały na nią i w efekcie kończyło się nieporozumieniem, a każde pytanie nawet o drobny szczegół z życia zmieniał się w lęk pogorszenia tego co zostało. Nicią niezgody to moje proszenie i jej ignorowanie sprawy, co wzajemnie nas wyniszczało.

Dziś mamy sytuację taką, iż nic nie zostało z tego co nas przyciągało do siebie. A jest to upór walki z problemami razem. Byliśmy skromną rodziną, ale od dnia poznania do dnia jej wyjazdu nie było dla nas rzeczy niemożliwych do osiągnięcia. Małżeństwo, które było zdane wyłącznie na siebie stało się symbolem upadku. Upadku na dno, gdzie jedno z nas prosi o szansę odbudowy, powrót do domu, a drugie każde iść pierwszemu w pizdu wykorzystując motywy innego mężczyzny, lepszego uznając mnie za człowieka prostego, który nic nie ma. Niestety jest to okrutna gra bez skrupułów na ludzkich uczuciach. Niegdyś osoba, która mnie mobilizowała do działania, abyśmy zaczęli od zera i odnosili sukces okazała się osobą, która nie dość, że gardzi mną to jednocześnie próbuje się zachować jakby nic się nie stało. Polska 0:1 Rosja. Nic się nie stało…Polska , nic się nie stało…”. Każda rozmowa coraz bardziej to potwierdza, że rzeczy, które przechowuję w szafie w stanie nienaruszonym nie doczekają się swojej właścicielki. Na pytanie „co dalej” otrzymuję odpowiedź „rozwód”. Ta odpowiedź pojawia się przy każdej próbie kontaktu.

W taki sposób kończy się nasza wspólna droga. Z powodów administracyjnych rozwód wymaże jakąkolwiek możliwość spotkania się, chyba, że zmieni się prawo. Za parę lat otworzę pudełko z pamiątkami, wezmę do ręki porcelanowy wazon w kształcie jabłka, który kupiła moja żona podczas pierwszych dni pobytu w Polsce i wspomnę ten słoneczny wiosenny spacer na Stare Miasto w Warszawie. A jeżeli dożyję wieku mojej babci, spojrzę na jej ubrania, która są ułożone w białych pudłach z Ikea, wezmę do ręki każdy przedmiot i uruchomię w ten sposób maszynę czasu. Cofnę się do czasów młodości, gdy byłem szczęśliwym mężem.

Nie życzę nikomu takich przejść. Nikomu.

Ciekawe uczucie

Nie mam pomysłu na tytuł dzisiejszego wpisu. Pozostaje więc uwzględnić ten szczegół podczas pisania. Dzisiaj humor raczej pozytywny, ciekawe od czego zależy nastrój. Chętnie bym się dowiedział, ponieważ ostatnie kilka miesięcy życie solidnie daje mi w kość. Dla własnego bezpieczeństwa nie będę zastanawiać się nad tym, lecz cieszyć się chwilą. Czy kolejny wpis coś wniesie?

…dziwne. Minęło parę godzin od kiedy zacząłem pisać powyższe zdania. W tym czasie napisałem parę linijek tekstu, który w pewnym momencie przestał być sensowny. Słuchałem jakiejś muzyki, którą dodałem do lubianych jakiś czas temu na youtube i pomyślałem: „co za gówno, słuchać się nie da”. Wywaliłem ten wpis. Co dziwne, z nikim nie rozmawiałem, nie wygadywałem się, czyniłem regularne rzeczy, sprawdzałem te strony w internecie co zawsze i tak nagle? Ciekawy sposób na zakończenie tej zimowo-małżeńskiej chandry. Po prostu nie mam ochoty pogrążać się w tym co mnie dręczyło i nie chciało puścić wolno. Pierwszy raz od 5 miesięcy czuję się swobodnie jak dawniej, już prawie zapomniałem jakie to super uczucie. Nie wiem jak to określić – wszelkie złe emocje, które miałem do tej pory przystopowały. Żona nie kojarzy mi się ze smutkiem, bo pierwsze skojarzenie jakie mam to takie, iż dzięki niej dotarło do mnie w końcu, że powinienem zmienić sporo w życiu, a lista jest długa – odejście pracy, które wysysało ze mnie soki nie oferując wiele w zamian, wyprowadziłem się z miasta, które od dawna przestało mi się kojarzyć z przyjaciółmi i zabawą lecz z pracą, pracą i pracą. Nie uznaje tego za ból, tylko za terapię szokową w wykonaniu mojej żony i efektem tego są zmiany, które zaszły i które mnie czekają w związku z Irlandią. Patrząc w przeszłość wstyd mi za to, że próbowałem doszukiwać się informacji o niej.  Poza tym poczułem silne poczucie głodu więc idę zrobić jakiś obiad, żeby to uczcić.

Czyżby organizm się buntował? oby! :)

Może jednak Chris Rock ma rację?

Będę bogaty

Jakiś idiota znalazł sobie cel w życiu i postanowił mi trochę przeszkodzić podchwytując bloga i zmienił hasło. Trochę zajęło mi odzyskanie władzy i brakowało mi trochę zrzucenia myśli. Cóż, ludzie mają dziwne zajęcia, ale skończyło się dobrze i niech tak zostanie. Przynajmniej miałem czas na wyluzowanie i mogłem usiąść przy stole wigilijnym z rodziną bez laptopa na kolanie. A co się działo w między czasie?

Tytuł nie jest przypadkowy, ponieważ oglądając parę filmów („W pogoni za szczęściem”, „Brat” itd) zrobił się dziwny mix. Otóż jeżeli zawarłbym swój wątek w biografii podsumowującej mój żywot to zbiłbym fortunę, gdyby ktoś chciał napisać do tego scenariusz i zekranizować. Nie musiałby tego nawet koloryzować, bo życie lubi się mną bawić. Szczególnie biorąc pod uwagę co się działo ostatnio, a co konkretnie? nie życzę tego raczej nikomu, kto jest na etapie organizowania sobie życia z kimś obok. Ale skrócę całą historię związaną z moją żoną oraz kontynuację temat, aby złożyć to w logiczną całość.

W kwietniu 2012 roku wziąłem ślub z moją obecnie żoną, która jest Rosjanką i przeprowadziła się dla mnie do Polski. Mieliśmy tylko miesiąc, aby zorganizować ślub, ponieważ dostała krótką wizę. Stawaliśmy na rzęsach, aby się udało. Urząd ds. Cudzoziemców i Urząd Stanu Cywilnego to miejsca odwiedzane regularnie, plus mieliśmy wielkie wsparcie od ludzi, którzy przechodzili przez podobne akcje z cudzoziemcami. USC nie godził się na wczesny termin, ponieważ termin można ustalić za minimum 30 dni chyba, że będzie to specjalny powód (krótka wiza to nie powód, aby skrócić termin), UdsC nie wyraził zgody na przedłużenie wizy, ponieważ ślub to nie jest wystarczający powód. Cóż, robiliśmy wszystko zgodnie z prawem. W końcu okazało się, że USC może skrócić termin, ponieważ nie jest sprecyzowane co może być dokładnie powodem skrócenia terminu. Ślub skromny, bo szybki i w dodatku te zdjęcia… makabra. Złożyliśmy papiery, aby żona dostała kartę pobytu i mogła się jakoś rozwinąć, a nadchodzące mistrzostwa w piłce nożnej to z pozoru dobra okazja, aby cudzoziemiec porozumiewający się w paru języka znalazł pracę.
Na kartę trzeba było czekać, a my ten czas staraliśmy się jakoś wykorzystać. Dobijała mnie sytuacja, że mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu, ale pocieszał mnie fakt, że żona jest zainteresowana zmianą tego – kupno mieszkania. Kto mieszka na walizkach wie, że nie opłaca się wynajmować kawalerki lub mieszkania w lepszym standardzie wiedząc, że to okres przejściowy, więc liczył się plan na przyszłość. W  mojej głowie było dużo, bardzo dużo planów, ale inaczej było do tej pory, ponieważ trzeba decydować za „nas”, a nie „za siebie”. Wielką rolę odgrywało w tamtej chwili Euro, ponieważ objąłem wyższe stanowisko w pracy co było raczej pomocą pracodawcy w stronę „młodej pary”. Do tego rozchodziło się, że czeka nas spora premia za dobre wyniki, więc priorytet był taki, aby przeżyć Euro, więc nie mogliśmy brać urlopu. Taka sytuacja towarzyszyła myślom, aby żona robiła co chciała, a ja będę ją wspierać w miarę możliwości.

Niestety ciężka praca ma to do siebie, że wiele spraw z życia prywatnego umykają. Euro jak się okazało to bardzo skomplikowana sprawa, przez okres pracy byłem praktycznie wycieńczony, senny. Ale to nic, po Euro żona dostanie kartę i będziemy mogli swobodnie poruszać się gdzie chcemy i pojedziemy na zasłużony urlop. Z pracą żony nie było również kolorowo, chciała nauczyć się gastronomii, ale było to poza zasięgiem, restauracje nie odpowiadały na nasze zapytania. Nieustannie myślałem o przyszłości, zaplanować i natychmiast przejść do działania. Moja praca błyskawicznie odbierała mi wszelkie siły i w połączeniu w zadręczaniu się ‚co dalej’ traciłem kontakt z żoną. Robiąc coś z myślą zaniedbywałem…robienie prostych rzeczy razem. Zaoferowałem pracę żonie u siebie, lecz w zupełnie innym departamencie. Kierowałem się tym, że będzie miała lekką pracę, podszkoli język i będzie jej łatwiej później.

Sytuacja pogarszała się. Przede wszystkim okazało się, że praca żony jest o wiele cięższa fizycznie dla niej niż moja dla mnie. Sytuacje kiedy widziałem jej płacz w skrajnym zmęczeniu uświadomiło mnie, że popełniłem poważny błąd wysyłając ją do pracy, której nie znam. Czułem się odpowiedzialny za jej łzy i ból. Po zakończeniu Euro dostałem informację, że jedyny termin, aby iść na urlop to wczesny lipiec, bez możliwości rezerwacji sierpnia. Akurat q sierpniu zależało mi szczególnie, ze względu na przyjazd rodziców żony. Miałem dość swojej pracy, jedynie żona swoją obecnością  dodawała mi sił, aby przetrwać ten okres. Doceniałem to, a w zamian próbowałem wynagrodzić jej drobnymi uczynkami, takie jak spotkanie z jej drużyną, czy umożliwić jej pójście na mecz.

Z każdym dniem przekonywałem się, że nie da się życz uczciwie w tym kraju ciężką pracą. Żona przeglądała kolejne ogłoszenia nieruchomości, ale czy zakup mieszkania to dobry pomysł? Kredyt zamuruje nas na parę lat, a w mojej głowie iskierka pomysłu o emigracji z dnia na dzień zmieniał się w żywy ogień. Rozmowy, które prowadziłem ze znajomymi zza granicy zmieniły się w badania gdzie lepiej żyć. Ostatecznie zapytałem się moją żonę, czy chciałaby się przeprowadzić do innego kraju. Chodziły mi po głowie głównie powody zarobkowe, więc kraje w trudnej sytuacji gospodarczej (Hiszpania, Grecja, Włochy) odpadają, więc zostały kraje, w których mam jakieś znajomości i o pracę byłoby przynajmniej łatwiej (Wielka Brytania, Irlandia). Przestawałem być zainteresowany zakupem mieszkania, tak samo jak dalszym życiem w Polsce. Zależało mi, aby żona nie widziała mojego zaniepokojenia, dlatego czym szybciej próbowałem się dowiedzieć, czy wyjazd nie oddali nas od siebie, bo żona była dla mnie wszystkim.

Koniec Euro. Nareszcie koniec! Nawet darmowe bilety nie wynagrodziły nam tego ile odebrała mi sama organizacja i zaangażowanie w stosunku do tego ile odebrało mi to chwil, które wolałbym poświęcić żonie. Motywacja związana z premią i pozytywne nastawienie mojej żony wzbudzała pomogły jakoś wytrzymać do końca. Ja osobiście byłem przekonany, że moja żona zasłużyła na więcej i miałem zamiar jej to dostarczyć. Nie można żyć w takich warunkach czekając na lepszy dzień, miałem tego wyraźnie dość. Na szczycie tego wszystkiego pojawiła się informacja, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że dla naszego dobra trzeba porzucić swój dorobek, który budowałem od pięciu lat i wyjechać – informacja była bowiem taka, że firma nie przewidziała żadnych premii mimo wyśmienitych wyników, które wyszły podobno o wiele dalej niż zakładano. Żona wyczekiwała przyjazdu mamy i namawiała mnie na wyjazd do Włoch. Niestety mi bardziej zależało na szybkich zmianach w życiu, żeby nie mieszkać już w apartamencie, który bardziej smucił niż dawał poczucie odpoczynku i regeneracji sił. Szczególnie, że praca żony, która okazała się totalną pomyłką zmusiła mnie, aby ciężej pracować, żeby żona nie musiała. Wiele rzeczy przegapiłem, na przykład fakt, iż żona nie chce zajmować się gastronomią, lecz chciała zostać modelką. Ale czy mąż powinien ingerować w modeling? Szczerze byłem przekonany, że modelki nie lubią, gdy ich partnerzy ingerują w ich sprawy. Czy mogłem jej pomóc? Okazuje się, że tak, bo jako mąż starałem się nie wzbudzać niepokoju faktem, iż modeling był pierwotnym powodem dla którego się przeprowadziłem i znam większość fotografów, którzy zajmują się tym zawodem profesjonalnie, ani że znam modelki, które by mogły pomóc. Moja żona to akurat typ kobiety zdeterminowanej, silnej, dążącej do celu, więc gdyby chciała pomocy, na pewno by poprosiła. Znała moich znajomych chociażby z portali społecznościowych. Wiedziała, że znam profesjonalistów, ale nie pytała. Później okazało się, że casting odwołano i żal mi się zrobiło – to smutny widok kiedy komuś zależało stracił szansę i nie można nic zrobić. Szukałem castingów, ale nie chciałem, aby poczuła się jak nieudacznik w realizacji marzeń. Gdybym wiedział, że jest gdzieś zarejestrowana, to poprosiłbym znajomego, aby zainteresował się nią jako modelką, żeby czuła się samodzielna.

Czas zleciał szybko, urlop był stratą czasu, ponieważ żona nie chciała jechać nad zimne polskie morze. Nie mogłem wybłagać urlopu, ale nie chciałem odebrać przyjemności żonie i nie robiłem problemów, aby pojechała z mamą do Włoch. Siedziała we mnie nienawiść, którą starałem się kontrolować i wykorzystać pozytywnie – wynegocjowałem z działem marketingu, że zajmę się fotografią w celu promocji nowych rozwiązań w firmie. Warunki były bardzo sprzyjające, więc w urodziny wręczyłem żonie bardzo symboliczny podarunek trzymając tajemnicę wyjazdu na jej powrót, ponieważ do tego czasu i tak nic nie będę mógł zmienić. Wiedziałem, że zależy jej na wyjeździe i bez wątpienia należał jej się ten wyjazd i dałem symboliczne „kilka euro”, które uzbierałem w pracy i chciałem kiedyś wydać na własny wyjazd. Nawet rozmieniłem trochę w kantorze, aby miała na autobus i jakąś małą przyjemność. Plan był taki, że wróci z mamą i pojedziemy razem do moich rodziców. Problemem było nasze mieszkanie, które było wynikiem szybkich poszukiwań i odbiegało od „normalnych” warunków, więc zaoferowałem hotel. W końcu szanuję jej mamę, a nasze mieszkanie nawet dla mnie było katastrofą. Żona poleciała do Włoch, widziałem nawet jej samolot z balkonu i był to moment, którego nawet na lotnisku nie odczułem – niepokój bycia samemu. Nawet wtedy nie mogłem przewidzieć, że coś się stanie. Nie obawiałem się, że coś się stanie  z samolotem, lecz miałem jakieś obce obawy. Nieobecność żony była doskonałą okazją, aby zrobić parę nadgodzin i zrobić parę nocnych zmian, aby zarobić szybciej, więcej. Wracałem do domu, włączałem skype i zwykle była niedostępna. Cóż, nie pojechała do Włoch, aby marnować czas na skype. Dni mijały, a na skype żona była mało, mimo to włączałem komputer i czekałem – lecz zasypiałem czekając, a gdy obudziłem się, widywałem jedynie próby połączeń lub wiadomości. Żona znów pomyśli, że gram w gry, lub cieszę się wolnością. Byłaby dumna widząc ile pracuję, aby mimo wszystko wyjechać ponownie na urlop. Miewałem dziwne sny, niepokojące skojarzenia, ale często takie miałem po każdej pracy w nocy.

Po powrocie żona zaczęła się zachowywać dziwnie. Izolowała się, mimo, iż na lotnisku w Modlinie powiedziała, że było super, ale pojedziemy razem niedługo. Nie mogłem się doczekać, aby powiedzieć jej, że pojedziemy szybciej niż myśli. Niestety nie przekonałem żony do organizacji noclegu dla jej mamy w hotelu. Uważałem, że były to miły gest. Miałem pesymistyczne myśli co do reakcji jej mamy na nasze mieszkanie. Ale może żona chciała się pochwalić czymś, poszliśmy na pizzę do restauracji, gdzie żona tak bardzo lubiła grzane wino. Tym razem upierała się, że nie chce. Nie wyszło najlepiej. Skoro mieszkanie mogło wzbudzić złe reakcje, postarałem się aby przynajmniej pociąg był w dobry stanie i zarezerwowałem bilety z wyprzedzeniem. Owszem pociąg był w dobrym stanie, za to mnie zżerał stres związany ze spotkaniem rodziców. Znając ich na pewno stanęli na wysokości zadania, aby odbyło się pozytywnie, rodzice często dzwonili do mnie, aby zaciągnąć informacji na temat mamy żony, ponieważ chcieli, aby wypadło jak najlepiej. Restauracje, miejsca w Poznaniu, jej zainteresowania. Spotkanie faktycznie odbyło się całkiem dobrze, widać było, że rodzice zdobyli się na niecodzienne rozwiązania, chcieli, aby spotkanie i wyjazd do Poznania wypadło jak najlepiej.

I było. Szkoda, że zakończyło się tak złym akcentem. Żona i jej mama najwyraźniej zraziły się mocno do obecnej sytuacji. Miałem złe przeczucia, koszmary lecz nie chciałem martwić żony błahymi domysłami, lecz tej samej nocy powiedziała mi, że wraca do Rosji, ponieważ mama się źle czuje. Przeczucie? Wszystko wyszło ze mnie. Obawy potwierdzały się co krok, nie byłem przygotowany na wyjazd i nie byłem chyba przekonany, czy to kiepski żart, czy najgorsza prawda. Kiedy żona powiedziała, że nie muszę wracać z nimi do Warszawy i mogę zostać szybko przerabiały się w informacje zabijające resztki optymizmu. Jednak pojechał z nimi i żona obiecując mi, że wróci, bo w końcu jest żoną było jedyną podporą. Podpora, która szybko upadła z chwilą, gdy chciała przekazać klucz do mieszkania – oznaka, że nie będzie to szybki powrót. Załamałem się. Wszelkie plany upadły, zupełnie nie byłem przygotowany na to, szczególnie nie byłem przygotowany na pożegnania. Nie docierało to do mnie. Każda chwila mijała jak w zwolnionym tempie, a informacje i wspomnienia przelatywały w mojej głowie jak błyskawica. Kiedy ona pakowała się, ja patrzyłem na horyzont Warszawy i wieżowce, które stoją ponad wszystko. To był ciepły, ładny dzień, a ja byłem pogrążony w myślach. Na szybko wymyśliłem jakiś tekst, aby pożegnać się z nimi udając, że wszystko jest dobrze (wierząc, że szybko wróci, jednocześnie się okłamując, pozorując bezgraniczne zaufanie) i powiedziałem przy windzie „Do svidaniya. izvinite za vse, chto plokho”. Chciałem widzieć swoją żonę do ostatniej chwili stojąc w oknie klatki schodowej obserwując jak odjeżdża. Bo kiedy wróci? Czy wróci? Pozostaje czekać.

Więc czekałem. Na początku nie docierało do mnie co się stało, więc zachowywałem się normalnie. Podlewałem nasz koperek i miętę na balkonie, sprzątałem w pokoju. Zajmowałem się tym, czym do tej pory nie mogłem przez nasilenie problemów, które zostały zastąpione nowymi. Jednocześnie czekałem na pojawienie się żony na skype, ponieważ znałem ją i wiedziałem, że zaraz po powrocie odezwie się do mnie i liczyłem na to, że powie mi kiedy wróci i co się stało oraz w jakim stanie jest jej mama. Po dwóch dniach pojawiła się jak przewidywałem, lecz rozmowa była krótka. Nie podobało jej się, że zareagowałem smutkiem. W tym miejscu historię należałoby opowiedzieć w dwóch wersjach – ta którą ja doświadczyłem oraz ta, którą przewidywałem z jej strony. Dlatego można inaczej zrozumieć jako mężczyzna i inaczej jako kobieta to działo się potem.

Czekałem niecierpliwie na jej powrót tracąc poczucie własnej wartości. Zaniedbywałem swoje sprawy, martwiłem się co robić dalej w nieodpowiedni sposób. Przecież miałem plan, który realizowałem i jednocześnie przystopowałem. Starałem się podejmować odpowiednie decyzje nie rezygnując z wcześniejszych założeń. Nie byłem pewien jakie były oczekiwania mojej żony. Co dalej? Czekałem, aż sprawa się jakoś wyjaśni tłumacząc żonie, że jej obecność przy mnie wiele by pomogła szczególnie teraz. Po jakimś czasie odezwali się do mnie stróże prawa – to była jedyna rzecz, której nie brałem pod uwagę. Dialog jak wszystkie wcześniejsze, które odbywały się w UdsC była przyjemna, lecz bardzo konkretna:
– i jak tam życie w małżeństwie – pyta pani policjantka.
– dziękuję dobrze, obecnie małżonka jest poza domem – odparłem.
– a czy można zapytać, gdzie możemy zastać rodzinę w komplecie – zapytał młody policjant.
– chętnie odpowiedziałbym, gdybym wiedział, niestety żona nie sprecyzowała powrotu, a pojechała do rodziców – odpowiedziałem bez ogródek.
– no tak… a czy żona brała dużo przedmiotów o szczególnej wartości np. dokumenty, świadectwa lub inne rzeczy, które mogłyby sugerować kiedy powróci? to rutynowa kontrola.
– tak, całą dokumentację i wartościowe rzeczy zostawiła – odpowiedziałem z wyraźnie zaniepokojony.
Rozmowa zupełnie o niczym, a pytania były zadawane jakby coś się stało. Zaprosili mnie do składania zeznań. Miałem odpowiedzieć na parę prostych pytań i okazać te ważne dla mojej żony dokumenty. Więc udowodniłem, że zostawiła wszelkie dokumenty, które byłyby jej potrzebne do życia – książeczka pracy, świadectwa. Organy były bardzo wyczulone na punkcie obcokrajowców, bardziej niż do tej pory w naszej sprawie.
– Proszę Pana, mańska żona pojechała do Włoch parę dni temu – odpowiedziała inna policjantka na miejscu.
– tak na wakacje z mamą i wróciła z nią – kontynuowałem za nią.
– a pan został w domu? niedawno wzięli państwo ślub i tak osobno? – zapytała
– tak, euro i praca kolidowały we wspólnych planach, a jej mama dostała wiza na teraz. ja w tym czasie pracowałem na kolejny urlop – odpowiedziałem ponownie
– to gdzie teraz jest żona?
– pojechała do Rosji, bo jej mama miała operację i podróż ją wycieńczyła, źle się poczuła, a żona nie chciała, aby mama pojechała sama.
– do Rosji…? – zapytała, przekartkowała swój dokument leżący obok notatnika, którego zapisywała
– no do Rosji – powtórzyłem.
– cóż, jak do Rosji to do Rosji – odpowiedziała.
Na tym zakończyła się rozmowa z policjantką. Zaoferowała jedynie pomoc, gdyby pojawiły się jakieś problemy w przyszłości. Nie pytałem o co chodzi, w końcu chodzi o cudzoziemca, a bywają różne sytuację, więc starałem się zrozumieć ich pracę. Nie ma co wzbudzać podejrzeć w związku z nagłym wyjazdem żony, którego sam nie rozumiałem.

Prawdę mówiąc nie byłem przekonany co się dzieje u mojej żony. Nie traciłem nadziei, że mnie kocha i wróci niebawem. Mijał jednak miesiąc, kolejny, jeszcze jeden, a ja nie miałem z nią kontaktu na skype. Tamta rozmowa, którą przeprowadziliśmy to jedyna.

Nic się nie zmieniło. Dawałem nam szanse. Na początku próbowałem z tym żyć, nie wierzyć, że mnie oszukała, ukrywałaby coś. Zwykle bywała bardzo bezpośrednia i nie ukrywała niczego. Dlaczego miałoby to się szybko zmienić. Trudno pozostać obojętnym wobec takiej sytuacji, tym bardziej, że była nagła, bez możliwości przygotowania się w każdy możliwy sposób. Moi rodzice czuli się odpowiedzialni za spotkanie, które według nich mogło być przyczyną tak kiepskiego zakończenia. Babcia, która fascynowała się żoną zdziwiła się, że tym razem nie pożegnała się z „jej nową wnuczką”. Temat rodziny wolałbym zostawić, bo oni znoszą temat trochę inaczej, lecz nie odwracają się od sytuacji, raczej są gotowi pomóc, niż mówić „a nie mówiłam?”. Są nadzwyczaj wyrozumiali i do tej pory nie słyszałem ani jednej rzeczy od nich, nawet przez przypadek.

Jako mąż, który praktycznie stracił kontakt ze swoją żoną miewałem coraz gorsze myśli. Nie radziłem sobie w pracy i zdecydowałem się opowiedzieć o mojej sytuacji mojej przełożonej, w razie gdybym miał coraz słabsze wyniki wiedziałaby co jest przyczyną. Poprosiłem o dyskrecję, lecz praca to jedno z wielu, które wzbudzało we mnie wspomnienia, które próbowałem stłumić. Nie tylko pracowaliśmy razem, ale przecież spędziliśmy wspólne chwile, które miały być nagrodą za dobrą pracę i okazją do bycia częściej ze sobą. Te chwile, które kiedyś były wyjątkowe, obecnie są myślami prześladowczymi. Do dziś pamiętam, kiedy przyszła do mnie do pracy i czekała na rozmowę. Miała na sobie jeansy, a jej długie, rozpuszczone włosy przykrywające ramiona nigdy wcześniej nie wydawały mi się tak długie i świeże. Zależało jej, aby dostać tą pracę, była pełna entuzjazmu… a ja ją zawiodłem. Wina za to będzie mnie prześladować do końca życia, że zawiodłem osobę najbliższą mojego serca. Nie wybaczę sobie tego błędu. Decyzja o odejściu z pracy, co było wcześniejszym założeniem wynikającym z równoczesną chęcią emigracji było jedynie kolejnym krokiem ku realizacji planu. Z tą różnicą, że inaczej wyobrażałem sobie odejście. Bynajmniej nie czułem się jakbym szedł do przodu, lecz jakbym uciekał z miejsca, w którym nie da się funkcjonować jak trzeźwo myślący człowiek. I to była myśl, która towarzyszyła mi do ostatnich chwil w tym miejscu. Wychodząc myślałem o tym, że zawiodłem moją żonę.

Co zatem działo się u mojej żony? Osobiście starałem się nie ograniczać jej przestrzeni, ponieważ obawiałem się, że mogłoby to utrudnić jej powrót, przez dyskomfort, obawę, wstyd, poczucie winy. Chciałem jej dać jak najwięcej swobody, tak jak było do tej pory z wszystkimi innymi sprawami. Tym razem nie chciałem okazywać obojętności. Skupiłem na niej całą moją uwagę, jak nigdy wcześniej chciałem jej dostarczyć to na co zasługuje jako żona od wyjątkowego męża. Niestety bardzo często słyszałem znieważające zwroty na temat mojego życia, stanu, a nawet rzeczy, które nie są zależne ode mnie – ektomorficzna przemiana materii, z którą walczę i jest jednocześnie moim kompleksem. Żyłem w rodzinie, której daleko było od perfekcyjności, ale muszę przyznać, że rodzice byli bardzo tolerancyjni i wspierali mnie nie oraz nie nadużywali swojej władzy przeciwstawiając się mi. Dlatego wyniosłem z niej moje pełne zaufanie względem żony oraz (stety niestety) wiarę w pozytywne zakończenie. Problem polegał na tym, że jak najszybciej chciałem poprawić naszą sytuację i nie wiedziałem, czy mogę liczyć na moją zonę, a już tym bardziej nie chciałem robić niczego, co mogłoby stanąć na drodze do powrotu do mnie. Bezpośrednie pytania niewiele dawały, nie odpowiadała mi. Nasza sytuacja jest wyjątkowo skomplikowana, ponieważ jej karta ma minimalny okres ważności. Dlatego musiałem dowiedzieć się, gdzie jest moja żona w inny sposób, nieoficjalny, ani nie utrudniać procedur administracyjnych w przyszłości. Obawiałem się, że może być gdzieś w europie, a poza Polską można przebywać jedynie 3 miesiące na 6 miesięcy posługując się kartą pobytu. Niestety jej obecność w sieci odpowiadała czasowi europejskiemu niż Rosyjskiemu. Różnica między Polską, a jej miastem to pięć godzin. Znam swoją żonę i nie byłaby w stanie zasypiać codziennie o 5 lub 6 rano. To się szybko rzuciło w oczy.

Dość dawno kiedy mieszkaliśmy razem zaoferowałem jej, aby założyła bloga. Ten nadal popularny i modny system wydawał mi się doskonałym pomysłem, aby rozwijała się. Miałem na myśli odzież, ponieważ lubi zakupy jak każda kobieta, oraz coś co wtedy jeszcze uważała za swoje hobby – kuchnia. Jej pasja mogłaby przerodzić się w ciekawa inicjatywę, mogłaby się samorealizować. Ja jako obserwator wiedziałbym coś więcej o własnej żonie. Nasz przypadek jest o tyle specyficzny, że bywało tak, iż czasami nie rozumiałem swojej żony, a jej oczekiwania są ważne, lecz różnica kultur i bariera językowa to poważna sprawa. Szczególnie poważna, że łatwo o nieporozumienie. Blog mógłby mi pomóc jakie filmy lubi, jakie ubrania ją interesują, gdzie chciałaby pojechać, lub mogłaby coś napisać bezpośrednio o mnie – przecież każdy chciałby się poprawić w oczach ukochanej osoby, ja też. Wszystko jednak szło w odwrotnym kierunku. Kiedy żona się wyprowadziła ode mnie, zaczęła dzielić się swoimi problemami, mimo sytuacji jaka nastała chciałem być tym mężem, który wspiera swoją żonę w każdej sytuacji. Powiedziała, że założyła bloga co uznałem za dobry pomysł. Bez znaczenia dlaczego mnie zostawiła, miała powód i nie mógł być mały, a blogi zazwyczaj pomagają wywalić z siebie żal (ten również :)). Nie chciała mi podać adresu. Nasz przedłużający się okres bycia osobno pokazywał, że im dłużej, tym mniej nadziei na poprawę, a więcej obaw. Liczyłem, że może zawarła na tym blogu coś czego oczekuje ode mnie. Chciałem go znaleźć, aby przeczytać co czuje, ponieważ nasze rozmowy od dawna stają się napięte i trudne.

Zupełnie przypadkowo udało mi się coś znaleźć. Znaleźć jej konto na tweeterze, na którym jej jedynym wpisem jest koniec wakacji i zła pogoda. Cóż, to informacja tylko o końcu wakacji, a problemu z mężem nie zawarła lub nie uznała za istotny. Równie dobrze mogłem wyłączyć moje znalezisko i funkcjonować dalej. Chęć naprawy związku, nuda i znalezienie informacji była raczej kwestia tego czy chcę wiedzieć czy nie. Wolałbym chcieć to usłyszeć od swojej żony i do tego czasu żyć w niewiedzy, ale po około trzech miesiącach nadal nie wiedziałem więcej niż w dniu, w którym mnie zostawiła. Więc dlaczego moja żona postanowiła pojechać? Nie wiem tego do dziś. Lecz dowiedziałem się, że założyła drugie konto na facebook’u pod innym nazwiskiem, gdzie miała sporo znajomych z Włoch. Konto było powiązane z innym kontem jakiegoś fotografa, który zrobił jej zdjęcia. Poprawne zdjęcia mojej żony przez jakiegoś fotografa, który uznaje się za profesjonalistę robiącego zdjęcia za spore pieniądze, ale zdjęcia nie wyszły mu jakoś szczególnie profesjonalne. Jako amator nie powinienem się wypowiadać, ale nawet ja uważam, że zdjęcia z Nikona D900 w klimatach Włoch mogłyby wyglądać o wiele lepiej, a wypadłyby kiepsko, gdyby nie moja żona, która podniosła jakość ostatecznego efektu zdjęć. Zacząłem zadawać sobie mnóstwo pytań, dla takich zdjęć miałaby odwracać ode mnie?

Czy coś złego jest w tym, że żona lubi modeling? Ja uważam, że nie i nie zabraniałem jej tego.  Otwarcie mogę powiedzieć, że wyraźnie wspierałbym ją lecz jako były model (o fuck, właśnie mi się przypomniał dla którego sam się przeprowadziłem -przez nadzieje w modelingu, a później fotografii) mogłem jedynie przestrzec moją żonę, gdzie iść lub czego unikać aby ominąć nieprzyjemności oraz utraty swoich zarobków i czasu. Z resztą zgadzałbym się z nią bez problemu, raczej nie byłbym natarczywym mężem, ponieważ   siłą rzeczy znam ten świat i nawet ja wiem, że żaden fotograf nie życzy sobie obecności chłopaka na sesji. Gdy zajmowałem się fotografią to nie przeszkadzało jak ja robiłem zdjęcia, a ktoś chciał przyjść z osobą towarzyszącą, ale wiem, że są różne poglądy na ten temat. Zatem na czym polega problem, że żona lubi modeling? Przede wszystkim okoliczność, ponieważ moja żona  zostawiła mnie mówiąc mi, że wyjeżdża do domu rodzinnego w Rosji i utrzymywała, że przez cały czas tam jest.

Dlatego stałem przed dość ciężkim wyborem – powiedzieć czy milczeć. Większość mężów, partnerów, chłopaków, narzeczonych uznałoby tą sprawę za oczywistą i wygarnęłoby to swojej dziewczynie zostawiając ją, zarzucając jej kłamstwo, oszustwo, zdradę. Każdy zna taki przypadek. Byłem podobnego założenia, lecz kiedyś sobie obiecałem, że najpierw odłożę niepokojące rzeczy na bok, żeby nie dać się ponieść emocjom. Więc odłożyłem mimo, że byłem wściekły. Wolałem poczekać na bardziej odpowiedni moment i liczyłem, że sama mi powie. Dałem jej kolejne dwa miesiące i uznałem, że moja decyzja była słuszna o milczeniu na temat tej sprawy – mówiąc tylko o tym, że znam prawdę przekreśliłoby szansę na naprawę. Bądź co bądź każdy popełnia błędy, a ja nie miałem zamiaru wyrzucać przeszłości za drzwi. To był czas, aby żona wyjaśniła co się dzieje. Ja tylko czułem się lepiej, że znam odrobinę prawdy i nie muszę się już domyślać gdzie jest i co się z nią dzieje, bo to głównie to nie dawało mi spokoju. W ciągu tych dwóch miesięcy żona przyznała się, że chce działać w modelingu, lecz dawkowała informacje. Powiedziała, że chce iść do agencji i wybiera się na zdjęcia, które mi zresztą pokazała. Zdjęcia były czarno-białe, ładne, nie wiem czy takie były oczekiwania agencji, ale moja żona potrafi wyglądać o wiele lepiej niż ktoś próbował ją pokazać. W tym momencie zapewniłem żonę, że mogę załatwić jej naprawdę profesjonalistów, który zorganizują jej sesję na najwyższym poziomie (to nie przechwałki), zapewne po kryjomu liczyłem na powrót żony, ale widząc te zdjęcia, przypominając sobie nasze niepowodzenia i w obawie o kolejne niepowodzenia, myślałem o sesjach, z których będzie w pełni zadowolona, a ja ze swojej strony nie mogłem pozwolić sobie na błędy. Wstępnie powiedziałem o mojej żonie znajomym pokazując zdjęcia, które skrytykowali i uznali, że jej naprawdę przydadzą się lepsze zdjęcia, bo jej uroda się marnuje na sesjach takich jak ta. Nie udało mi się przekonać żony, nie chciała mojej pomocy, a chyba uznała że jestem arogancki. Tyle, że moje zamiary były szczere.

Po tych dwóch miesiącach przyznałem się, że znalazłem ją w internecie pod innym nazwiskiem i wiem, że jest lub była we Włoszech. To był okres Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Wierzyłem, że do tego czasu wróci. Niestety nie wróciła. Nie chciałem dłużej trzymać w tajemnicy tego, że wiem o niej. Dokładnie był to 31 grudnia 2012 roku, kiedy chciałem do niej zadzwonić i złożyć życzenia (W Rosji to szczególny dzień, bardziej niż dla nas). Niestety odrzuciła połączenie i powiedziała, że jest na castingu. To nie mogło tak dalej trwać. Nie byłem wściekły na nią za to, że mnie kłamała, chociaż szukałem wszelkich sposobów, aby przyznała się i opowiedziała tą historię zatrzymując pasmo domysłów i niedomówień. To był moment, kiedy tak właściwie nie wiem kim ona jest, gdzie jest, z kim. To było sporo ryzyko mówiąc jej o tym co znalazłem w internecie dawno temu, lecz zaznaczyłem, że mówię jej o tym, że nie chce tajemnic, nie lubię ich i przede mną nie musi ich mieć.  Mąż jest od tego, żeby wspierać swoją żoną i byłem przekonany o tym nawet wtedy, gdy mnie zostawiła i miała takie zaplecze tajemnic. Obawiam się, że każdy, nawet bardzo kochający mąż przerwałby z nią kontakt. Niestety moja żona wolała zabudować się w swojej fortecy uznając mnie za osobę, którą ogarnęła obsesja, a ja na celu miałem otwarcie powiedzieć jej, że znam prawdę i nie musi niczego ukrywać. Myślę, że do końca życia zapamiętam Sylwestra 2012/2013 jako jeden z najgorszych dni.

Na tym właśnie polega problem całej sprawy. Wszystko jakoś idzie w odpowiednim kierunku dopóki nie pojawią się tajemnice. Jest pewna różnica kultur i do ostatniej chwili próbuje być wyrozumiały. Moja żona jednak woli izolować się bardziej uznając, że na podstawie komunikatora tekstowego można wywnioskować agresję. Nie czuję się absolutnie winny temu, abym był agresywny, co zabawniejsze – nie jestem.

Różnica między mężem, a żoną jest jak widać kolosalna.  Mąż porzuca dotychczasowe rozrywki, ludzi, pracę, jakiś dorobek, aby budować wspólny byt, podnieść poziom życia. Zmienia nawet otoczenie, aby dostrzec możliwość spędzenia więcej czasu z żoną, gdy zauważa, że nie poświęca jej tyle uwagi ile ona sygnalizuje. Żona poświęca męża dla własnego dobra. Mąż poświęca własne dobro dla żony. Ja zrobiłem podobnie, postawiłem wszystko na jedną kartę z jej imieniem, a gdy nie byłem pewien co będzie dalej to i tak podejmowałem decyzje pod wspólną przyszłość. Ponieważ Anglia nie należy do strefy Schengen i żona musiałaby się starać o wizę wybór padł na Irlandię, gdzie nie trzeba wiz. Zostało mało czasu, załatwiam ostatnie formalności, niestety ta najważniejsza kwestia pozostanie nierozwiązana. Jedna z ostatnich rozmów dotyczyła tego, że nienawidzi języka polskiego oraz wszystkiego co piszę poprzedzając to kategorycznym odmówieniem możliwości jakiejkolwiek naprawy, po czym przeprosiła, ale w całej tej sytuacji nie wiem czego dotyczą przeprosiny, ponieważ ta rozmowa nie jest niczym nowym w odniesieniu do całej sytuacji, którą próbowałem kiedyś rozumieć.

Nigdy nie było mi dane dowiedzieć się prawdy o swojej żonie. Nie dowiedziałem, się co zaszło w ostatnią noc, którą spędziliśmy razem, gdy przyjechała jej matka. Po tym wszystkim trudno wyciągać jakieś konkretne wnioski, jedynie kolejne przypuszczenia. Podczas swojej nieobecności, powiedziała mi, że jest wolnym ptakiem i chce robić to co chce,  sama. Takie słowa martwią po przysiędze małżeńskiej, gdy pojawiają się pewne zobowiązania, których jako mąż dochowuję do dnia dzisiejszego. Pokonaliśmy wszelkie przeszkody, w celu podjęcia wspólnej przyszłości dokonując decyzji, aby żyć razem w szczęściu. Najbardziej szkoda mi ludzi, którzy przykładali się, aby pomóc w każdy możliwy sposób, aby nam się udało – od urzędników w UdsC, kierowniczki USC, przez moich kierowników układających mi grafik pracy według naszych potrzeb, aby umożliwić nam ślub, po znajomych oferujących wszelkie drobne pomoce takie jak szukanie pracy w kraju i udostępniając nocleg w Irlandii.

Próbowałem przemówić jej do zrozumienia, iż sama sobie szkodzi przez wizę, o którą będzie jej trudniej do każdego kraju UE. Dlaczego więc nie straciłem wiary we własną żonę mimo, że tyle na robiła? Sam tego nie rozumiałem powodu dlaczego cały czas pozwalam jej żyć jak ona chce, czy ze mną czy beze mnie. Olśniło mnie pisząc ten tekst, ponieważ również zostawiłem rodzinę dom, miasto rodzinne…dla modelingu. Jednak w moim przypadku szybko się przekonałem, że parę przykrych słów na temat swojego wyglądu potrafi odebrać chęci do tego zawodu i wziąłem się za normalną pracę, w której utknąłem. Teraz moja żona zrobiła podobnie i trochę ją rozumiem, staram się być mężem „na dobre i na złe” i nie pogarszać jej sytuacji. Jestem przekonany, że moja żona wyjechała bez większych, złych zamiarów i popełniła zwykły błąd, który od czasu do czasu popełnia każdy z nas bez zastanowienia, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego potraktowała mnie w tak okrutny sposób, bez szacunku. To nie jest typ kobiety, która zadaje ból świadomie, a wierze, że wiele nocy przepłakała i nieraz żałowała wyjazdu. Chciałbym być przy niej i powiedzieć „Lilka, przytul mocno, wszystko dobrze”. Domyślam się, że wyjechała, ponieważ chciała żyć w innym kraju i bardzo zawiodła się na Polsce (przykro mi, ale nie dziwię się jej, bo wyjeżdżam z tego samego powodu), a fakt, że wybrała Włochy to nic nadzwyczajnego, bo kiedyś też tego chciałem, to piękny kraj. Ale nie dziś – w dobie złej sytuacji gospodarczej i polityczne. Obecnie kojarzy mi się jako kraj, który bezlitośnie odebrał mi żonę, rujnując mi życie, której było podporą. Nie rozumiem dlaczego zrobiła to wszystko bez informowania mnie wiedząc doskonale, że nie stałbym jej na drodze w realizacji celów idąc w zaparte, aby skutecznie uniemożliwić mi udzielenie pomocy ograniczając kontakt. Szkoda, że poświęciła uczciwy związek odcinając się ode mnie i przekreśliła wszystko wybierając modeling, nowych znajomych i skomplikowany styl życia. Ja natomiast będę żyć dalej z pytaniem, które codziennie mnie dręczy…

„co się stało z moją żona…?”

Po przerwie

Witam. Od pewnego czasu zaniedbywałem swojego bloga przez co mam pewne wyrzuty sumienia. Z pisaniem bloga to jest tak, że pomaga mi to zrzucić wszystkie negatywne emocje. Nie zastąpi mi to rozmowy z mądrym człowiekiem (czego mi czasami brakuje), ale dobre i to. Moich problemów wcale nie zrobiło się mniej, na co mogłoby wskazywać moje zaniedbanie, można powiedzieć, że one ewoluowały. Z moją żona nic się niestety nie zmieniło na lepsze, nie zmieniło się chyba nawet na złe, ale to byłaby raczej moja optymistyczna wersja. A może okłamywanie siebie? To jest coś co mnie akurat dręczy. Ale przejdźmy do rzeczy i uporządkujmy sobie to według kolejności. Moja koleżanka uznała, że mój przypadek to idealny przykład na scenariusz do filmu, a moja żona to ktoś kogo powinienem zupełnie olać. Gdyby żona byłaby moją dziewczyną to faktycznie ten problem bym już rozwiązał, ale skoro to jest żona i to w dodatku z innego kraju to sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana niż zwykłe rzucanie. A więc trochę muszę się pomęczyć zanim coś się rozjaśni. Tak czy inaczej w poprzednich wpisach wspomniałem, że podjąłem decyzję o porzuceniu dotychczasowej pracy i poszukać nowej poza granicami Polski. To była decyzja, którą chciałem podjąć kiedy moja żona była jeszcze tu ze mną, lecz wtedy miałem trochę inne powody, bo chodziło o podniesienie stanu majątkowego w kraju, który jest w stanie mi to zaoferować. Temat przeprowadzki trochę ucichł kiedy moja żona wyjechała pozostawiając mnie z różnymi myślami, ponieważ nie wiedziałem wtedy czy to będzie tydzień, miesiąc czy dwa miesiące nieobecności. Decyzję podjąłem niedawno, chociaż długo zbierałem się z myślami, bowiem nie chciałem aby dręczące mnie myśli okazały się mylne przez niepowodzenia. Ból i samotność nawet dziś mi doskwierają. Tak było cały czas i nie powiedziałbym, żeby skala się zmniejszała. Zapytałem więc znajomego, który jest poza granicami o tym jak on żyje, powiedziałem co się dzieje u mnie i w efekcie tej rozmowy zaoferował pomoc w postaci rozwijaniu się w Irlandii. Cóż, chciałem tam pojechać i w pewnym sensie nadal chcę. Momentami nie mogę się doczekać, aby przejść się ulicami miasta, którego nie znam, odkryć coś nowego i zająć się czymś innym.

Dobry uczynek na dzień

Podczas wczorajszego spaceru zastanawiałem się nad tym, czy jest ktoś kto tej zasady przestrzega. A czy ktoś w ogóle słyszał o tradycjach powiedzenia „Good deed for a day”? W internecie (ku mojemu zaskoczeniu) jest śladowa ilość informacji na temat tego ‚eventu’. Tak właściwie trudno dość do źródła, kto był pomysłodawcą, ponieważ najpierw trzeba przebrnąć przez liczne strony, które sobie dopisują udział w tym czymś, ale mało jest stron tłumaczących co to jest. A szkoda, bo mogłoby to być ciekawym świętem.

„Good deed for a day” obijało mi się o uszy od kiedy byłem mały i od zawsze wiedziałem na czym polega, ale nigdy nie zastanawiałem się jakie znaczenie to ma dla codziennego życia. Zapewne wielkie, ale kto by się nad tym zastanawiał. Zwykle kiedy wiemy, że coś się dzieje lub ktoś zmierza ku temu, aby coś się dobrego stało to przyjmujemy jedynie stanowisko obserwatora. Nieraz podsumowaliśmy sobie dzień z pytaniami co pożytecznego dzisiaj osiągnęliśmy. Niewiele tego jest, prawda? A gdyby tak kończyć dzień z postanowieniem niczym te, które narzucamy na siebie pod koniec każdego roku, z tym, że nie będą to uczynki bezpośrednio związane z nami?

Kiedyś widziałem taki film zatytułowany „Pass it Forward” („Podaj dalej”) z 2000 roku. Widzieliście go kiedyś. Chodzi w nim o to, że pewien chłopak wychowujący się w patologicznej rodzinie na prowincji Las Vegas realizuje zadanie domowe, które zlecił mu i reszcie uczniów nauczyciel (Kevin Spacey). Zadanie dość banalne, ponieważ polega na obserwacji środowiska w celu podjęcia próby zmiany tego co się nie podoba.  Przeciętne dziecko pomalowałoby ścianę budynku, inne by wykosiło trawnik przed domem, a reszta by to zlekceważyła wymyślając jakieś poboczne zadania. Ale nie Taylor (Haley Joel Osment), który za cel wybrał sobie niesienie pomocy. Zaczął realizować projekt, który mógłby być przykładem dla widza, pozwolić mu spojrzeć na pewne sprawy, które na pewno codziennie go otaczają nieco inaczej. Projekt ten polegał na dowolnym wyborze 3 przypadkowych osób, których nie znamy i zrobić coś szczególnego dla nich. Ale musi to być coś czego sami nie są w stanie zrobić dopóki nie osiągną punktu zwrotnego – dobrego lub złego – dlatego chłopiec wolał być tym dobrym, a podjął się takiej, a nie innej próby ze względu na sytuację w jakiej sam się znajduje (relacje rodziców, matka alkoholiczka, bieda, agresja, brak perspektyw itd). Oczywiście film można uznać za stratę czasu lub naiwną historię, ale magia filmów posiada sobie tą wspaniałą cechę „co by było gdyby…”, bo jeżeli sami nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić co by było, gdyby nie było limitu zaufania i do czego by to prowadziło. Tym bardziej wątpliwość budzi fakt, iż w domu chłopca pojawia się bezdomny, który tą pomocą nie gardzi, a nawet wykorzystuje jako życiową szanse poprawy czegoś. My raczej bezdomnego do domu nie wpuścimy, ale jego matka też zareagowała jak każdy z nas by zareagował, gdyby nasze dziecko sprowadziłoby beja do domu. Film do obejrzenia. Polecam każdemu kto chociaż ma chwilę wolnego czasu, a szuka alternatyw lub po prostu pomyśleć sobie nad życiem. Zwiastun podaję pod tym linkiem.

Niestety, otaczający nas ludzi i przypadki budzą wiele wątpliwości, czy projekt taki miałby jakieś zastosowanie, ponieważ trzecia, albo czwarta osoba, której pomagamy to zwykły prostak, czekający aż ktoś taki jak my się pojawi. Dlatego też film mnie aż tak mocno przekonał i nie przekona nikogo, kto stara się pokonywać życie trzeźwym krokiem. Ale to ja, poza tym straciłem wiarę w człowieka, ale i tak cisnę dalej mimo, że kiedyś mogę się na tym nieźle przejechać. Aby odnieść sukces oglądając film, należy postawić sobie warunek, iż…to jedynie film. Jednak nie wszystko co jest w filmie musi jednocześnie być fikcją, bowiem szystko zależy od nas i od tego co w nas siedzi, bo pomagać się da, tylko trzeba wiedzieć komu. Nie każdy jednak tej pomocy oczekuje, ale z doświadczenia wiem, że opłaca się pomagać zupełnie bezinteresownie. A ty, czytelniku, wiesz dokładnie o czym mówię, gdy wspominam o tej wyjątkowej satysfakcji, gdy komuś pomożemy i możemy po prostu pójść dalej. Tym bardziej, gdy to ktoś nam pomaga i idzie dalej. Czasami aż chcemy, żeby nie odchodził. I ty możesz być czyimś bohaterem.

Nie trzeba robić czegoś wielkie, ani nie musi to być ktoś kogo zupełnie nie znamy. Zawsze może to być ktoś kogo nie znamy, a najlepiej ktoś kogo nienawidzimy. Każdy przytoczyłby przykłady z życia i z dumą opowiedziałby to komuś, teraz, nawet mi, nawet w komentarzu – co kiedyś zrobiliśmy i czego nie zapomnimy, bo przyczyniliśmy się do czyjegoś szczęścia. Osobiście takimi przykładami mógłbym sypać jak cukierkami polegając jedynie na własnym doświadczeniu. Takim wydarzeniem byłby idealny przykład z zeszłego tygodnia – czekałem na przystanku tramwajowym w centrum Warszawy. Była godzina 22:55 i trochę mi się spieszyło, ponieważ tramwajem miałem dojechać do autobusu, który jest ostatnim regularnie kursującym dziennym autobusem. Napotkałem pewnego Brytyjczyka (tak wynikało z dalszej rozmowy), który zaczepił mnie, gdy słuchałem muzyki przez słuchawki. Popukał mnie po ramieniu – pierwsze co myślę to pewnie jakiś bezdomny chce na browar. Lecz widzę dość postawnego gościa w średnim wieku, automatycznie zmierzyłem go od stóp do głów, aby znaleźć element ‚ubogości’, bo zwykle tacy ludzie zaczepiają obcych. Zapytał o drogę do hotelu Marriott, który nie był aż tak daleko, ale z drugiej strony rozumiałem, że zabłądzić można dosłownie wszędzie, nawet w przejściu podziemny pod centralnym. Miałem wrażenie, że koleś walnął sobie kielicha co jeszcze bardziej odebrało mu zdolność satelitarnego poruszania się po ulicach miasta. Cóż – myślę – tramwaj ucieknie, autobus też, pojadę nocnym, ale co tu tłumaczyć, wskazałem drogę i pomyślałem, że może warto przejść się kawałek i pokazać mu chociaż, który to budynek. Więc przeszliśmy te parę metrów, a gość z wysp był bardzo pozytywnie zaskoczony pomocą (i zdolnością posługiwania się językiem angielskim), tłumacząc, że to głupia sprawa kogoś pytać o coś co jest raczej dla lokalnych mieszkańców czymś zupełnie oczywistym i co sobie taki pomyśli, gdy go zaczepia na ulicy. Chłop miał rację, bo w końcu sam go posądziłem o ‚bezdomność’ w pierwszej reakcji, a pewnie jeszcze pomyślał, że go gdzieś potne nożem kiedy zaproponowałem przejście z nim pod wskazany adres.

To tylko jeden przykład z życia, a jest ich wiele. Innym przykładem, który pamiętam sprzed paru miesięcy to sytuacja w jednej z restauracji fast-food również w Warszawie. Po złożeniu zamówienia, chciałem sobie usiąść wygodnie i przekąsić to coś, na punkcie czego ciekła mi ślinka. Siadam więc przy stoliku…i? podchodzi do mnie jakiś starszy typ, który chyba trafił do tego lokalu przez przypadek. Oczywiście sądziłem, że to jakiś emeryt proszący o kasę na kawę. Nastąpiła dziwna sytuacja, ponieważ kupiłbym człowiekowi kawę, bo wyglądał jakby naprawdę jej potrzebował, a nie wyglądał na bezdomnego, a bardziej na kogoś kto nie może sobie na zbyt wiele pozwolić przez swój skromny majątek. Kupiłbym, gdyby poprosił. Lecz on wcale nie chciał kawy, więc czego mógł chcieć od kogoś obcego? Kod do kibla? nie. Kanapkę? też nie. Czego można chcieć? „W czymś mogę panu pomóc?” – zapytałem – „ja przepraszam bardzo, że przeszkadzam, ale mam wielką prośbę (aha, przysłowiowa 5-teczka na colę? – pomyślalem), bo pan tu je, a ja stary człowiek… – i wyjmuje taką podróżną planszę do gry w szachy, ta na magnesiki – …ale czy chciałby pan zagrać ze mną w warcaby?”. Byłem w szoku i pewnie dlatego powiedziałem, że „bardzo chętnie, ale nie mogę”. Miałem wielkie poczucie winy, że to zrobiłem, ale nie była to przygotowana odpowiedź, która padłaby zanim zadał pytanie, chociaż wcale jej nie chciałem udzielić. Tak żałowałem, może nawet bym zagrał z nim. Spożywając swój posiłek obserwowałem go i zastanawiałem się co dalej będzie? Głównie przyglądałem się dlatego, że było mi go żal i mogłem go zranić odmową, a zdecydowanie nie był to ktoś kogo chciałbym zranić. Zaczepił jakiegoś studenta, na oko 20 lat, również zajadał się kanapką i frytkami. Usiedli około 2 metry ode mnie zupełnie przede mną więc obserwowałem dalej. Początkowo chłopak nie był przekonany i miał na twarzy wypisane „nie mam drobnych”, ale nie popełnił tego błędu co ja. Gdy usiedli, chłopak zaczął słodzić sobie kawę, a starzy człowiek z pasją rozkładał pionki na miniaturowej tablicy. Po jakimś czasie przyłączyła się do młodego chłopaka jego dziewczyna i widząc co się dzieje, zaproponowała kawę obcemu towarzyszowi – odmówił. „A może jakąś ciepłą bułkę?” – „dziękuję, naprawdę nie trzeba”. Obserwowałem sobie dalej tych ludzi i tak sobie pomyślałem, że na tym właśnie polega prosta pomoc, którą można udzielić uszczęśliwiając kogoś czymś zupełnie prostym – nawet grą w warcaby. Wykonując kolejne ruchy i z wielkim zapałem angażując się w grę mężczyzna był po prostu kimś kto poszukiwał towarzystwa. Może stracił żonę parę lat temu z którą grywał w warcaby i teraz szuka towarzystwa w obcych ludziach? Smutno to stwierdzić, ale wyglądał raczej na kogoś kto jest bardzo bliski swojego końca, a takich nie widujemy w biegu, w codziennych okolicznościach. Ale szczęście na jego twarzy gdy rozkładał te małe pionki jest nie do opisania. Nie jest to przykład „przysługi dnia”, ale idealny przykład jak bardzo w ludzkim zachowaniu brakuje takich wartości, aby okazać pomoc chociażby przysługą. Jeżeli nie udałoby się to przyswoić to przynajmniej miałoby się to na uwadze.

Jako człowiek w związku małżeńskim wiem, że nie będziemy pomagać tak często jak kiedyś, szczególnie, gdy nasza wybranka/wybranek nie zna zasad „podaj dalej” i zacznie być zazdrosny. Zresztą znając życie, gdy z kimś się wiążemy to całą moc dobroci skupiamy właśnie na tej osobie, więc dobre uczynki przekładają się na życie codzienne – ile razy to facet wskoczył w kuchenny fartuch i zrobił coś zajebistego tylko dlatego, bo ona jest zmęczona? A już w ogóle robi to z własnej inicjatywy kiedy w ogóle tego nie oczekujemy? Brzmi jak bajka, ale proste rzeczy naprawdę zmieniają bieg wydarzeń i jest powodem do robinia tego. Warto.

Decyzje, decyzje, decyzje

Trochę podniosłem się na duchu w przeciągu dni nieobecności na blogu. Zacząłem jakoś żyć tym kolejnym dniem, który nadchodzi po nocach pełnych przemyśleń. Z pełną satysfakcją mogę powiedzieć, że najgorsze prawdopodobnie już za mną i czekają mnie teraz tylko te lepsze dni. Do czasu aż komuś przyjdzie mnie skrzywdzić i wzbudzić we mnie te smutki, które były dla mnie codziennością. Żyje z nimi dalej. Jakby nic się nie stało.

Czas leczy rano, jak mawia stare przysłowie. To niestety prawda. Niestety, ponieważ doświadczenia te i każde wcześniejsze nie wykazały, aby był inny sposób aby obejść te cierpienia, które wracają i dręczą co chwilę. Czas. To coś co pozwala nam dojść do siebie i zapewne wszystko ma swoje chwile ulotne zapisane przez los jako te, które wydarzą się na przykład tu i teraz, lub jutro o tej samej porze. Dużo myślałem nad tym wszystkim i opierałem się na rozmowa z bardzo różniącymi się od siebie ludźmi. Owszem, mój przypadek jest jednym z cięższych i trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – zostawiła mnie kobieta, którą nadal kocham w głębi duszy i nie wiem gdzie jest, z kim jest, co robi i czy w ogóle kiedyś ją zobaczę. Świadomie widziałem, że jestem zupełnie odłączony od środowiska, ignorowałem życie, ludzi, izolowałem się.

Wszystko można powiedzieć o tym związku, ale na pewno nie to, że był jednym z tych nieudanych. Jesteśmy młodym małżeństwem, dosłownie wszystko było (lub jest) przed nami. Ona była idealną żoną, która miała czasami gorsze dni, a ja byłem mężem, który codziennie szukał sposobu, aby udowodnić jej jak ważna dla mnie jest czasami zapominając jaką faktycznie istotną rolę spełnia w moim życiu. Więc co poszło nie tak? Coś na co wpływu nie mieliśmy – sytuacja. Nie stać nas było na dom, ciężko pracowaliśmy, życie przez to było pełne stresu i niwelowało to emocje, które z czasem przeradzały się w nienawiść. To wychodzi z biegiem czasu, że ona była dobrą osobą, która jako cudzoziemiec wcale nie miała łatwego życia i przez własną nieuwagę, zdecydowanie więcej obowiązków związanych z organizacją Euro 2012 w pracy nie zauważałem wielu rzeczy, które zauważałem od niedawna. Przestałem być dla niej oparciem w kraju, którego nie zna i miała w nim tylko mnie. Dodatkowo opuściła swój dom, w którym się wychowywała, z ludźmi, których miała przy sobie od zawsze i zwyczaje, które mogą być zupełnie inne niż tam. To ma dużo wspólnego z naszymi rodakami, którzy wyjechali za pracą na wyspy brytyjskie i wrócili, bo…brakowało im nawet polskich gazet. Błędem było przekształcenie jej tęsknoty na wrogość wobec mnie jako osoby, która nic sobie nie robi. Przez moją nieuwagę utrata jej nie powinna być czymś co trudno przewidzieć, za bardzo byłem skupiony na zmianach, na pomysłach na życie. Bardzo mocno przeżywałem fakt, iż nie mogłem podjąć odpowiedniej decyzji co do swojej kariery, która w dużej mierze odpowiadała za naszą przyszłość, bowiem celem w karierze był albo awans albo wyjazd za granicę.

Z perspektywy czasu uświadomiłem sobie, że wyjazd jest zdecydowanie tym pomysłem, który chciałbym realizować. Nieprzekonany o tym, co nas czeka za granicą po rezygnacji z pracy po 5 latach stażu nie pomagała z tą decyzją, szczególnie, że Liliia była zainteresowana nieruchomościami w Warszawie, więc do ostatniej chwili nie mogłem podjąć decyzji. Z czasem robiła się ona trudniejsza, więc zwykle nie rozmawiałem o niej, ponieważ zadręczało mnie to już wtedy, a chciałem mieć jakieś podstawy, aby powiedzieć żonie o planach. Podstawy, które chociaż pomogłyby odpowiedzieć na jej pytania. Dla mnie cel był wtedy taki, że chce wyjechać, co sukcesywnie wdrażałem w życie. Zacząłem prowadzić stałe rozmowy ze znajomymi z Irlandii na temat cen, wynagrodzeń, mieszkań, rynku pracy, nadchodzącego kryzysu, a nawet pogody, która tam jest fatalna i potrafi wywołać depresję. Kiedy ja byłem bardziej za wyjazdem, Liliia była coraz częściej nastawiona na zakup mieszkania – widziałem to, więc coraz trudniej było mi mówić o tym. Okres, w którym ona wyjechała to był okres, kiedy nie pytaniem było „czy wyjechać” lecz „gdzie trafić”. Kiedy mnie opuściła, wszystko upadło. Przestałem myśleć o wyjeździe, nie patrzyłem na oferty, nie rozmawiałem z ludźmi, którzy oferowali swoją pomoc – upadłem. Jakiś miesiąc później kiedy zaczęło do mnie docierać, że to co budowaliśmy razem runęło jak domek z kart  i walczyłem ostro, aby kolejny dzień nie wyglądał jak poprzedni, czy jak powtarzający się koszmar, na który nie miałem wpływu. Odezwałem się do jednego z dawniejszych znajomych tłumacząc mu, że nie daję rady i muszę zmienić środowisko, bo nie wytrzymam z myślami, które mnie nawiedzając co chwila. Przeprowadziłem poważną rozmowę i zdecydowałem się ponownie na wyjazd.

Przygnębiająca była myśl, iż do tej pory chciałem pojechać tam, aby poprawić sytuację w rodzinie, kupić psa, zacząć nowe życie, albo może nawet…dać komuś życie, a teraz przyszło mi podejmować decyzję pod wpływem masy negatywnych myśli, dręczących wspomnień i żalu do siebie, do świata, a nawet do niej. Ostatecznie stwierdziłem, że muszę pojechać, bo zwariuję, jeżeli będę tak dalej się prowadził. I ciążyła nade mną myśl, że muszę poinformować swoich kolegów i koleżanki z pracy, że muszę odejść po tylu latach wspólnych doświadczeń. Nawet gdybym chciał, nie policzyłbym ile osób ze mną pracuje. Zresztą kiedy się wyprowadziłem z domu, to miałem tylko tą pracę, więc ludzie z niech zastąpili mi rodzinę, a teraz przyszło mi odejść. Pierwszą osobą, której powiedziałem, że na mnie chyba czas to mój przełożony, asystent kierownika, który w ogóle mi się nie dziwi i powiedział jedynie, żebym…jemu też bym czegoś poszukał jeżeli tam już będę. Z każdym z kim później o tym rozmawiałem, zachęcali do wyjazdu, a ja nie jestem pewien czy właśnie tego oczekiwałem, bo chciałem, żeby coś mnie zniechęciło do wyjazdu, żeby coś powiedziało mi, że jestem w błędzie i powinienem został. Stało się to jedynie raz w wykonaniu kolegi, który nie cieszy się u mnie dobrą reputacją, więc zadziało to bardziej zachęcająco niż zniechęcająco. W między czasie porównywałem sobie kolejne opcje wyjazdu przez co trochę zapomniałem o małżeństwie. Żyłem myślą, że albo moja żona się do mnie przyłączy, albo nie przy czym wcale nie nastawiałem się na to, że mój wyjazd by na nią wpłynął, bo sama pewnie by mi nie uwierzyła dopóki dopóty nie byłbym na miejscu. Nie czułem, że mi ufa, ani czy wierzy mi i w w moje możliwości.

Pewnego piątku zapukałem do drzwi mojej szefowej, która jednocześnie była osobą stojącą za moim zatrudnieniem. Prywatnie wiedzieliśmy co się dzieje w naszym życiu, więc zwykle towarzyszyliśmy sobie w dobrych i złych chwilach. Dlatego informacja o odejściu była ciężka. To jak odchodzenie od rodziny, która przez cały czas zapewniała dach, a ja czułem się, że odwracam się plecami. Stosunki w pracy były na tyle dobre, że wiedziałem na ile mogę sobie pozwolić i przekazując taką informację szczerze było mi powiedziane, że to dobra decyzja dla mnie, zła dla firmy. Wyszło na to, że zostałem pozytywnie oceniony, ponieważ bezkonfliktowo chce zakończyć współpracę przychodząc z wyprzedzeniem. W tej rozmowie nie było widać nadziei, że zmienię zdanie, bo stosowałem odpowiednie argumenty, w które wierzyłem i trudno było się im oprzeć nawet pracodawcy. Na przestrzeni tych paru lat wyrobiłem sobie pewną pozycję, którą trudno będzie zostawić z dnia na dzień. Bardzo nieoczekiwanie pokłóciłem się ze współlokatorem, który powiedział mi, że muszę się wyprowadzić, ponieważ nie może pod jednym dachem z kimś, kto zupełnie nie dba o mieszkanie, nie sprząta i wypada nadzwyczaj fatalnie we wszystkim. Ale to prawda, rozstanie totalnie mnie rozbiło i zaniedbywałem większość takich rzeczy. Wyjazd jest mi pisany? Czy rok 2013 okaże się renesansem?

Po tym jak powiedziałem, że odejdę z pracy poczułem ulgę. Ze współlokatorem też sobie to wyjaśniłem, więc mam nadzieję, że nie przyjdzie mi szukać mieszkania na miesiąc kiedy aktualnie planuję sprzedać wszystkie posiadane przez siebie rzeczy. Nawet się ucieszyłem i bardzo poprawiło mi to humor kiedy sytuacja się rozjaśniła. To w końcu pierwsza od paru tygodni rzecz, gdzie czuję, że mam nad czymś władzę, wiem na czym stoję, a przede wszystkim może otworzyć przede mną zupełnie nowy horyzont. Zacząłem częściej oglądać oferty, rozmawiać z ludźmi, a spacer do pracy nie był już pełen dylematów, które łaziły za mną jak pies w porze obiadowej.

Dobra rzecz jest taka, że coraz mniej się nad tym zastanawiam i coraz bardziej zacząłem skupiać się na sobie.

Ślub z rosjanką – formalności

Warto przestrzec wszystkich, którzy planują ślub z rosjanką (lub rosjaninem), bo nie jest to ani łatwe, ani proste. Oczywiście dałoby się to wszystko zorganizować bezstresowo, ale to by mogło się udać, jakby ktoś miał już doświadczenie w tym temacie. Ten kto doświadczenia nie ma ma okazję poznać świat z gorszej perspektywy.

Ja i moja narzeczona stwierdziliśmy, że nie warto jeździć w jedną i drugą, żeby się spotykać więc zdecydowaliśmy się na ślub. Na początku długo zastanawialiśmy się nad tym jak zdobyć wizę, aby przyjechała tu na dłużej, aby załatwić sprawy i żeby już nie musiała wracać, ponieważ koszt przejazdu był spory, a odległość wynosiła ponad 2500 km. Ostatecznie wyszło na to, że znajomi, którzy mają zarejestrowaną firmę mają większą szanse na zdobycie zaproszenia przez urząd wojewódzki niż osoba prywatna. Wnioskowaliśmy oczywiście o 3 miesiące, ale decyzja była na 1 miesiąc. Jak wiadomo, aby zorganizować ślub trzeba ponad miesiąc, ponieważ same papiery w Urzędzie Stany Cywilnego składa się na minimum 30 dni przed ślubem. Decyzja na 1 miesiąc nie jest wyznacznikiem, że wiza będzie na 1 miesiąc ponieważ konsulat może odrzucić zaproszenie lub nawet wydać wizę na maksymalną ilość dni (czyli 90). Ja w tym czasie starałem się przezornie zaciągnąć najważniejsze informacje w Warszawskim USC, ale niestety osoby tam pracujące nie były zbyt kooperatywne. Dialog z agentką określiłbym (delikatnie mówiąc) stratą czasą, bo odpowiedzi były wymijające, a sugestie szokujące. Pytałem głównie czy mógłbym złożyć niezbędne dokumenty bez narzeczonej i ewentualnie donieść brakujące pisma itd kiedy już przyjedzie – odpowiedź była oczywiście negatywna z reakcją parksnięcia. Zapytałem również o ewentualne wolne terminy, ponieważ nie wiedziałem czy nawet te 90 dni by starczyły, aby wszystko uporządkować to odpowiedź była bardzo ogólna. Np. że w wakacje się więcej czeka niż na termin jesienny. Kiedy zapytałem o termin wakacyjny nie udzielona była odpowiedź…ponieważ odpowiedź mógłbym uzyskać gdybym składał dokumenty. Oczywiście wątpie, aby to polegało na składaniu dokumentów czy na zwykłym „pocałuj mnie pan w d*** i idź już stąd”. Nie dałem za wygraną i drążyłem temat dalej tłumacząc, że narzeczona nie mieszka pod Warszawą, ani nawet nie ma bezpośredniego dojazdu tutaj, żeby sobie przyjeźdżać i załatwiać sprawy. Agentka powiedziała na to, że zawsze może przyjechać, złożyć wniosek i wrócić na termin ślubu. Wspomniałem o odległości, czyli 2,5 tyś km to sugestia szanownej pani paru facetów starających się o przyjazd ukochanej osoby zrównałoby stanowisko agentki razem z nią samą z ziemią, ponieważ – „to już pan sobie taką dziewczynę znalazł, przynajmniej może się pan zastanowić i poszukać sobie kogoś bliżej”. Byłem w szoku.

Następnie interweniowałem w ambasadzie RP w Moskwie i przez telefon przestrzegłem, że przyjedzie taka i taka osoba, której mam zamiar się oświadczyć i ożenić się z nią jak przyjedzie. Dla wiarygodności powiedziałem, że miała to być niespodzianka dla niej więc pani z ambasady zareagowała bardzo entuzjastycznie informując mnie, że wszystko powinno przebiec inaczej i pismo notarialne z informacją o tym, że chcę się oświadczy wystarczy wysłać jej faksem lub mailem, a nie jak do tej pory sugerowała, czyli konieczny był orginał pisma. Narzeczona pojechała do Moskwy i bezpośrednio po odbiorze wizy jechała do mnie, więc ilość dni na wizie była tajemnicą do czasu, aż jej rodzice mnie poinformowali za pośrednictwem vk. Niestety tylko 1 miesiąc został podtrzymany. Spodziewałem się tego, więc jak to ja zawsze miałem plan B i C gdzieś w rękawie. Skoro wiza była na miesiąc to pozostało jedynie starać się o przedłużenie wizy już tutaj na miejscu lub skrócenie terminu oczekiwania na ślub po złożeniu dokumentów.

Nie było to jednak łatwe. Ani w przypadku przedłużenia wizy, ani w przypadku skrócenia terminu można liczyć na uśmiech losu ze sporą dawką szczęścia. Tego samego dnia kiedy żona przyjechała wybraliśmy się do USC pytając o konkretne kroki, jakie mamy wykonać przedstawiając obecną sytuację. Takie informacje jak składanie tłumaczeń konkretnych dokumentów i tak dalej. Skrócenie terminu nie było możliwe, ponieważ musiałby występować poważny powód trudny do przewidzenia. Pozostało więc starać się o przedłużenie terminu i w tej sprawie skierowaliśmy się do Instytutu ds. Cudzoziemców na długiej, które już było zamknięte. Nie chcieliśmy tracić czasu, więc wybraliśmy się do Ambasady FR, która też już była zaminięta, w środę było nieczynne więc zaprosili nas w czwartek. To były dwa niezbędne dni, które stracilismy, a w sytuacji w której się znajdowaliśmy nawet te dwa dni miały ogromne znaczenie. Wróciliśmy w czwartek, ale czas obsługi jednego petenta to średnio godzina więc pocałowaliśmy klamkę, jednak tym razem koleś co pilnował bramki zapisał nazwisko narzeczonej, aby w załatwić jej sprawę w piątek już bez kolejki. Chodziło o przetworzenie dokumentu o braku wpisu w rejestrze osób w zwiazku małżeńskim na wniosek o przeciwskazaniach do zawarcia w związku potrzebny w USC.

W Instytudzie w między czasie dowiedzieliśmy się, że nie da się przedłużyć wizy na podstawie terminu ślubu, ponieważ nie jest to ważny powód, ale zostało nam zasugerowanie, że jeżeli znajdziemy USC z wolnymi terminami krótszymi niż 30 dni i zdołamy przekonać kierownika o wczesny termin to wiza nie będzie musiała być ważna, aby złożyć wniosek o kartę pobytu tymczasowego, ponieważ nie można deportować małżonka/ki obywatela/ki RP, ale też nie można przeginać z czasem i np. składać wniosek po miesiący itd. Problem polegał na tym, że zaglądałem do paru USC i żaden nie chciał brać sprawy na warsztat. Mogłem się domyślać jedynie, że sprawa była wyjątkowa i USC, które miały terminy wolne, czyli te niepopularne placówki nie mają doświadczenia lub boją się konsekwencji skrócenia terminu bez odpowiedniej podstawy. Nie daliśmy za wygraną, bo zostały dwa tygodnie do wygaśnięcia wizy. Zacząłem czytać paragrafy w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, aby dowiedzieć się jakie to są te trudne do przewidzenia przypadki. Nie chciałem przyjąć słów „nie można” bez okreslenia tego w kodeksie. I faktycznie nie dało się, ponieważ nie jest to dokładnie sprecyzowane przez prawo i władzę absolutną nad ośrodkiem USC sprawuje kierownik, od którego taka decyzja zależy. Przez upór udało się nam zaklepać termin, lecz bez wyrzucania kodeksu na stół a zwykłą teorią, że byliśmy wszędzie, powiedzieliśmy wszystko i nie mamy więcej opcji. Kierowniczka się w końcu zgodziła na termin przypadający dwa dni przed wygaśnięciem wizy.

Składanie dokumentów jak i ślub odbyły się w obecności tłumacza przysięgłego. Po ślubie wybraliśmy się do IdsC, aby złożyć wniosek o kartę na pobyt tymczasowy. Aby ją otrzymać trzeba wybrać się na ulicę długą w Warszawie lub iść do oddziału znajdującym się w metrze centrum już z wypełnionym formularzem, który może być ewentualnie korygowany na miejscu w towarzystwie bardzo sympatycznego urzędnika. Zresztą w IdsC również pracuje dość młoda i kooperatywna kadra. Po złożeniu dokumentów czeka się dokłanie 3 miesiące na zgłoszenie się po decyzję i dodatkowe dwa tygodnie na otrzymanie karty. W czasie tych 3 miesięcy otrzymamy na adres domowy pismo, które musimy okazać przy odbieraniu decyzji. Pismo to jest wysyłane również do lokalnego posterunku Policji, jak i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służby Granicznej. Procedura wygląda tak, że możemy być skontrolowani przez wymienione jednostki bez uprzedniego poinformowania, ale w naszym przypadku takie przygody się nie przytrafiły, więc spokojnie odczekaliśmy do ustalonej daty, a później odebraliśmy kartę dla żony.

O ile załatwianie śłubu i wiz było mocno nerwowe tak sama procedura o kartę pobytu była już jak spacer przez park. Przede mną ostatnia próba, która czeka mnie już za tydzień i to chyba jej się obawiam najbardziej…odwiedziny teściowej!

Konkrety:
Dokumenty składamy dokładnie na 30 dni przed ewentualnym terminem ślubu. Najważniejsze, żeby ślub odbył się w trakcie ważnej jeszcze wizy.
Teoretycznie nie da się przedłużyć wizy na podstawie terminu ślubu, bo nie jest to wazny argument, ale dla USC krótka wiza to nie ważny argument, aby skrócić termin oczekiwania na ślub. Paranoja, ale prawda taka, że termin może być skrócony i nie dajcie sobie wmówić, że się nie da, bo się da. Kodeks rodzinny i opiekuńczy nie przewiduje konkretnych przypadków, a mówi jedynie o przyczynach trudnych do przewidzenia. Agent lub kierownik może mówić o ciążach, chorobach czy czymś takim, ale to bujda. Krótka wiza jest również sprawą nie do przewidzenia, bo nie my decydujemy o długości terminu a konsulat, a fakt, że USC tego nie uznaje to ich sprawa i widzimisie personelu. Równie ważnym powodem może być ciąża, a narzeczona nie chce, aby na ślubnych fotach był wyeksponowany brzuch i to też przeszło, bo i tak przypadek znam z kręgu znajomych. Ewentualną czekoladę za uległość dajemy po a nie przed decyzją. Niech to będzie nagroda, a nie łapówka. Dokumenty składamy w obecności tłumacza przysięgłego i darowałbym sobie polemikę czy jest on konieczny skoro dziewczyna mówi po polsku albo po prostu rozumie, niech ten tłumacz będzie i już.
Dokumenty, które składamy to:
a) Polak lub Polka dowód osobisty i skrócony akt urodzenia, chyba, że USC to nasz, w którym jesteśmy zarejestrowani to akt nie jest potrzebny.
b) Narzeczony lub narzeczona – paszport z ważną wizą, skrócony akt urodzenia w języku rosyjskim przetłumaczone korzystając z usług tłumacza przysięgłego. Dodatkowo składamy zaświadczenie o braku przeciwwskazań do zawarcia związku małżeńskiego i tu sprawa jest nie taka jasna, ale też nie jest skoplikowana. Nasza druga połówka będąc jeszcze w Rosji idzie do ZAGS’u, który sporządza dokument o nie występowaniu w rejestrze jako osoba w związku małżeńskim. Z tym dokumentem ukochana/ukochany przyjeżdża do Polski i na podstawie właśnie tego specyficznego wniosku to Ambasada FR wyrabia takie specjalne zaświadczenie o braku przeciwwskazań o możności wstąpienia w związek małżeński, który wydaje w dwóch połówkach – oryginalnej rosyjskiej wersji i przełożonej na język pl. Dokument jest wydany na jednej stronie więc nie trzeba nękać już tłumacza przysięgłego, bo w takie postaci USC zaakceptuje dokument.
Czekamy na termin, znów mobilizujemy tłumacza przysięgłego, ponieważ jest on konieczny przy ceremonii składania przysięgi małżeńskiej. Ślub cywilny trwa tyle co składanie dokumentów czyli 15 minut. Kierownik coś tam mówi czy jest związek i dlaczego jest on taki elo odpowiedzialny.
Składanie wniosku o wydanie karty pobytu jest już mniejszym problemem, ponieważ nie jest konieczne, aby odbyło się w trakcie ważnaje wizy. Ważne, aby ślub się odbył zanim wiza wygaśnie. Wniosek i tak musimy złożyć, a małżonek czy małżonka i tak już przebywają legalnie, ponieważ są w związku z Polakiem/Polką. Wraz z wniosekiem trzeba uiścić opłatę około 350 PLN oraz około 50 PLN przy odbiorze. Obowiązują 3 miesiące, aby zapadła decyzja o karcie oraz dwa 2 tygodnie na odbiór karty. W trakcie tych 3 miesięcy otrzymamy wezwanie na przesłuchanie. Przesłuchanie trwa około godziny na łebka i odbywa się w dość przyjaznych warunkach. Pytania są bardzo podstawowe i każda znająca się w miarę para nie będzie miała problemu (np. gdzie byliście w weekend, pytania o rodzinę, o urodziny, o plany na przyszłość). My się parę razy pomyliliśmy, ale pytająca osoba jest wyrozumiała i nie oczekuje odpowiedzi kropka w kropke takiej samej. W oczekiwaniu na wezwanie lub na decyzję może nas odpowiedzić dzielnicowy lub straż graniczna w kwestiach czysto formalnych. Wraz z kartą pobytu tymczasowego otrzymamy numer PESEL, więc nie musimy go wyrabiać dodatkowo. Kartę należy okazywać wraz z aktualnym paszportem RU.

Od siebie dodam jeszcze, że nieraz będziemy odczuwali niewygody biurokratyczne i inne przeszkody. Różnie to można interpretować. Po pewnej rozmowie jaką przeprowadziłem po pewnym czasie z osobą pracującą po drugiej stronie biurka i powódów dlaczego tak trudno ściągnąć żonę ze wschodu jest wiele. Jednym z nich jest zbyt optymisatyczna opinia na temat rosjan – że żona gotuje, że kocha itd. To mity, które niekoniecznie sprawdzają się w dzisiejszych czasach. Jednym słowem – to musi być bardzo przemyślana decyzja.