Jak dalej żyć?

Czyli jak stawić czoła przeciwnościom codziennego życia

Kategoria: Felietony

Fikcyjne małżeństwa

Witam Was.

Od pewnego czasu próbuje doszukać się informacji na temat fikcyjnych ślubów wszelkiej maści. Jestem prawdopodobnie ofiarą czegoś takiego, więc chciałbym się odpowiednio przygotować do tego co będzie dalej, ponieważ w moim przypadku sprawa jest raczej przesądzona – żona nie wróci, a powody i to co się działo dalej w moim życiu kiedy mnie zostawiła można poczytać przeszukując archiwum. Nie mniej nie mam zamiaru tego zostawiać tylko dlatego, że mam nieuregulowany status, ale też dlatego, że moja żona (?) potraktowała mnie bardzo nie w porządku i chciałbym sobie zrobić przysługę i zamknąć jej drogę do mnie. Serce nie sługa.

Niestety materiałów i miejsc, w których mógłbym poczuć się wsparty przez grupę osób z podobnymi przeżyciami jest mało lub wcale. Nie udało mi się takiego miejsca znaleźć, a szkoda, ponieważ na pewno jest niejedna osoba, która została równie pogardliwie potraktowana. Znalazłem jednak poniższy artykuł, który chciałbym przedstawić:

Co roku ponad sto małżeństw Polek z obcokrajowcami uznano za fikcyjne. Kobiety poślubiają Pakistańczyków, Nigeryjczyków czy Wietnamczyków, którym zależy na legalnym pobycie w UE.

28-letnia Karolina Michalak cztery lata temu wyjechała do pracy do Wielkiej Brytanii. Podczas wakacji w Londynie poznała Setha z Ghany. – Zafascynowała mnie jego kultura, ciepłe opowieści o rodzicach i rodzeństwie – przyznaje Karolina. – Pół roku byłam bardzo szczęśliwa, bo Seth dawał mi tyle dowodów miłości, jak żaden polski mężczyzna.

Idylla nie trwała długo. – Po pięciu miesiącach zaczął nalegać na ślub. Początkowo bardzo miło, a potem z dnia na dzień był coraz bardziej agresywny. W końcu przyznał, że ślub jest mu potrzebny, aby zalegalizować pobyt. Dotarło do mnie, jaka byłam naiwna – mówi kobieta.

Z danych Urzędu ds. Cudzoziemców wynika, że co roku ok. 8 tys. obcokrajowców stara się zalegalizować swój pobyt w Polsce, jako powód podając małżeństwo. W 2010 r. odmówiono takiego pozwolenia 185 cudzoziemcom. W większości dlatego, że stwierdzono fikcyjność małżeństwa. – Zgodnie z ustawą o cudzoziemcach należy ustalić, czy związek małżeński nie został zawarty w celu obejścia przez cudzoziemca przepisów – wyjaśnia Ewa Piechota, rzeczniczka urzędu. – Stwierdzenie fikcyjności jest podstawą do odmowy zezwolenia na zamieszkanie lub jego cofnięcie.

Pozwolenia na zamieszkanie udzielają urzędy wojewódzkie. Każdy od czasu przystąpienia Polski do UE wykrywa rocznie od kilku do kilkudziesięciu takich przypadków. Na przykład z danych Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego wynika, że co roku kilkanaście bydgoszczanek pada ofiarą obywateli Afryki i Wietnamu, którzy udają uczucie, a zależy im tylko na zdobyciu karty legalnego pobytu na terenie UE. Małżeństwo umożliwia podjęcie legalnej pracy, skraca też czas oczekiwania na przyznanie obywatelstwa. Karpacki Oddział Straży Granicznej w Żywcu zakończył właśnie śledztwo przeciw grupie osób, które werbowały w Małopolsce młode dziewczyny do zawierania fikcyjnych małżeństw z obywatelami Nigerii. Pięciu usłyszało zarzuty.

Urzędnicy przyznają, że skala zjawiska jest większa, ale nie wszystkie fikcyjne pary zostają zdemaskowane. – Znamy przypadki, kiedy kobiety dostawały od 15 do 20 tys. zł za „papierowy ślub” – opowiada Aleksandra Przybysz, chor. straży granicznej. – Połowę cudzoziemiec wpłacał od razu, połowę – po ceremonii. Nieraz funkcjonariusze wkraczali do urzędu stanu cywilnego tuż przed ślubem.

Zanim wojewoda udzieli zgody na pobyt, pracownicy SG przeprowadzają wywiady z parami. Małżonków w osobnych pomieszczeniach urzędnicy pytają o drobiazgi, jak np. kolor maszynki do golenia oraz o to, co małżonkowie jedli ostatnio na kolację.

Podczas wywiadów pogranicznicy poznali dużo łatwowiernych dziewczyn. – To najczęściej dziewczyny pokaleczone przez los – opowiada Przybysz. – Cudzoziemcy znajdowali je w portalach społecznościowych, otaczali opieką i chwytali za serce. Potem kobiety zostawały ze złamanym sercem i kłopotem z rozwodem.

Urząd ds. Cudzoziemców ustalił, że w zeszłym roku ponad sto Polek zawarło fikcyjne małżeństwa. Są trzy główne powody, kiedy urzędnicy stwierdzali, że to fikcja. – Małżonkowie w ogóle nie mieszkali ze sobą, czasem nie mogli się w ogóle porozumieć, bo nie znali wspólnego języka, a poza tym nic o sobie nie wiedzieli – wymienia Bartosz Michałek, rzecznik kujawsko-pomorskiego wojewody. – Obcokrajowcy nie otrzymali karty pobytowej, a ich polskim małżonkom groziły kary za poświadczenie nieprawdy.

Agnieszka Gutkowska, adiunkt na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, która od lat współpracuje z cudzoziemcami, miała wiele podobnych spraw. – Często zagraniczny mąż dąży nie tylko do ślubu, ale jak najszybszego powiększenia rodziny – mówi. – Nawet po rozwodzie ma szansę starania się o zalegalizowanie pobytu dla dobra dziecka. Dopóki cudzoziemiec jest w związku małżeńskim z Polką, nawet po stwierdzeniu jego fikcyjności niełatwo go wydalić, choć prawo na to pozwala.

– Różnice kulturowe i bariera językowa sprawiają, że niełatwo odkryć prawdziwe intencje faceta – przyznaje Agnieszka Szymandera, która żyła na emigracji w Anglii i Niemczech. – Poznałam wiele Polek, które dały się omotać Kurdom, Turkom czy Marokańczykom. Polki są zakompleksione, wiele z nich fascynuje egzotyka. Dzięki takiemu związkowi czują się bardziej „światowo”. Cieszą się, że będą mogły pochwalić się śniadym mężem przed koleżankami.

Czytając ten tekst jestem bardziej podbudowany do tego, aby zareagować. Napisałem wiadomość do Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Zobaczymy co dalej. Gdybym w trakcie tego postępowania dowiedział się konkretów jak działać, napiszę. Chciałbym, aby było takie miejsce dla nas – oszukanych, zagubionych.

Osoby, które chciałyby się wypowiedzieć proszę o kontakt w komentarzach. Pozdrawiam.

Ślub z rosjanką – formalności

Warto przestrzec wszystkich, którzy planują ślub z rosjanką (lub rosjaninem), bo nie jest to ani łatwe, ani proste. Oczywiście dałoby się to wszystko zorganizować bezstresowo, ale to by mogło się udać, jakby ktoś miał już doświadczenie w tym temacie. Ten kto doświadczenia nie ma ma okazję poznać świat z gorszej perspektywy.

Ja i moja narzeczona stwierdziliśmy, że nie warto jeździć w jedną i drugą, żeby się spotykać więc zdecydowaliśmy się na ślub. Na początku długo zastanawialiśmy się nad tym jak zdobyć wizę, aby przyjechała tu na dłużej, aby załatwić sprawy i żeby już nie musiała wracać, ponieważ koszt przejazdu był spory, a odległość wynosiła ponad 2500 km. Ostatecznie wyszło na to, że znajomi, którzy mają zarejestrowaną firmę mają większą szanse na zdobycie zaproszenia przez urząd wojewódzki niż osoba prywatna. Wnioskowaliśmy oczywiście o 3 miesiące, ale decyzja była na 1 miesiąc. Jak wiadomo, aby zorganizować ślub trzeba ponad miesiąc, ponieważ same papiery w Urzędzie Stany Cywilnego składa się na minimum 30 dni przed ślubem. Decyzja na 1 miesiąc nie jest wyznacznikiem, że wiza będzie na 1 miesiąc ponieważ konsulat może odrzucić zaproszenie lub nawet wydać wizę na maksymalną ilość dni (czyli 90). Ja w tym czasie starałem się przezornie zaciągnąć najważniejsze informacje w Warszawskim USC, ale niestety osoby tam pracujące nie były zbyt kooperatywne. Dialog z agentką określiłbym (delikatnie mówiąc) stratą czasą, bo odpowiedzi były wymijające, a sugestie szokujące. Pytałem głównie czy mógłbym złożyć niezbędne dokumenty bez narzeczonej i ewentualnie donieść brakujące pisma itd kiedy już przyjedzie – odpowiedź była oczywiście negatywna z reakcją parksnięcia. Zapytałem również o ewentualne wolne terminy, ponieważ nie wiedziałem czy nawet te 90 dni by starczyły, aby wszystko uporządkować to odpowiedź była bardzo ogólna. Np. że w wakacje się więcej czeka niż na termin jesienny. Kiedy zapytałem o termin wakacyjny nie udzielona była odpowiedź…ponieważ odpowiedź mógłbym uzyskać gdybym składał dokumenty. Oczywiście wątpie, aby to polegało na składaniu dokumentów czy na zwykłym „pocałuj mnie pan w d*** i idź już stąd”. Nie dałem za wygraną i drążyłem temat dalej tłumacząc, że narzeczona nie mieszka pod Warszawą, ani nawet nie ma bezpośredniego dojazdu tutaj, żeby sobie przyjeźdżać i załatwiać sprawy. Agentka powiedziała na to, że zawsze może przyjechać, złożyć wniosek i wrócić na termin ślubu. Wspomniałem o odległości, czyli 2,5 tyś km to sugestia szanownej pani paru facetów starających się o przyjazd ukochanej osoby zrównałoby stanowisko agentki razem z nią samą z ziemią, ponieważ – „to już pan sobie taką dziewczynę znalazł, przynajmniej może się pan zastanowić i poszukać sobie kogoś bliżej”. Byłem w szoku.

Następnie interweniowałem w ambasadzie RP w Moskwie i przez telefon przestrzegłem, że przyjedzie taka i taka osoba, której mam zamiar się oświadczyć i ożenić się z nią jak przyjedzie. Dla wiarygodności powiedziałem, że miała to być niespodzianka dla niej więc pani z ambasady zareagowała bardzo entuzjastycznie informując mnie, że wszystko powinno przebiec inaczej i pismo notarialne z informacją o tym, że chcę się oświadczy wystarczy wysłać jej faksem lub mailem, a nie jak do tej pory sugerowała, czyli konieczny był orginał pisma. Narzeczona pojechała do Moskwy i bezpośrednio po odbiorze wizy jechała do mnie, więc ilość dni na wizie była tajemnicą do czasu, aż jej rodzice mnie poinformowali za pośrednictwem vk. Niestety tylko 1 miesiąc został podtrzymany. Spodziewałem się tego, więc jak to ja zawsze miałem plan B i C gdzieś w rękawie. Skoro wiza była na miesiąc to pozostało jedynie starać się o przedłużenie wizy już tutaj na miejscu lub skrócenie terminu oczekiwania na ślub po złożeniu dokumentów.

Nie było to jednak łatwe. Ani w przypadku przedłużenia wizy, ani w przypadku skrócenia terminu można liczyć na uśmiech losu ze sporą dawką szczęścia. Tego samego dnia kiedy żona przyjechała wybraliśmy się do USC pytając o konkretne kroki, jakie mamy wykonać przedstawiając obecną sytuację. Takie informacje jak składanie tłumaczeń konkretnych dokumentów i tak dalej. Skrócenie terminu nie było możliwe, ponieważ musiałby występować poważny powód trudny do przewidzenia. Pozostało więc starać się o przedłużenie terminu i w tej sprawie skierowaliśmy się do Instytutu ds. Cudzoziemców na długiej, które już było zamknięte. Nie chcieliśmy tracić czasu, więc wybraliśmy się do Ambasady FR, która też już była zaminięta, w środę było nieczynne więc zaprosili nas w czwartek. To były dwa niezbędne dni, które stracilismy, a w sytuacji w której się znajdowaliśmy nawet te dwa dni miały ogromne znaczenie. Wróciliśmy w czwartek, ale czas obsługi jednego petenta to średnio godzina więc pocałowaliśmy klamkę, jednak tym razem koleś co pilnował bramki zapisał nazwisko narzeczonej, aby w załatwić jej sprawę w piątek już bez kolejki. Chodziło o przetworzenie dokumentu o braku wpisu w rejestrze osób w zwiazku małżeńskim na wniosek o przeciwskazaniach do zawarcia w związku potrzebny w USC.

W Instytudzie w między czasie dowiedzieliśmy się, że nie da się przedłużyć wizy na podstawie terminu ślubu, ponieważ nie jest to ważny powód, ale zostało nam zasugerowanie, że jeżeli znajdziemy USC z wolnymi terminami krótszymi niż 30 dni i zdołamy przekonać kierownika o wczesny termin to wiza nie będzie musiała być ważna, aby złożyć wniosek o kartę pobytu tymczasowego, ponieważ nie można deportować małżonka/ki obywatela/ki RP, ale też nie można przeginać z czasem i np. składać wniosek po miesiący itd. Problem polegał na tym, że zaglądałem do paru USC i żaden nie chciał brać sprawy na warsztat. Mogłem się domyślać jedynie, że sprawa była wyjątkowa i USC, które miały terminy wolne, czyli te niepopularne placówki nie mają doświadczenia lub boją się konsekwencji skrócenia terminu bez odpowiedniej podstawy. Nie daliśmy za wygraną, bo zostały dwa tygodnie do wygaśnięcia wizy. Zacząłem czytać paragrafy w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, aby dowiedzieć się jakie to są te trudne do przewidzenia przypadki. Nie chciałem przyjąć słów „nie można” bez okreslenia tego w kodeksie. I faktycznie nie dało się, ponieważ nie jest to dokładnie sprecyzowane przez prawo i władzę absolutną nad ośrodkiem USC sprawuje kierownik, od którego taka decyzja zależy. Przez upór udało się nam zaklepać termin, lecz bez wyrzucania kodeksu na stół a zwykłą teorią, że byliśmy wszędzie, powiedzieliśmy wszystko i nie mamy więcej opcji. Kierowniczka się w końcu zgodziła na termin przypadający dwa dni przed wygaśnięciem wizy.

Składanie dokumentów jak i ślub odbyły się w obecności tłumacza przysięgłego. Po ślubie wybraliśmy się do IdsC, aby złożyć wniosek o kartę na pobyt tymczasowy. Aby ją otrzymać trzeba wybrać się na ulicę długą w Warszawie lub iść do oddziału znajdującym się w metrze centrum już z wypełnionym formularzem, który może być ewentualnie korygowany na miejscu w towarzystwie bardzo sympatycznego urzędnika. Zresztą w IdsC również pracuje dość młoda i kooperatywna kadra. Po złożeniu dokumentów czeka się dokłanie 3 miesiące na zgłoszenie się po decyzję i dodatkowe dwa tygodnie na otrzymanie karty. W czasie tych 3 miesięcy otrzymamy na adres domowy pismo, które musimy okazać przy odbieraniu decyzji. Pismo to jest wysyłane również do lokalnego posterunku Policji, jak i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służby Granicznej. Procedura wygląda tak, że możemy być skontrolowani przez wymienione jednostki bez uprzedniego poinformowania, ale w naszym przypadku takie przygody się nie przytrafiły, więc spokojnie odczekaliśmy do ustalonej daty, a później odebraliśmy kartę dla żony.

O ile załatwianie śłubu i wiz było mocno nerwowe tak sama procedura o kartę pobytu była już jak spacer przez park. Przede mną ostatnia próba, która czeka mnie już za tydzień i to chyba jej się obawiam najbardziej…odwiedziny teściowej!

Konkrety:
Dokumenty składamy dokładnie na 30 dni przed ewentualnym terminem ślubu. Najważniejsze, żeby ślub odbył się w trakcie ważnej jeszcze wizy.
Teoretycznie nie da się przedłużyć wizy na podstawie terminu ślubu, bo nie jest to wazny argument, ale dla USC krótka wiza to nie ważny argument, aby skrócić termin oczekiwania na ślub. Paranoja, ale prawda taka, że termin może być skrócony i nie dajcie sobie wmówić, że się nie da, bo się da. Kodeks rodzinny i opiekuńczy nie przewiduje konkretnych przypadków, a mówi jedynie o przyczynach trudnych do przewidzenia. Agent lub kierownik może mówić o ciążach, chorobach czy czymś takim, ale to bujda. Krótka wiza jest również sprawą nie do przewidzenia, bo nie my decydujemy o długości terminu a konsulat, a fakt, że USC tego nie uznaje to ich sprawa i widzimisie personelu. Równie ważnym powodem może być ciąża, a narzeczona nie chce, aby na ślubnych fotach był wyeksponowany brzuch i to też przeszło, bo i tak przypadek znam z kręgu znajomych. Ewentualną czekoladę za uległość dajemy po a nie przed decyzją. Niech to będzie nagroda, a nie łapówka. Dokumenty składamy w obecności tłumacza przysięgłego i darowałbym sobie polemikę czy jest on konieczny skoro dziewczyna mówi po polsku albo po prostu rozumie, niech ten tłumacz będzie i już.
Dokumenty, które składamy to:
a) Polak lub Polka dowód osobisty i skrócony akt urodzenia, chyba, że USC to nasz, w którym jesteśmy zarejestrowani to akt nie jest potrzebny.
b) Narzeczony lub narzeczona – paszport z ważną wizą, skrócony akt urodzenia w języku rosyjskim przetłumaczone korzystając z usług tłumacza przysięgłego. Dodatkowo składamy zaświadczenie o braku przeciwwskazań do zawarcia związku małżeńskiego i tu sprawa jest nie taka jasna, ale też nie jest skoplikowana. Nasza druga połówka będąc jeszcze w Rosji idzie do ZAGS’u, który sporządza dokument o nie występowaniu w rejestrze jako osoba w związku małżeńskim. Z tym dokumentem ukochana/ukochany przyjeżdża do Polski i na podstawie właśnie tego specyficznego wniosku to Ambasada FR wyrabia takie specjalne zaświadczenie o braku przeciwwskazań o możności wstąpienia w związek małżeński, który wydaje w dwóch połówkach – oryginalnej rosyjskiej wersji i przełożonej na język pl. Dokument jest wydany na jednej stronie więc nie trzeba nękać już tłumacza przysięgłego, bo w takie postaci USC zaakceptuje dokument.
Czekamy na termin, znów mobilizujemy tłumacza przysięgłego, ponieważ jest on konieczny przy ceremonii składania przysięgi małżeńskiej. Ślub cywilny trwa tyle co składanie dokumentów czyli 15 minut. Kierownik coś tam mówi czy jest związek i dlaczego jest on taki elo odpowiedzialny.
Składanie wniosku o wydanie karty pobytu jest już mniejszym problemem, ponieważ nie jest konieczne, aby odbyło się w trakcie ważnaje wizy. Ważne, aby ślub się odbył zanim wiza wygaśnie. Wniosek i tak musimy złożyć, a małżonek czy małżonka i tak już przebywają legalnie, ponieważ są w związku z Polakiem/Polką. Wraz z wniosekiem trzeba uiścić opłatę około 350 PLN oraz około 50 PLN przy odbiorze. Obowiązują 3 miesiące, aby zapadła decyzja o karcie oraz dwa 2 tygodnie na odbiór karty. W trakcie tych 3 miesięcy otrzymamy wezwanie na przesłuchanie. Przesłuchanie trwa około godziny na łebka i odbywa się w dość przyjaznych warunkach. Pytania są bardzo podstawowe i każda znająca się w miarę para nie będzie miała problemu (np. gdzie byliście w weekend, pytania o rodzinę, o urodziny, o plany na przyszłość). My się parę razy pomyliliśmy, ale pytająca osoba jest wyrozumiała i nie oczekuje odpowiedzi kropka w kropke takiej samej. W oczekiwaniu na wezwanie lub na decyzję może nas odpowiedzić dzielnicowy lub straż graniczna w kwestiach czysto formalnych. Wraz z kartą pobytu tymczasowego otrzymamy numer PESEL, więc nie musimy go wyrabiać dodatkowo. Kartę należy okazywać wraz z aktualnym paszportem RU.

Od siebie dodam jeszcze, że nieraz będziemy odczuwali niewygody biurokratyczne i inne przeszkody. Różnie to można interpretować. Po pewnej rozmowie jaką przeprowadziłem po pewnym czasie z osobą pracującą po drugiej stronie biurka i powódów dlaczego tak trudno ściągnąć żonę ze wschodu jest wiele. Jednym z nich jest zbyt optymisatyczna opinia na temat rosjan – że żona gotuje, że kocha itd. To mity, które niekoniecznie sprawdzają się w dzisiejszych czasach. Jednym słowem – to musi być bardzo przemyślana decyzja.

„Zabić wspomnienia” („Reign over me”)

Moje ostatnie wpisy nie sprzyjają powodzeniu w życiu i wiele moich wypisanych wpisów to wypociny kogoś kogo można nazwać mięczakiem, słabeuszem albo i gorzej. W każdym razie negatywnie. Parę dni temu pierwszy raz pękłem i opowiedziałem moje problemu komuś z przeszłości z kim nie mam stałego kontaktu. To jedyna osoba, której powiedziałem wprost, że nie układa mi się w małżeństwie i podałem konkretne powody dlaczego tak się dzieje. Nie da się tego trzymać w sobie, nie da. Jestem żywym dowodem, że tłumienie tego i czekanie na lepsze dni potrafi odebrać możliwość zdrowego myślenia. Oczywiście nie przyznałem się ot tak, że jest źle lecz uznałem to w pewnym etapie rozmowy. Nie mówiłem nikomu, bo (jak już wspominałem) jest to etap związku, w którym prawdziwe piękno powinno rozkwitać. Dzisiaj jest rocznica przedostatniego dnia kiedy spotkaliśmy się w Moskwie i jestem tu sam, piszę posta, a ona? nawet nie wiem gdzie jest, z kim jest i co robi. Dlatego tym trudniej jest żyć dalej z myślą, że zamiast się rozwijać, przerwano wszystko w momencie nabierania tempa. I tak też czułbym się, gdybym miał komuś mówić, że jest źle, bo kojarzyłem takiego kogoś jako kosz na brudy i nikogo nie chciałem urazić jeszcze bardziej. Fakt faktem, nie lada przyjacielem trzeba być, aby utrzymać wagę takiej rozmowy. Przyjaciele w takich momentach są ważni, są lekiem, a naszym zadaniem jest znalezienie nie tylko tego, który wysłucha, ale też tego kto wyda nam się odpowiednim kandydatem, a wskaże go popękane serce w porozumienie z rozumem. Byłem w dużym błędzie aż do chwili kiedy poczułem, że ktoś mnie rozumie i dzięki temu nie czułem się osamotniony. Temat wpisu nawiązuje natomiast do pewnego filmu, który widziałem spory czas temu. To jeden z tych, z którymi możemy się interpretować po poważnej stracie. Skoro ustaliliśmy, że zerwanie może być zbliżone do żałoby to jest to właśnie idealny przykład, gdzie człowiek przeżywa szok po utracie kogoś najbliższego zupełnie w nieoczekiwanym momencie. Postać Adama Sandlera zwykle pojawia się w rolach trudnych. Nawet jeżeli jest to komedia to i tak mają one podłoże z silnym ładunkiem emocji. Poznałem go przez „Click”, gdzie miało być śmiesznie, a było zupełnie inaczej. Tutaj wiedziałem, że temat tyczy się czegoś poważnego, więc z niecierpliwością czekałem na odpowiedni moment, aby zupełnie mu się oddać oraz swobodnie lewitować w fabule. Co ma film do tematu? otóż odkryłem w nim pewną mistyczną rolę, którą odgrywa przyjaciel. Ten szczególny. Przy okazji wyjaśni się dlaczego jest taki szczególny.

Film opowiada historię Charliego Fineman’a. Ot zwykły szary człowiek, którego poznajemy w momencie, gdy na ulicy minja go jego dawny znajomy, z którym od dawna urwał kontakt (bezkonfliktowo). Od tej minuty doświadczamy specyficzne zachowanie Charliego w taki sam sposób i na różnych płaszczyznach jak poznaje go jego przyjaciel. Wydaje on się nieco niewyraźny, zamknięty, odizolowany. Wyobraźmy sobie na przykład pracownika nocnych zmian po tygodniu harówki – obraz podobny. Alan idzie w zaparte i stara się go otulić entuzjazmem lecz bezskutecznie. W następnych scenach zauważamy, że Charlie otwiera się i udostępnia mu nadzwyczaj istotne jak się później okazuje fakty. Otóż prawda jest taka, że Charlie zmaga się ze samym sobą, jest jednym z setek tysięcy ludzi, którzy stracili swoich bliskich w tragicznych (nieoczekiwanych) okolicznościach. Niegdyś szczęśliwa głowa rodziny, wierny mąż, dumny ojciec dwóch córek to nikt inny jak wdowiec pozostawiony po śmierci swojej rodziny, w wyniku ataków 11 września 2001 roku na wierze World Trade Center jako pasażerowie. Rola Alana okazała się istotna o tyle, o ile jego rodzina od dawna starała się dotrzeć do niego co zilustrowało to sytuację, iż od lat Charlie nie utrzymuje najlepszego kontaktu z teściami, rodzicami i znajomymi. Alan staje się tym, który pojawił się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Dowiaduje się o tym jednak z chwilą, kiedy pojawił się temat „rodzina” i co naturalną koleją rzeczy jest atak szału, wybuch nieporadnego Charliego. Padło pytanie „kto cię przyszłał?” czego Alan zupełnie nie rozumiał i nieświadomie dolał oliwy do ognia, dlatego reakcja przyjaciela, którego odkrywał na nowo okazała się tak nagła. Zaniepokojony kolega zwrócił się do rodziny, która nie dowierzała, że odizolowany do tej pory Fineman nawiązał z kimś kontakt, gdy zwykle nie dopuszczał nikogo do siebie.

Dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że dzięki temu filmowi przejrzałem na oczy. Wiem dlaczego powiedziałem to akurat tej osobie i co wyróżnia tą osobę wśród innych. Przede wszystkim, bo nic o mnie nie wie. Bo nie mam z tą osobą złych wspomnień. Trudno jest opowiadać o bólu komuś kogo widujemy codziennie, bo ci nie będą tego rozmieć przez nasz pryzmat polegając jedynie na naszej opinii. Tak było z Charliem i tak było ze mną. Trzymałem w sobie ból, z którym żyję już dwa miesiące i nie mogłem znaleźć odpowiedniego sposobu, aby to z siebie wyrzucić. Tak samo ja jak i każdy inny cieszyłby się, że mógł w życiu spotkać kogoś, kto kiedyś odegrał pewną szczególną rolę, a dziś podnosi na duchu samą obecnością. Filmowi bohaterowie spędzają ze sobą czas beztrosko nadpisując wspomnienia co jest terapią dla załamanego Charliego. To nie zmienia życia i stylu. W tym przypadku mam wiele wspólnego z głównym bohaterem – opuściliśmy coś w życiu, kogoś nagle nie ma, bez zapowiedzi, w chwili kiedy planowaliśmy coś. Ja planowałem wyjazd do Łeby na wakacje, wyjazd za granicę, uczcić rocznicę spotkania, ale również proste rzeczy jak naprawa hamulca w rowerze żony co wymagało zakupu specjalnej części. Zatrzymałem się w czasie, tak samo Charlie, który remontował kuchnię. I remontował ją wielokrotnie, ponieważ był to jego cel zanim się stało to coś. Tak samo ja naprawiałem rower i stoi, czeka na przejażdżkę. Lecz wystarczy spojrzeć na najprostsze przyzwyczajenia, mianowicie od pewnego czasu chodzę do sklepu po produkty, które po powrocie do domu układam i..i nigdy ich nie używam. Wyrzucam i kupuje kolejne. Sytuacja się powtórzyła parę razy – kupiłem 2 kg bananów i położyłem na widoku, aż w końcu się ich pozbyłem podobnie jak jabłek w koszyku, czy całej zawartości lodówki. To symbole, których pełno w filmie. W filmie bohater stracił rodzinę w samolocie, więc niedługo by się z nimi widział, w zamian dostał informację od obcej osoby o tragicznym losie. Ja czekałem na powrót żony, kiedy tam mi patrzyła w oczy oraz zapewniała, że wróci i to w takim logicznym tonie pozostawiając mnóstwo dokumentów i odzieży. Fineman opowiedział swoją historię zaraz po wyjściu od psycholog (Liv Taylor), gdzie miał wyraźny wybór między nią, a przyjacielem w poczekalni. To czyni wszystko bardziej skomplikowanym, ponieważ specjalistka również nie spełniała postulatów, aby przekazać bolesną prawdę, którą trzyma w sobie – bo każdy spełnia tą specjalną, inną rolę.

Oglądając film doszukałem się wielu wspólnych wątków. Między innymi poczułem się swojsko i w trakcie filmu wiedziałem, że moje myśli podążałem wraz ze scenariuszem, który mnie doskonale rozumiał i opowiadał historię, która nie była naciągana. To interpretacja walki wraku człowieka, którym jest Charlie wobec świata, który z pozoru jest normalny, ale dla głównego bohatera stał się torem przeszkód. Podczas moich rozterek z żoną, o których nie miałem zielonego pojęcia dlaczego w ogóle istnieją i co automatycznie wzbudziło we mnie instynkt walki o swoje doszukiwałem się błędów we wszystkim co się pojawiało w naszym wspólnym ognisku domowym. Mimo to starałem się nie dopuszczać nikogo do naszych problemów, aby przez przypadek nie obwiniać kogoś postronnego. Pakując jej ubrania przekonywałem się, że żona nie kłamała i chciała wrócić, lecz coś nagle zmieniło ją w Mr. Hyde’a, więc obwiniłem jej środowisko, jej rodziców. Rodziców, którzy wychowują dziecko po długim okresie niewidzenia się łatwiej zrozumieć, więc jeżeli nie winię ich za to, że odebrali mi ją to winię ich za to, że nie przekonali jej o znaczeniu słowa rodzina. Charlie przechodzi swoją prywatną wojnę z teściami, których drogi skrzyżowały się przez gmach sądu. W tej istotnej scenie widzimy bardzo mocno dającą do pomyślenia definicję przedstawioną przez sędziego (w tej roli genialny Donald Sutherland), który załatwił sprawę zaocznie, że to sprawa rodzinna zaraz po tym jak przerwał rozprawę obserwując załamanego człowieka silnie szargającego się ze swoimi myślami uciekając przez słuchawki z muzyką do swojego świata, ponieważ nie może znieść kolejnej rozmowy o rodzinie na sali rozprawa opiewającej w rozpoznanie ze zdjęć oraz opisu sytuacji. Po rozprawie widzimy bardzo mocną scenę, w której Charlie w końcu zdecydował się powiedzieć coś do teściów. On – ubrany niezbyt świeżo, z roztarganymi włosami, parodniowym zarostem i słuchawkami, które pozwalają mu odizolować się od otoczenia – jakbym widział siebie. Podchodzi do przytulonych teściów i nie może się zdecydować, czy powiedzieć coś czy nie. Trudno się dziwić, bo i tak mogą nie rozumieć, a on sam wie najlepiej co mu leży na sercu.  Cofa się, bo chce to mieć wyjaśnione i… „don’t need to talk about her or look at pictures… ’cause the truth is, a lot of times, I see her… on the street. I walk down the street, I see her in someone else’s face… clearer than any of the pictures you carry with you. I get that you’re in pain, but you got each other. You got each other! And I’m the one who’s gotta see her and the girls all the time. Everywhere I go! I even see the dog. That’s how fucked up I still am! I look at a German shepherd, I see our goddamn poodle. All right…”, czyli:

„nie ma potrzeby, aby mówić o niej czy patrzeć na zdjęcia… bo prawdę mówiąc, dużo, widuję ją… na ulicy. Idę ulicą i widzę ją na twarzy obcej osoby… wyraźniej niż na dowolnym zdjęciu, które nosicie ze sobą. Rozumiem, że czujecie ból, ale macie siebie. Macie siebie! I to ja jestem tym, który musi ją oglądać i dziewczynki na okrągło. Wszędzie gdzie tylko pójdę! …Nawet gdy widzę psa. Dokładnie tak mam nadal popieprzone. Patrzę na owczarka niemieckiego, a widzę cholernego pudla. Ok…”

Po czym się pożegnał pokojowo. I tak by to mniej więcej było. Facetowi się zupełnie zawaliło w środku i stracił kontrolę nad sobą, którą łatwo stracić, a odzyskać można po tygodniach, miesiącach, latach… być może nigdy. On miał okazję powiedzieć coś rodzicom, którym brakuje dzieci i mają o nas średnie zdanie oferując dzieciom swoje warunki pozbawiając nas życia w swojej rodzinie, którą utworzyliśmy wspólnie. Lub straciliśmy kogoś z innego powodu. W filmie pojawia się również wiele dodatkowych symboli takich jak nałogowe granie w „God of War”, co miało pokazać sakralne stosunki między bohaterem, a Bogiem. Zresztą nie jest to wielkie zaskoczenie, ponieważ każdy z nas przechodzi jakieś specyficzne terapie, które sobie wymyślamy. Przyznam się szczerze, że również zacząłem zwracać się do Boga i proszę o wybaczenie, że mam sprawę, gdy jest źle. Charlie inaczej podszedł do tematu, ponieważ „God of War” jest wyjątkowo brutalną wersją rozprawiania się z bóstwami. Film jest oparty na faktach, jeżeli ktoś nie dowierza w opowieść lub oceni ją z góry, to należy mieć na uwadze, że ktoś siedzi w tym cholernym pokoju i żyje na marginesie. Dzieło jest bardzo poważne, dotyka ważnych problemów i pozwala odnaleźć się w natłoku problemów. Przede wszystkim idealnie zobrazowało stare przysłowie, że przyjaciół poznajemy w biedzie. 

Zwiastun można znaleźć pod poniższym adresem, a dla osób, które się wahaja zapraszam do ogladania.

http://www.youtube.com/watch?v=sRiqz_WnYxc

Nie ma się co łamać. Jeżeli jestem kimś kto upada, to pocieszeniem może być, że dziś „upadać” będzie pewien śmiałek, który chce przeżyć lot z 36,5 kilometra i pobić rekord.

Wyjazd do Moskwy – jak? czym? kiedy? co tam jest?

Dzień dobry.

Dziś postanowiłem, że warto podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat Moskwy. Zapewne jeżeli w ogóle tutaj trafiłeś to pewnie gdzieś w środku ciebie emanuje wielka chęć zwiedzenia tego wielkiego i jak łatwo można się domyśleć oryginalnego miasta. A może jedziesz tam z tego samego powodu, dla którego ja jechałem – do mojej przyszłej żony? Wszystko warto brać pod uwagę. Skoro tam byłem, widziałem i funkcjonowałem trochę w tym mieście to warto zaczernąć informacji na temat tego co tam czeka, a proszę mi wierzyć na słowo – można się zaskoczyć tak samo pozytywnie jak i negatywnie. Tak więc, jeżeli pojawiają się pytania, które są najczęściej zadawane, czyli:

Jak dojechać do Moskwy? Co zobaczyć w Moskwie?
Tani hotel w Moskwie? Tani nocleg w Moskwie?
Metro w Moskwie? Moskwiewskie metro?
Jak funkcjonuje miasto? Jacy są mieszkańcy?

Jeżeli chociaż jedno pytanie Cię prześladuje, to trafiłeś w odpowiednie miejsce.

Przede wszystkim jest to pigułka informacji na temat samego miasta. Czy da się w ogóle skrócić informację na temat miasta w paru zdaniach? Raczej nie, ale postaram się. Jest to miasto niesamowicie rozległe z bogatą historią sięgającą dalej w datach niż sam Chrzest Polski, więc przeszukując informacji na temat tego miasta napotkamy wiele ciekawostek. Między innymi takich, że  powstało ono z chwilą kiedy zbudowana została baszta na Wzgórzu Borowickim, co nie tylko zapoczątkowało założenie miasta jako takiego, lecz także dało to bazę historii kremla, który oczywiście był wtedy z drewna. Miasto zwane wtedy „Moscov”, które fonetycznie było bliższe dzisiejszej wersji anglielskiej niżeli rodzimej rosyjskiej. Geneza nazwy nie jest wyjaśniona w stu procentach. Jedna wersja, która jest najbardziej prawdopodobna to taka, iż nazwa pochodzi od rzeki, nad którą osiadł Jerzy Dołgoruki. W ten sposób trzeba byłoby doszukiwać się genezy nazwy rzeki Moskwy itd. Nie mniej jednak od tamtej pory było ono praktycznie niezwyciężone mimo wielu prób najeźdzców w późniejszym okresie. Dość ważną ciekawostką, szczególnie dla Polaków, jest fakt, iż tylko nam udało się wbić do Kremla po zwycięzkiej bitwie pod Kłuszynem pod wodzą Stanisława Żółkiewskiego. Zreszt długo to nie trwało bo „aż” dwa lata stacjonowaliśmy, aż w końcu zostaliśmy wykurzeniu w wyniku powstania kupców przeciwko Polakom i wszystko to działo się w latach kryzysu Cesarstwa Rosyjskiego określanego w historii jako Wielka smuta. Moskwa wraz z jej mieszkańcami byli dość zawzięci i słynęli z uporu jeżeli chodz o obronę swojego mienia do tego stopnia, że poprzedzając najazd Napoleoński, co pewnie skończyłoby się na wykorzystaniu miasta jako bazy stacjonarnej agresora podpalili swoje własne miasto co uniemożliwiałow pobieraniu zasobów żywności i zadecydowało w końcu o wycofaniu wojsk z ziemi moskwiewskiej. Bardzo odważny i ryzykowny krok, który zarazem ilustruje determinację Rosjan w obliczu walki o swoje. Od wtedy miasto stale rosło w siłę przez nagły przyrost populacji chłopskiej. Niejeden stwierdziłby, że skróciłem historię i okroiłem ją z istotnych dla niej wątków wraz z przemianami, ale właśnie ilość takich informacji jest zbyt duża, aby omówić nawet więcej niż trochę z dawnych czasów rozwoju miasta.

Wybierając się do miasta warto zadać sobie podstawowe pytanie zanim podejmiemy decyzję, aby się tam wybrać – czego oczekujemy od Moskwy. Oczywiście jest to miasto wyjątkowe i zdecydowanie jedyne w swoim rodzaju, ale może niekoniecznie być tym co chcemy zobaczyć. Od najmłodszych lat widywałem słynny Kreml z Placem Czerwonym w kultowych filmach, czy nawet serwisach informacyjnych i stawiając tam kroki czułem coś w rodzaju styczności z potęgą świata. Nie da się również ukryć, że to największe miasto europy ma perfekcyjnie rozbudowaną sieć transportu publicznego oraz bogactwo kultury komunizmu, która na swój sposób ma swój urok i nie do końca opuściła region rosyjski dlatego jest zauważalna na każdym kroku i co czyni to miasto tak wyjątkowym – chociaż właśnie to może okazać się zaskoczeniem dla nas. Nie jest to bowiem miasto rekreacyjne, ani zbyt szczególnie pozytywnie nastawione na turystów, dlatego będąc tam jesteśmy praktycznie zdani na siebie i na swoje przewodniki, mapki, słowniki i inne niezbędniki do poruszania się lub zwyczajengo komunikowania się. Bez języka rosyjskiego ani rusz – i nie ma co nastawiać się na podstawy języka angielskiego, ponieważ cyrylica jest wszechobecna, nawet przystanki metra są opisane tradycyjnym rosyjskim bez żadnych „małych literek w wersji angielskiej”.

Jak dojechać do Moskwy? Mamy parę opcji i warto zaznaczyć, że każda różni się od siebie całkowicie. Rosja, stolica, odległość, Rosja, odległość…pociąg. Takie były moje pierwsze skojarzenia, jeżeli chodzi o przejazd, więc uznałem to za punkt zaczepienia. W sieci znajdziemy wiele informacji na temat przejazdu pociągiem – niektóre cenne, lecz większość nieaktualna. Więc informacja najbardziej aktualna jest taka, że wyjazd pociągiem do Moskwy to nie tyle przygoda co wyzwanie, które przeciąga się do 18 godzin. Można to przeboleć, oficjalnie nawet nie można pić w pociągu, ale co można innego robić? Czytać książki? To jest jednak 18 godzin ciągłego ruchu przerywanego stacjami, gdzie lokalni próbują uhandlować trochę na opchnięciu prowiantu przez okno. Moja żona, która jechała do mnie i ode mnie nie była szczególnie lekko traktowana i nie chodzi wcale o współpasażerów lecz o straż graniczną, która losowo wybierała sobie wagon oraz szczegółowo maglowała rzeczy osobiste wyrzucając całą zawartość na wierzch. Koszt takiej podróży rok temu wynosił około 450 złotych w jedną stronę w pociągu bez przesiadek.

O wiele taniej wyglądała spawa z przesiadkami i jeżeli ktoś myśli, że 18 godzin to dużo, więc trochę więcej z przesiadkami też wytrzyma towarto zastanowić się dwa razy. Jedną z opcji jest przesiadka w Terespolu i przesiadka w Brześciu po stronie Białoruskiej. Czy jest więcej przesiadek – nie pamiętam. Czy ktoś sobie poradzi? Całość podsumowałbym jednym zdaniem, czyli jeżeli ktoś nie zna języka rosyjskiego, lub myśli że zna, ale nie jest pewien to zdecydowanie odradzam jeżeli ktoś liczy na bezstresowy przejazd. Zresztą jeżeli chodzi o znajomość bez elementarnej wiedzy języka rosyjskiego zalecałym poszukać innej drogi dojazdu.

Najprostszym więc sposobem transportu jest oczywiście samolot. W tym przypadku mamy do wyboru linie bezpośrednie LOT lub przesiadkowe innych operatorów. Co warto wybrać? Polecam linie Swiss Air, które startują z Warszawy około godziny 9:40, lecą przez Zurich i dolatują do Moskwy w okolicach godziny 18:55. Przy okazji odejmijmy sobie czas lotu o dwie godziny ze względu na różnicę stref czasowych. Droga powrotna wygląda mniej więcej podobnie, ponieważ wylatujemy z Moskwy o godzinie 6 rano, przelatuje przez Zurich i dolatuje o ok. 13:00. Przy czym jeżeli ktoś nie lubi przesiadek to lot do Moskwy może przypaść do gustu przez zaledwie 30 minutową przesiadkę, a w drodze powrotnej ten czas przedłuzony jest o zaledwie dwie godziny, gdzie spokojnie możemy zjeść sobie lunch i wypić kawę. Poza tym na pokładzie serwowane są całkiem przyzwoite w smaku odgrzewane posiłki tak samo jak w locie z Warszawy do Zurichu jak i z Zurichu do Moskwy i z powrotem. Najlepszą informacją w tym wszystkim była cena, która wynosiła jedynie 650 PLN w obie strony! Tak, dobrze przeczytaliście. Jedynie 650 złotych kosztuje taki dwustornny luksus. To znaczy… o ile ktoś nie ma nic przeciwko lataniu, szczególnie nie cieszącym się dobrą sławą rosyjskim przestworzom. Szwajcarska dokładność może zniwelować obawy. Miła obsługa również.

Dlatego samolot jest idealną opcją. Jeżeli ktoś dokona rezerwacji ze znacznym wyprzedzeniem, to może spotkać się z podobną ceną. Pociąg jak na stan i czas podróży jest według mnie zdecydowanie za drogi, a samochód opłaca się w przypadku, gdy podróżujemy w grupie. Chociaż jeżeli kroś by mnie pytał to powiedziałbym, że jazda te 1200-1400 km to żadna przyjemność, szczególnie gdy narażeni będziemy na koszty związane z wizą tranzytową i niewiadomą, która czeka na nasz samochód na obcym terenie. Do mnie przemawiała opcja samolotu mimo lęku wysokości, jednak była to jedyna logiczna opcja dla samotnego podróżnika, którego szlag by trafiał w nudnym pociągu, a do tego mój urlop zostałby automatycznie skrócony o dwie doby.

Wiza do Rosji to akurat prosta sprawa. Prawdopodobnie zostanę znienawidzony przez agentów załatwiających sprawy wizowe za nas, ale nie ma sensu wyrzucać pieniędzy w błoto w sytuacji, gdy możemy sobie sami poradzić z tym wszystkim. Po pierwsze – musimy mieć ubezpieczenie. W sieci znajdziemy ubezpieczycieli, którzy wysyłają automatyczną odpowiedź mailową w chwili, gdy uiścimy opłatę i to jest podstawa dokumentu załączanego przez petentów. Opłata za rozpatrzenie wniosku wynosi 150 złotych, a przelew robimy po drugiej stronie ulicy Ambasady Federacji Rosyjskiej przy Belwederskiej w biurze „Wspólnota 2000”, która pobiera drobną opłatę, za wykonanie przelewu. 150 złotych to cena standardowego czasu rozpatrywania, ale w moim przypadku trwało to jedynie dwa dni, więc nie warto przepłacać. A jak wygląda samo złożenie wniosku o wizę? Sytuacja jak w kiosku – zostawiamy dokument, kobieta w oknie sprawdza czy wszystko ok i zaprasza nas na konkretny dzień. Kolejek nie ma, bo wnioskodawców wpuszcza się bez kolejki, a teraz można nawet złożyć podanie przez internet nie wychodząc z domu.

I jeszcze jedna ważna sprawa. Wizę turystyczną można uzyskać na maksimum 90 dni, więc na pierwszy raz nie ma co rzucać się w taki przedział, bo jeżeli komuś wystarczy tydzień, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że dostanie na tyle ile potrzebuje. W moim przypadku było to na tydzień i tyle wystarczyło, aby wniosek był pozytywnie rozpatrzony. Do wniosku wizowego należy również złożyć dokument potwierdzający nasz pobyt, czyli rezerwacja w hotelu będzie w sam raz.

I tu jest najpoważniejsza decyzja, którą musimy podjąć zanim pojedziemy to miejsce pobytu. Niestety nie mam dobrej wiadomości, ponieważ hotele w Moskwie są okrutnie drogie. Cena nie idzi w parze z jakością, ponieważ w cenie najtańszych hoteli będziemy mieli czterogwiazdowy hotel w Polsce lub w krajach o podobnych kodach cenowych. Nie można się okłamywać – to miasto jest bardzo drogie jeżeli chodzi o pobyt. A jeżeli mamy wybrać, to szukajmy takiego, które udostępni nam Voucher Turystyczny. I nie mylić go z potiwerdzeniem rezerwacji, bo to inna para butów. Voucher jest ważny, ponieważ przekazujemy go do Ambasady wraz z wnioskiem o wydanie wizy. Oczywiście można ten Voucher kupić bez zamawiania hotelu przez stronę http://www.hotels-pro.ru/order/127 za odpowiednią opłatą. Ja korzystałem z tego i oceniam to za obsługę sprawną i wiarygodną, więc rekomenduję. Za przyjemność tą trzeba zapłacić 70-80 złotych.

Wybór między hostelem a hotelem jest ważną sprawą, szczególnie w Moskwie. Należy uważać, żeby w cenie hotelu nie trafić do hostelu o standardziej marnym, lecz z wysoką ceną sugerującą, że trafimy do lepszego pokoju. Nic z tych rzeczy, na to naprawdę trzeba uważać. Hostele bywają tanie, ale nadrabiają opłatami za swoje ewnetualne vouchery, chociaż nawet jeżeli cenowo będzie atrakcyjnie to ostatecznie przyjdzie nam mieszkać w jednym pokoju na pryczy sąsiadującej z pryczami zupełnie obcymi ludzmi. Kto by chciał pozbawiać się niezbędnej prywatności? Dlatego szukałem długo i znalazłem jedną z odpowiedzi na pytanie „Nocleg w Moskwie”. Chodzi o hotel Moskvich, który nie robi szału, ale za cene około 220 złotych mamy całkiem przyzwoity pokój w hotelu znajdującym się blisko stacji metra, a stamtąd mamy już może 20 minut wagonem do centrum. Śniadanie nie jest wliczone, obsługa nie mówi po angielsku, ale można sobie poradzić – zresztą osoby pracujące w recepcji zwykle są po to, aby zrobić swoje, a my meldujemy się, żeby zrobić swoje. Aby sobie ułatwić, można zrobić rezerwację przez system booking.com, który obsługuje ten hotel.

Jeżeli przylecieliśmy samolotem to wybór transportu jest kwestią wyboru. Ponieważ lotnisk jest 4 w Moskwie to dojazd może być różny, ale jeżeli ktoś trafi do Domodedova tak jak ja to podzielę się doświadczeniem. Zdecydowanie odradzam korzystania z usług taxi oferowanych na terminalach, gdzie kierowcy potrafią być naprawdę upierdliwi – najlepiej ich ignorować, traktować jak powietrze, a samego kontaktu unikać jak ognia, bo spokoju nie dają. Powód prosty – kosmiczna cena. Mafia taksówkarska działa na sporej ilości lotnisk, nawet na naszym warszawskim lotnisku, a Moskwa nie jest wyjątkiem,  co raczej nie jest wielkim zaskoczeniem. Jak wspomniałem mój przylot był na Domodedovo i z tego miejsca jest kilka przystępnych opcji, aby dostać się do centrum Moskwy. Na przykład pociąg Aeroexpress – wiele linii lotniczych udostępnia bilety na przejazd już w cenie biletu lotniczego. Jeżeli jednak nie był to można go nabyć tradycyjnie przed wyjazdem w cenie 320 rubli (~32 złotych). Składy startują co 30 minut, a przejazd do centrum trwa około 40 minut. Całkiem dobra opcja. Innym sposobem jest przejazd busem z parkingu. Cena będzie podobna, a przejazd sięga do najbliższej stacji metra, czyli Domodedovskaya, gdzie się przesiadamy, a linią ‚2’ dojedziemy do ścisłego centrum. Innym sposobem przejazdu jest taxi, więc ostatecznie można pozwolić sobie na taki luksus. Nie każdy kierowca jest naciągaczem, więc ustalając cenę zanim usiądziemy na tylnej kanapie negocjujmy w granicach 100 złotych.

Tu nie ma większego zaskoczenia poza drobnymi wyjątkami. Zapewne metro będzie naszym głównym środkiem transportu ze względu na bardzo przychylne opinie. Ja nie mam wygórowanych wymagań, więc nie oczekiwałem wiele. Co może spotkać przyjezdnego w podziemiach? Sporo. Zacząłbym od przelicznych opowiastek związanych z budową metra, jej tajemnicami i plotkami. Między innymi sam fakt istnienia D-6 nazywanej także „metro-2” składającej się z 3 linii (4 linia była przewidziana w budżecie, lecz nie wiadomo jaki jest jej status), a głównym celem ich istnienia jest pełen stan gotowości do przeprowadzenia ewentualnej ewakuacji. Łączy najważniejsze ośrodki rządowe, a jedna z linii ma aż 60 km. A co można powiedzieć o metrze, które jest ogólnodostępne? Jest ogrone, a jej sieć przypominająca jedną z okładek albumu zespołu Depeche Mode jest jedną z najbardziej rozbudowanych ze znanych rodzajowi ludzkiemu. Liczy aż 186 stacji, a najdłuższy eskalator ma 126 metrów łącząc jeden z peronów bezpośrednio z powierzchnią ziemi. Co by nie mówić to sprawdza się jedna z największych zalet wymienianych każdemu, kto rozmawia o metrze moskiewskim, że ma on nadzwyczajne wnętrza. Są to salony ze stylowymi żyrandolami oraz masa posągów, ołtarzy, obrazów, witraży, ozdób i innych rzeczy, których nie sposób wymienić jednym tchem. Aż trudno uwierzyć, że te 186 stacji różnią się od siebie wszystkim. Czystością jednak to metro nie grzeszy, ponieważ gołym okiem można zauwazyć osad na wagonach, ścianach i wypukłych elementach w peronach. Trudno się temu dziwić, ponieważ mamy 4 stacje naziemne, a przejazd metra przez rzekę odbywa się miejscami nad poziomem wody w prowizorycznym moście, gdzie wagon narażony jest na liczne zabgrudzenia. Tabor wyposażony jest w różne wagony – od starych po najnowocześniejsze. Te stare są najpopularniejsze i mocno wyeksploatowane. Jak porównać metro moskiewskie z warszawskim? O ile się da, ponieważ nasz metro jest zdecydowanie płytsze, nowoczesnie rozplanowane i raczej nudne. Gdybym miał być zupełnie szczery i miałbym porównać te dwa miasta to Warszawa od dawna ma więcej niż jedno metro, ponieważ w ten sposób moglibyśmy policzyć wszystkie kolejki prowadzące do Legionowa, Józefowa itd jako metro, ponieważ jakością niewiele odbiega od tych, jakie do zaoferowania ma Moskwa. Tym bardziej, że przejazd wcale nie oznacza odziemne odyseje.  Mamy nowe wagony, a raczej takie same, lecz w zupełnie innej jakości. W Moskwie mamy te same „serie 81” lecz oszycia są typu „skaj” w stanie mocno zużytym. Unosi się tam specyficzny zapach grzanego metalu zmiesznaego ze smarem lub smołą, więc poczucie czystości jest dalekie od porządanego. Sama głębokość jest godna podziwu i trudno się dziwić, że służyłoby jako idealny schron przeciwatomowy (co zresztą  było natchnieniem autora książki „Metro 2033”) zresztą obserwując i doczytując kolejne informacje na temat „życia podziemnego” w Moskwie, można uwierzyć w każdą teorię dotyczącą podziemnych tajemnic Rosji. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo to również idzie ona w parze z czystością, czyli nie wygląda to najlepiej. Bramki ochrony wraz z budkami to po prostu kolejna przeszkoda dla bezdomnych, ale nie jest to coś czego nawet złykły gapowicz by się bał, ponieważ będąc tam będziemy świadkami licznych skoków przez kołowroty co zostanie zasygnalizowane specyficznym dzwiękiem. Co na to wszechobecna ochrona w budkach z monitoringiem? nic. A co na to stóże prawa patrolujący korytarze i spacerujący po peronach? nic. Nie jestem bardzo wyczulony na bezpieczeństwo jak zapewne tamtejsi ludzie więc podejrzani mogą być szybko wyróżnieni w tłumie, ale jak znamy życie to nawet zwykły człowiek mógłby wyciąć w pień oczekujących na swój wagon. Tego wynikiem jest niejeden zamach w tymże metrze w 2010, który jednocześnie jest jednym z najgorszych znanych współcześnie zamachów na tle religijnym, gdzie zginęło 39 osób, 64 było rannych, a incydent ten powtórzył się 40 minut później z wynikiem 14 ofiar śmiertelnych. Można powiedzieć, że co do bezpieczeństwa i tak jest lepiej niż było.

Ceny biletów są relatywnie przystępne dla każdego kto nie tylko chce podróżować po mieście szybko, lecz także jest tańszą opcją niż wszystko co mamy do wyboru. Bilet jednorazowy to obecnie koszt 2,80 złotych, a możemy kupić bilety na 10 przejazdów do 60 przejazdów. Nie ma biletów okresowych (wyjątkiem jest miesięczna, 3 miesięcna i roczna karta), nie ma również ulg dla turystów w żadnym wieku i etapie edukacji. Nie warto zaopatrywać się w bilety na dłuższy okres niż 3 miesiące, ponieważ zwykle są one wymieniane na nowe.

Do innych miejsc będziemy musieli korzystać z linii autobusowych, które wywiozą nas na same peryferia miasta. Bilety można nabyć w kioskach lub u kierowcy. Z uwagi na prowizję zaleca się zakupić bilet na przejazd w kiosku. Samo użytkowanie autobusu niewiele odbiega od transportu publicznego w Polsce w dawnych latach lub w PKS podmiejskim dojazdowym. Mianowicie wchodzimy drzwiami od strony kierowcy, a reszta drzwi służy jednynie jako wyjście. Uwaga: biletów nie trzeba kasować zaraz po wejściu, a można to zrobić do następnej stacji. Kierowca pełni rolę kontroli biletów, ponieważ i tak większość kupuje bilety w drzwiach ze względu na niską cenę biletu. Przez to będziemy świadkami specyficznego zjawiska, które jest jak schemat wyrobiony na przestrzeni lat, czyli za kierowcą jest otwarte okno, przez które każdy pasażer wyrzuca swój świeżo zakupiony bilet. Dość dziwnie to wygląda, przyglądałem się temu za każdym razem i za każdym razem mnie to intrygowało.

Co kto woli oglądać. Jak już pisałem – miasto jest rozległe i mimo, że możemy je przebyć w przeciągu parudziesięciu minut to i tak te parę dni (bo kogo stać na dłuży pobyt) jest za mało, aby zobaczyć mniej więcej wszystko i odczuć urok stolicy Rosji. Na początku naprawdę warto zrobić sobie rozpiskę co chcemy zobaczyć i dać sobie spokojnie rezerwę czasu na realizację, bo albo coś nam się spodoba na dłużej, albo gdzieś po drodze zabłądzimy. Podstawowe miejsca, które należy zobaczyć to jasna rzecz – Kreml z Placem czerwonym i dalej to już od koloru do wyboru. Samo metro można zwiedzać godzinami więc dla niewymagających to nawet takie podstawy wystarczą. Do tego wszystkiego warto zaopatrzyć się w profesjonalny przewodnik lub chociażby zdobyć darmowy przewodnik z serii „In your pocket” dostępny w internecie lub przejść się do każdego większego hotelu na miejscu w Moskwie, gdzie takie źródła informacji cieszą się sporą popularnością.

Kreml, Plac Czerwony, Cerkiew Wasyla Błogosławionego oraz Mauzoleum Lenina. To akurat miejsca, które znajdują się w jednym miejscu, więc zwiedzenie tego można obliczyć jako pół dnia oglądania. Nie kwestią jest w tym przypadku kiedy nam się podoba to wejdziemy tylko nasz czas będzie uzależniony od dostępności tych miejsc. Przed wejściem zalecałbym zaznajomić się aktualnym czasem otwarć tych poszczególnych miejsc. Na dzień dzisiejszy Kreml jest dostępny codziennie od 10:00 do 17:00 oprócz czwartków, za to komnata zbrojeń jest dostępna o godzinie 10:00, 12:00, 14:30 i 16:30. Mauzoleum Lenina jest dostępne codziennie od 10:00 do 13:00 poza poniedziałkiem i piątkiem – wtedy jest zamknięte, a moim zdaniem warto wejść, aby zobaczyć zmumifikowane ciało Dyktatora Rosji Sowieckiej w całej okazałości. Z Cerikiewem Wasyla Błogosławionego jest jeszcze inaczej, ponieważ jest dostępny od 11:00 do 18:00 bez wtorków i pierwszego poniedziałku miesiąca. Za 10 złotych można kupić sobie bilet w kasie, która znajduje się na zewnątrz budynku i podziwiać raczej surowe wnętrza tego uroczego (z zewnątrz) miejsca. W środku możemy poczuć się nieco skrępowanie, bo mamy ciasne korytarze, ale jest też najwyższa komnata ze wokalnym triem traktującym o muzyce sakralnej. Przede wszystkim można się dziwić jak wygląda ten kolorowy budynek i jaką odmianą dla samego siebie jest jego środek. Wiecie już jakie są godziny otwarcia i dostępność w poszczególne dni, więc musicie przyznać, że warto z wyprzedzeniem zaplanować swój dzień na zwiedzanie tych miejsc skoro chcemy te miejsca zwiedzić.

Restauracje nie są zbyt popularne, co nie oznacza, że ich nie ma. Tradycyjni Rosjanie nie lubią stołować się na mieście i wg pradawnego schematu należy spożywać posiłki w domach. Na mieście jest ich zatem dość mało, za wyjątkiem okolic Starego Arbatu, gdzie jest mnóstwo restauracji i kawiarni, które serwują rosyjską jak i międzynarodową kuchnię. Fast foody cieszą się złą sławą, lecz obecnie dopiero wkraczają jakby na tamtejszy rynek i ku zaskoczeniu radzą sobie całkiem dobrze, tak więc wchodząc do McDonald’s zwykle napotkamy sporą kolejkę. Nie zapomnijmy, że jest to miasto chętnie odwiedzane przez turystów, a że trudno znaleźć restaurację pod siebie to taki fast food jest pierwszym wyborem. Menu w McDonald’s jest podobne, lecz polecam frytki, które standardowo serwowane są sosem serowym – naprawdę pyszne połączenie. Ale chyba nie pojedziemy do serca Rosji, żeby objadać się żarciem, które mamy tu? Bez obaw, tradycyjne restauracje są równie pyszne co o nich słyszymy. Za stosunkową niską cenę możemy zjeść cały obiad, a jeżeli odczytanie menu okazałoby się problemem, to polecam bliny (naleśniki), pelmeni (pierogi) lub po prostu barszcz. Jak zapewne zauważyliście, kuchnia jest bardzo zbliżona do naszej i nie da się tego ukryć. Jeżeli chcecie coś zjeść „na szybko” i będziecie przy Placu Czerwonym wybierzcie się do centrum handlowego „Gum”. Na ostatnim piętrze znajdziecie uniwersalną restaurację samoobsługową z pysznym pieczywem w bardzo atrakcyjnych cenach

Dla turystów zainteresowanych zakupami tradycyjnymi lub pamiątkami, będziemy mieli w czym wybierać. Szczególnie pamiątkami, bo te są dostępne co krok, jednak aby zupełnie nacieszyć się pełnym asortymentem do wyboru, trzeba wybrać się trochę dalej niż do centrum, ale o tym za chwilę. Pozostańmy przy centrum, dla przykładu wybierając się do wspomnianego wcześniej centrum handlowego „Gum”, będziemy mogli zobaczyć nadzwyczajną architekturę zaprojektowanej według staroruskich trendów. Zbudowany na przełomie XIX i XX wieku gmach mieścił w sobie ok. 1000 sklepów. Odrestaurowany budynek w połowie XX wieku nie stracił swojego uroku. Nadal posiadał wyjątkowe udekorowanie, które nie straciło swojego uroku mimo komunistycznych wpływów na architekturę. Ze względu na drogi asortyment, nie jest to miejsce na dokonywanie zwykłych zakupów. Mamy tu do dyspozycji drogie marki cieszących się renomą również poza granicami kraju. Poza miejscem do spacerowania, restauracjami i darmową toaletą na trzecim piętrze, trudno znaleźć sobie tam miejsce dla siebie jeżeli nie jest się zakupoholikiem. O wiele lepiej pod względem cen przedstawia się centrum handlowe pod Ogrodem Aleksandra, które znajduje u stóp północno-zachodniej części Kremla. Przede wszystkim, na uwagę zasługuje fakt, iż jest to centrum handlowe skonstruowane w całości pod ziemią. Jest niesamowicie duże i bogate w różnego rodzaju sklepu. To typowe miejsce, gdzie możemy kupić wszystko czego oczekiwalibyśmy po typowym centrum handlowym. Znajdziemy tam marki dobrze nam znane, ale również takie, których jeszcze nie widzieliśmy na oczy, lecz mogą nam się spodobać przez oryginalność sięgającą czasami po kicz.

Są też inne miejsca godne uwagi, ale sklepy znajdziemy wszędzie, szczególnie jeżeli przejdziemy się deptakiem Starego Arbatu, lub przejdziemy się Nowym Arbatem. Jeżeli poszukujemy czegoś oryginalnego, musimy wybrać się metrem do stacji Partizanskaya i przejść prawą stroną kompleksu hoteli widocznych z samego wyjścia metra (to te cztery wysokie budynki). Chodzi konkretnie o Izmailovo Market – jarmark o ponadczasowym stylu z najbardziej oryginalnym wyposażeniu. Można dostać tu praktycznie wszystko, od pięknych obrazów, rzeźb, innych rękodzieł po futra, czapki, hełmy lotnicze, broń, puchary, urny itd. Miejsce prowadzone przez szemranych typów jest prawdopodobnie bardzo bezpiecznym miejscem dla turystów. Trzeba sobie poświęcić sporo czasu na zwiedzanie tego jednego miejsca i żal jest tego, że podróżując samolotem nie można pozwolić sobie na większe zakupy. Jest dostępne w każdy dzień tygodnia, lecz w tygodniu wystawia się tylko paru handlarzy. Prawdziwe rarytasy w pełnej okazałości czekać będą w weekendy. Polecam każdemu zapalonemu turyście.

Z mieszkańcami trzeba uważać, ponieważ ani nie są oni negatywnie nastawieni ani pozytywnie. Nie trzeba się obawiać zagrożenia z ich strony, ale nie oczekujmy po nich wielkich sojuszników. W miejscach usług mamy typowe jak na biurokratyczne zjawisko zachowanie załatwienia klienta jedną odpowiedzią, która nie płynie z jego zainteresowania i entuzjazmu. Przede wszystkim, nie znają angielskiego i trudno jednoznacznie powiedzieć, czy łatwiej dogadać się z nimi po angielsku, czy próbować po polsku. Rosyjski jest silnie zakorzenionym językiem co widać wszędzie jak się tam jest, a cyrylica jest praktycznie jedyną opcją jeżeli przyjdzie nam coś czytać. Zupełnie pomijam takie miejsca jak restauracje sieciowe z okolic Starego Arbatu. Osobiście nie zdawałem sobie sprawy z trudności jakie następują z niewiedzy rosyjskiego do chwili kiedy usłyszałem jak ktoś gdzieś rozmawiał po angielsku. Wtedy nawet nie zwracałem uwagi czy to polski czy angielski, lecz po prostu mowa którą znam. Poza tym zauważyłem, że Rosjanie są zawzięci i stosują dwie formy Rosyjskiego – bardzo uproszczony, który jest niesamowicie łatwy do opanowania, ale zwykle używają standardowego, którego trudno zrozumieć i mówią w taki sposób, aby nie czuć się zbyt komfortowo w mowie i słuchu. Oczywiście nie mówię, że Rosjanie to wredni, czy źli ludzie, lecz oni mają taką naturę, że ma tak być jak sobie postanowią i koniec dyskusji. Jeżeli chodzi o angielski i o posługiwanie się nim to zazwyczaj nie doświadczymy dialogu w tym języku nawet jeżeli widać, że rozmówca usiłuje ukryć swoje umiejętności językowe. Można jednak trafić na kogoś kto się nie przejmuje różnicami i tak się złożyło, że podczas zgubienia drogi pytana osoba prawie zaprowadziła nas na to miejsce mimo, że to w przeciwnym kierunku niż zamierzała iść. Gdzie zatem jest klucz do sukcesu? Podstawy mówienia po Rosyjsku tak, że widać najmniejsze nasze próby. Z własnego doświadczenia wiem, że nawet gdy Rosjanie przyjeżdżają tu to nie przekraczają granicy komunikacji do chwili, aż zaczniemy używać pojedynczych słów w języku rosyjskim. Wtedy zmieniają się diametralnie i czują się bardziej swojsko, będą pierwsze uśmiechu i zupełnie inne nastawienie nawet jak żadna ze stron się nie zrozumie. Nie jest to kraj agresywny, ale chyba niezbyt ufny szczególnie dla nas. Sądząc po ostatnich wydarzeniach politycznych to trudno im się dziwić, bo nie wiedzą czy jesteśmy przyjaźni czy wręcz przeciwnie. Starsze pokolenia uważają, że Polak to człowiek zły, przebiegły i jak to już przez propagandę weszło w życie – gorszy od Rosjan. Młode pokolenie za to traktują nas dość poważnie jako ludzi żyjących w tragedii,  do Rosji jedziemy dla rozrywki, a nie w celach nawiązywania kontaktów. Obie opcje nie świadczą o nas najlepiej. Młodzież ma bardziej uniwersalne spojrzenie na świat i ludzi z innych regionów świata, więc inaczej będzie nam porozumieć się z nimi niżeli z ich rodzicami. Z Rosjanami mam dość częsty kontakt i coraz częściej widzę, że kultura rosyjska zmienia się i jest coraz bardziej podobna do naszej po upadku komuny. Oczywiście tam nadal to mężczyzna jest tym, który zarabia na rodzinę, kobieta zajmuje się domem i obie strony są zadowolone. Nas fascynuje ten świat, w który kobiety są mniej sfeminizowane niż polki, lecz jeżeli spojrzymy prawdzie w oczy to już nie tylko Moskwa i Sankt Petersburg jest miejscem, gdzie te poglądy upadły lub są w fazie upadku, dlatego szukając żony powinniśmy omijać te dwa miasta – powoli to zaczyna się rozpowszechniać bardziej w głąb kraju i zalety, z których słynie Rosja pod względem normalności i odseparowania od bezwzględnego świata wpływów oraz potrzeby budowania kariery odchodzą w zapomnienie.

Sprawa picia wódki. Zgadza się, piją dużo i mają do tego zdrowie,… ale takie jak my. Gdy wyobrażamy sobie człowieka, który przechyla 200 ml wódki za jednym chlapnięciem to myślimy, że to pewnie Rosjanin. Polak pije po 50 ml i się upija. Kto zatem wypije więcej? Po równo! Oni mają nawyk picia szklankami, ale zwykle proporcje przekładają się jak u nas tylko dawkowanie alkoholu jest inne. Wolą szybciej się upić niż męczyć się kieliszkami, ale efekt ten sam. Ceny alkoholu są zbliżony do Polskich i wybór jest równie bogaty w lokalne wódki jak u nas w nasze. Największą popularnością cieszy się „Standard”.

Przede wszystkim mieszkańcy bywają pomocni i lepiej mieć ich po swojej stronie. Mają do nas dystans, który z czasem się zmniejsza i ten dystans trzymają przez długi czas do chwili, aż przebijemy się przez pierwsze lody. Wtedy dogadujemy się już bez słów. Ponad wszystko potrafią się bawić. Podczas mistrzostw Euro 2012 mogliśmy poczuć bezpośrednio jaki mamy z nimi kontakt. Poza drobnymi incydentami, za które powinniśmy brać większość odpowiedzialności to nie można powiedzieć o nich niczego złego. To wszystko działo się u nas, lecz kiedy przyjdzie nam pojechać tam, to rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Mimo wszystko jest to miejsce, które warto odwiedzić przynajmniej raz w życiu.

Game over?

Artykuł zaczerpnięty z innego bloga, który specjalizuje się w tematyce gier. Autor dotknął problemu męskiego hobby, które w licznych związkach jest powodem do głębokich nieporozumień. Podobnie było w moim związku i kiedy moja żona mnie opuszczała, jedyne o czym myślałem to roztrzaskać konsolę o podłogę. I zrobiłbym to gdybym z nienawiści jej wcześniej nie sprzedał co było zresztą rozsądniejszym wyjściem. Wszystkim tym, którzy czytają bloga dobrze radzę – szukajcie sobie wspólnych zainteresowań. Wiadomość kierowana bezpośrednio do mężczyzn – kochajcie swoje żony, nigdy nie wiadomo kiedy odejdą, a kiedy to zrobią może być za późno na odłożenie joysticków. Uwierzcie mi na słowo, nie chcecie przez to przechodzić. Przejdźmy do sedna tematu:

[…]

Wczoraj mogliście, który traktował o zjawisku „hejt” w środowisku konkurencyjności gier, wydawców oraz oczywiście graczy. Dobry artykuł, ale czytając go zabrakło mi najważniejszej grupy naszych hejterów, czyli… naszych drugich połówek. Koledzy – bo głównie do was kieruje ten tekst – ile razy mieliście sprzeczkę z tą wyjątkową osobą, o to co jest dla was ważniejsze? Albo o to co powinniście robić i zazwyczaj sprawa dotyczy wspólnej aktywności? A ile razy zignorowaliście sytuacje, kiedy ta osoba nawiązywała do dyskusji na ten delikatny temat? Postaram się omówić ten problem, więc ostrzegam – może to dotknąć wasze czułe punkty.

„WIRTUALNA” RZECZYWISTOŚĆ

Oczywiście nie ma idealnych związków i zawsze znajdzie jakiś powód do ostrzejszej wymiany zdań się znajdzie. Dla przykładu mogę jedynie powiedzieć, że takimi osobami, które zwykle zwracały nam uwagę, że za bardzo taktujemy gry jako priorytet odkładając ważne rzeczy na bok to nasi rodzice. I tak właśnie na przykład szkoła odchodzi na dalszy plan, a na nasze umówione spotkania spóźniamy się regularnie. Stereotyp gracza oczywiście karykaturalnie z góry kojarzy się z garbatym nieudacznikiem, do tego singlem, w okularach kalibru Stępnia z „13. Posterunku” oraz wysypką na twarzy. W skrócie NERD. Nerd oczywiście nie ogranicza się jedynie do gier, ale ogólnie do technologii, ale w tym artykule zawężymy trochę jego definicję stosując parę przykładów. Spokojnie, nie jesteśmy nerdami, a stereotyp na szczęście jest naciągnięty, ale życie z ukochanymi osobami to już nie lipa, więc cieszmy się szczęściem, którego inni mogą nie mieć – być z rodziną. Artykuł napisałem po osobistym doświadczeniu zaraz po pewnym nieporozumieniu z bliską mi osobą…oraz po obejrzeniu pewnego odcinka serialu komediowego, który pojawił się nazajutrz. Serial ten to „Moja rodzinka” opowiadająca o przygodach członków i dziwnych relacjach między nimi. W odcinku, który ja oglądałem nie chodziło co prawda o grę, ale o samochód, który pojawił się w garażu dzięki wygranej w karty przez syna. Wyszło na to, że to podobny model samochodu z kawalerskich lat ojca, który najprawdopodobniej przeżył ekspresowy kryzys wieku średniego. Każdą chwilę spędzał w zielonym cabrio, ale nie mógł się ruszyć z garażu ze względu na fatalny stan techniczny. Przez wysoką frekwencję ojca w garażu matka dostawała białej gorączki, bo jak się okazało samochód traktowała jako konkurencję w kolejce o względy ukochanego, a został sprzedany, bo ta zaszła w ciążę. Oglądając ten odcinek miałem nieodparte wrażenie, że sytuacja ma się podobnie z grami, tylko że dotyczyła ona starszego pokolenia. Trudno było się matce nie dziwić skoro dochodziło do takich absurdów, że ojciec nawet chciał uprawiać seks w rękawicach samochodowych. Spór się zakończył, bo samochód „przestał istnieć”. Najśmieszniejsze było to, że nie odcinek był komiczny, lecz jego odwzorowanie w rzeczywistości ukazujące nasze podstawowe role, słabości, dziwne potrzeby oraz co ich kosztem się dzieje. Najsmutniejsze, że to cholerna prawda.

JESZCZE JEDEN, JESZCZE JEDEN…

Większość z nas wychowywała się na grach i na myśl o szkole odkładanej na bok wzdrygamy ramionami, a kolejne informacje o maniakach gier, który po czterech dniach grania kończą z wyciągniętymi nogami lub w łagodnych przypadkach lądują na noszach jedynie wzbudzają w nas zdziwienie oraz niekiedy śmiech. Przyznam, że ja reaguję podobnie i nie ukrywam tego, bo jak bardzo można dać się wciągnąć w zwykłą grę. Otóż można. Warto jednak zatrzymać się na chwilę i zastanowić, czy reagujemy tak na wieść o kimś kogo zupełnie nie znamy, czy raczej śmiejemy się bo ten ktoś grał w Modern Warfare 3 kiedy jesteśmy entuzjastami Battlefielda 3 i dziwimy się, że można grać parę dni w coś podrzędnego. Nie chodzi konkretnie o MW3, bo można tu użyć licznych przykładów jak flagowy War of Warcraft czy Diablo 3 – wybór dowolny. Niestety, ale jeżeli narzekamy, że wątek fabularny gry trwa 3 godziny, co w efekcie skutkuje usunięciem go z listy zakupów to może odnieśmy się do przykładu GTA IV lub Mass Effect, gdzie przejście gry w 100% równa się z cudem. Ile godzin poświęcilibyśmy, aby ukończyć to według przewidywać wydawcy? Śmierć na miejscu. Inny przykład: kto z was grał w Bad Company 2 w multi – ręka do góry. Ci z podniesionymi rękami zapewne pamiętają pewien chwyt polegający na braku opcji wyjścia z gry po ukończeniu rundy. Trzeba było wyjść z gry przed końcem mapy lub po załadowaniu kolejnej. Runda była fajna, już prawie żegnamy się z ekipą, jesteśmy na etapie żegnania się i teoretycznie decydujemy się na wyjście podczas podsumowania rundy. Pojawia się myśl „O! Arica Harbour! Ok, po tej rundzie„. W między czasie obiad stygł, ktoś narzekał i nieszczęście gotowe. W Battlefieldzie 3 na szczęście można wyjść z gry podczas podsumowania co silniej zadziałało na podświadomość gracza, który już łatwiej potrafi oderwać się od gry.

NIENAWIDZĘ GIER ALE…

Część z was nadal wzdryga ramionami twierdząc, że to tylko gra. Nie dziwie się, bo sam byłem takim człowiekiem do pewnego momentu w moim życiu – ślubu. Tak jest, wstąpiłem w związek małżeński, jestem mężem i od teraz noszę z dumą swoją obrączkę. Koledzy gracze gratulują, inni koledzy-mężowie witają w klubie, weterani współczują. Pochodzę z domu, w którym nigdy nie byłem świadkiem kłótni między rodzicami, ani o podobnych przykładach nie słyszałem. Rodzice w pamiętnych czasach również sięgali po Commodore 64 i rywalizowali w River Raid, ale ich zainteresowanie grami nie przetrwało próby. Granie pozostawali mi i mojej siostrze, a w życiu już tylko pozwolili sobie na parę rundek w Super Mario Bros. Jako wiodący reprezentant rodziny w kategorii grania określam się jako aktywny gracz, w życie którego często ingerowali rodzice, więc wartości wychowawcze towarzyszyły mi podczas dorastania tak samo jak granie. Kiedy wyprowadziłem się z domu rodzinnego za pierwsze pieniądze kupiłem X-boxa 360. Nie byłem już kontrolowany, mogłem robić co chciałem. Taki tryb trwał parę lat aż do momentu, kiedy oddałem konsolę do serwisu. Wtedy oto powstał zarodek nienawiści do gier, ponieważ przymusowa przerwa wywoływała we mnie niezadowolenie znudzenie i zimnokrwistość. Nie winiłem jednak rynku gier przez to, że robią słabe konsole tylko za to, że tak silnie uzależniają i wtedy zdałem sobie właśnie z tego sprawę, że strasznie się uzależniłem. Ale i u mnie pojawił się wspomniany gest „wzdrygania ramionami” i wróciłem do gier tyle, że grałem już z pewną ostrożnością, która na moje nieszczęście została zniwelizowana do minimum przez kolejne rewelacyjne nowości ze świata PS3. Dodatkowo często rozmyślałem o wpływie gier na dzieciaki i grających ojców, bowiem osobiście starałbym się uniknąć konfrontacji mojego dziecka z grami, w które sam gram tak samo jakbym starał się obrzydzić mu McDonald’sa. A już tym bardziej nie chciałbym, aby moje dziecko było pozbawione wspomnień z błotem na kolanach, czy wyścigów na rowerach, które ja mam i wspominam o wiele lepiej niż najnowsze pomysły rywalizacji w wirtualnym świecie. Cóż, grając dalej przeżyłem dwa przykłady, które aż raziły w oczy pod względem negatywnego wpływu na tryb życia człowieka. Pierwszy to znajomy znajomego, który tak bardzo zaangażował się w granie, że z wzorowego ucznia gimnazjum z paskiem na świadectwie nie dostał promocji do kolejnej klasy. Drugi przykład jest dla mnie bardziej bolesny, ponieważ ilustrowane przypadki pojawiły się również w moim życiu i to nad wyraz. Po dwóch latach od tamtego kluczowego momentu uśmiechnął się do mnie los, bowiem w moim życiu pojawiła się kobieta, z to wstąpiłem w związek małżeński. Między nami panują silne emocje, a związek był przykładem na idealną książkę poradnika miłosnego. Żona, która oryginalnie pochodzi z Rosji posiada cechy, którymi szczyci się płeć piękna z byłych krajów ZSRR, a o których mogą pomarzyć dzisiejsze zfeminizowane Polki, które myślą, że są cool. Czyli bardzo często chciała się przytulać, robiła obiad zanim pomyślałem, że jestem głodny oraz bardzo zależało jej na tym, aby pojechać na wspólne wakacje. Do tego uwielbiała wstawać przede mną, aby zrobić mi kanapki do pracy lub przyjechała do mojej pracy o 7 rano, ponieważ zapomniała kupić pieczywa dzień wcześniej i wyrzuty sumienia nie pozwoliły jej odłożyć zaległości na później. Ale dlaczego opisuje moje życie rodzinne na łamach publicznego artykułu? Ponieważ przez cały czas wydawało mi się, że nasze życie wydaje się być stabilne, bezproblemowe. Oczywiście pojawiały się oznaki niezadowolenia mojej żony na myśl o grach chociaż sama próbowała się wciągnąć, ale wydaje mi się, że głównie ze względu na mnie niż na własne potrzeby. Na urodziny kupiła mi preorder Hitmana z dodatkiem Sniper Challenger i to dzięki motywacji, że gram w tą grę w pewnym sensie dla niej zdobyłem najwyższy polski wynik w czerwcu. Naszemu związkowi towarzyszyło poczucie winy, że za mało czasu poświęcam osobie, którą świadomie kocham bardziej niż życie samo w sobie, ale grałem jakimś cudem dalej. I ten związek miał taki stały charakter do czasu, aż przyjechała teściowa, która niestety z przyczyn zdrowotnych przerwała swoje tournee po Europie. Wtedy to moja żona postanowiła odwieźć swoją mamę całe 2600 km do domu. Kiedy poinformowała mnie o tej wiadomości, byłem załamany i zupełnie coś we mnie pękło. Tęskniłem za żoną kiedy tydzień wcześniej pojechała sama do Włoch, ponieważ ja nie dostałem wolnego w pracy i już wtedy z powodu tęsknoty ledwie odpalałem gry. Obecnie kiedy pojechała oznajmując mi, że wróci niedługo ani myślę o graniu. Najzwyczajniej w świecie zdaję sobie sprawę z tego, że wolałbym ten czas poświęcić na spacerze z nią. Póki co staram się myśleć optymistycznie i unikam myśli, że żona przedstawi mi „bad news” z bezpiecznej odległości, bo przyznam, że miałaby powody, aby to zrobić, ale nie chodzi tylko o aspekt gier, lecz również o ciężką sytuację zaciągnięcia kredytu na mieszkanie i jej problemy ze znalezieniem pracy tutaj. Ja mogę sobie zarzucić, że mogłem być bardziej zaangażowanym mężem, a krokiem do korekty postawy byłaby ekspresowa sprzedaż kolekcji gier. Prawda jest taka, że gry są fajne jak jest się kawalerem i to też nie do końca lub osobą, która ma już pewną pozycję społeczną, która może sobie na to pozwolić. Inaczej radziłbym sobie i wam ograniczać gry, ponieważ grając w gry, bawimy się dobrze, ale tylko my. Postawmy sprawę jasno, dziewczyny nie lubią gier i granie nie jest cool. A jeżeli lubią to na pewno nie w takim znaczeniu jak podchodzimy do tego my – faceci. Nie będę rozpisywać się o wyjątkach, bo takie zawsze się znajdą i jest to malutki odsetek, który nie wnosiłby żadnej rewolucji w damskim obozie. Może i gry potrafią sprostać naszym oczekiwaniom co dziewczynom wychodzi w praktyce trochę trudniej, ale jestem pewien, że ukochane panie są bardzo bliskie naszemu sercu dlatego wiedzą co dla nas dobre a co złe, a gry to zawsze tylko gry. Nie da się tego im wytłumaczyć słowami, więc po co w ogóle próbować to tłumaczyć. Okażmy im to.

DADDY PLEASE, LIFE DOESN’T HAVE AUTOSAVES

W opisanym przypadku z mojego życia wniosku, że żałuję, iż jestem graczem wyciągnąłem kiedy żona odwoziła swoją mamę i automatycznie pozostałem sam ze swoimi myślami na parę dni. Poczucie winy jest tak duże, że chciałbym przy mojej żonie spakować konsolę oraz sprzedać ją wraz z posiadanymi grami, a kasę uznać za depozyt na poczet wspólnego mieszkania w przyszłości. Przed takim samym problem zapewne stoi pewien Brytyjczyk, który jest bohaterem kolejnego epizodu, który przydarzył mi się parę lat temu. Otóż wraz z moim ówczesnym lokatorem grałem w jakąś grę online na zmianę. W pewnym momencie rozległ się płacz niemowlęcia. Byliśmy trochę zdezorientowani co to za dziecko, bo płacz wydał się bardzo blisko, więc zaczęliśmy się rozglądać po pokoju, a nawet szukaliśmy odpowiedzi wychylając się przez okno. Jak się domyślacie dziecko płakało przez headset, a zorientowaliśmy się kiedy usłyszeliśmy pocieszającego ów niemowlaka ojca, sądząc po akcencie chyba Brytyjczyka. Wybuchliśmy śmiechem. Na przestrzeni paru lat dochodzę do wniosku, że to był kolejny przykład w jaki sposób gry wpływają na życie codzienne każdego z nas oraz osób spotkanych przypadkowo. Najwięcej dojrzałych wniosków wyciągamy kiedy czegoś już nie mamy, albo przymusowo zostajemy odcięci od rzeczy/zjawiska, które nam towarzyszą na każdym kroku, dzień po dniu. Nie wiem czy Brytyjczyk miał z tego tytułu problemy rodzinne, ale jestem bardziej niż pewien, że cząstka jego również odczuwała winę, braku odpowiedniej uwagi, której nie poświęcał dziecku. I nie mówię, że będzie żałował uzależnienia, ale samego faktu, że wykorzystał wolny moment na grę pod nieuwagę matki dziecka zamiast pobawić się z maluchem. Co się dzieje, kiedy pojawia się problem w momencie, gdy druga połówka zwraca nam uwagę? Z reguł nic, ponieważ trudno nam się oderwać od gry, czyli od innej rzeczywistości. Paradoksalnie gramy w Sims 3, kiedy umyka nam życie rodzinne w prawdziwym życiu. Problemu nie zauważamy dopóki dopóty nie stanie się coś krytycznego (w moim przypadku wyjazd żony na parę dni) i mamy czas na przemyślenie wszystkiego kiedy nikt nam nie stoi nad głową. Warto zastanowić się wtedy co jest w życiu ważniejsze – postęp w grze, skill level, regularne bitwy, statystyki, czy niepohamowana chęć osiągnięcia sukcesu. Graczu, zadaj sobie pytanie czym jest zatem sukces. Watpię, aby któryś z nas chłopaków był zadowolony z postawy jaką reprezentujemy przez gry ignorując potrzebny naszych wybranek. Przypomnę wam, że dla nich my jesteśmy potrzebą chociaż przez równiże płci nie zauważamy tego. Achievement na dziś – kupcie różyczkę, kosztuje może z 5 PLNów, a daje tyle radości, że sami odczujemy jej blask.

CO WZLATUJE, TO UPADA

Życie weryfikuje nasze błędy. Często popełniamy je nieświadomie często odnosząc się do swoich praw zamykając się w swojej samotni. Takie prawa to zmęczenie i chęć odprężenia się. Od dzieciaka naszym relaksem było przejście levelu lub zapoznanie się z wątkiem gry. Wcale nie oczekujemy, by gra była realna, bo to właśnie odróżnia życie od gry – jest naciągane, aby nam się spodobało. Dlatego uciekamy do wirtuala często zapominając co w życiu jest najważniejsze. Nikomu nie zarzucam, że jest uzależniony, bo wciąż istnieją grupki tzw casuali, którym to najbardziej zazdroszczę trzeźwego podejścia do tematyki gier. Niestety takich ludzi nie jest zbyt wiele, bo skoro już ktoś zagra, to już Public Relations i odpowiedni marketing wciągną potencjalną ofiarę w czeluści uzależnienia, z którego trudno wyjść. Odpowiednie narzędzia wykorzystują każdą słabość, a najczęściej chodzi o silną chęć bycia najlepszym we wszystkim co tylko jest do osiągnięcia co ma silne powiązanie z grami, bo w końcu chodzi o rywalizację. Pojawia się pytanie, co my zrobimy, kiedy w końcu pojawią się długo wyczekiwane next-geny. Kupimy je? czy będzie to idealna okazja, aby rzucić to wszystko w cholerę. Mnie motywuje poczucie roli w rodzinie oraz fakt, iż pierwsze konsole to zazwyczaj drogi i niedopracowany kawał maszyny. Demotywuje mnie jednak siatka znajomych, którzy mieszkają daleko ode mnie, a których poznałem przez te parę lat i niekiedy mogę się poczuć w towarzystwie ludzi…którzy mają identyczne przeżycia i jakoś utrzymują koniec z końcem przy okazji opowiadając szyderczo o relacjach z rodziną. Żarty się kończą kiedy słyszymy „tak kochanie, tylko skończę rundę”, a koledzy reagują na to słowami: „stary, daj spokój na dzisiaj, żona czeka, a ty grasz” i to z pełną powagą. Takie coś słyszę ostatnio, więc nie czuję się jakoś osamotniony. Przerażające jest to, że większość moich znajomych to gracze żyjący w stałych związkach, które regularnie borykają się z problemami interpersonalnymi.

HELP

Każdy z nas nosi się z myślą, że ciężko odejść od tego (nazwijmy to po imieniu) uzależnienia. Żyjemy w kraju, który jest atrakcyjny na arenie dystrybucji gier, co za tym idzie – powinno być odpowiednio dużo instytucji pomocy z uzależnionymi graczami. Do tej pory byliśmy świadkami jedynie przestrzegania graczy krótkimi informacjami o epilepsji oraz bardzo kiepskich w skutkach przemówień w wykonaniu ks. Natanka, który ostrzega parafian, że „coś się dzieje”. Pogląd może i odpowiedni, ale wykonanie mało wiarygodne co skończyło się na wielu pośmiewiskach z wymienionym duchownym w roli głównej. Atakując graczy, którzy są dość specyficzną, zwartą i inteligentną grupą można narobić sobie niezły pasztet otrzymując równie agresywną ripostę. Zresztą jestem tego świadomy piszę tekst, że wiele osób wyśmiałoby mnie na ulicy, ale chciałbym nadmienić, że również nadal jestem aktywnym graczem z tą różnicą, że jestem świadomy obecności problemu również u siebie i staram się z tym jakoś walczyć. Istnieją zgrupowania, które wychodzą naprzeciw osobom poszukującym ratunku, takich niestety nam jeszcze brakuje, ale chętnie bym się na taką sesję wybrał z samej ciekawości. Na świecie gracze uzależnieni stają się już mniej anonimowi, a odpowiednie osoby wyciągają problem na światło dzienne realizując program uwolnienia nas od problemu. W internecie znajdziemy już takie strony jak www.video-game-addiction.org  lub www.addictionrecov.org. Dla bardziej zainteresowanych czytelników zapraszam do googla, bo można trochę poczytać na ten temat. Mam wielką nadzieję, że po powrocie żony moje wnioski nie osłabną i liczę na wasze kciuki, aby mi się udało. Za osoby w podobnych sytuacjach ja również trzymam.

[…]

„Zakochany bez pamięci”

Kto z nas chociaż raz utożsamiał się z urywkami z filmów lub nawet z całą fabułą podaną jak na tacy. Przykładowo „Eternal sunshine of the spotless mind” jest jednym z tych filmów, które dotykają samego sedna bólu jaki nosimy sobie po utracie kogoś bliskiego. Dzieło w reżyserii Michel’a Gondry’ego i scenarzysty Charliego Kaufmana to nie jest zdecydowanie niedzielny film, podczas którego będziemy się dobrze bawić, a spolszczenie tytułu („Zakochany bez pamięci”) niestety źle sugeruje, bo moje skojarzenie było z filmem o miłości, jakimś romansem, a obsadzenie w roli głównej Jim’a Carrey’a dodatkowo uśpiło zainteresowanie. Jest to trudny film, którego fabuła orbituje wokół wrażliwego tematu zerwania, więc nie możemy oczekiwać pocieszenia czy zrozumienia, ale na pewno pozwoli nam przywyknąć do myśli, że nie jesteśmy sami w sytuacjach dla nas najgorszych i takie rzeczy mogą zdarzyć się każdemu. Niemal przez całą fabułę jesteśmy świadkami dziwnych reakcji, które zachodzą w głównym bohaterze, któremu towarzyszą specyficzne zjawiska. Mój artykuł będzie wprawdzie własną interpretację filmu, ale ostrzegam, że będzie w nim zawarte wiele spoilerów, więc przerwijcie sobie czytanie, następnie obejrzyjcie go, a później wróćcie tu. Jednak ostrzegam – jeżeli przeżyliście kiedyś totalne zeszmacenie uczuć i czuliście się jak gówno przez nieudany związek, to jesteście gotowi na film. Ja popełniłem kiedyś ten błąd i odpaliłem sobie ten film zanim miałem takie przeżycia i już gdzieś na samym początku zniechęciłem się do kontynuowania. Później spotkałem pierwszą miłość i przeżyłem traumatyczne zakończenie – wtedy przypomniałem sobie, że jest pewien film… (i tu zapraszam do oglądania, a tych co obejrzeli, do czytania dalszej części posta).

Joel jest zwykłym człowiekiem, który pewnego dnia postanowił obrać przeciwny kierunek niż ten, który wybiera w każdy inny dzień, gdzie czekała go praca, kolejne codzienne wyzwania i schemat szarego życia. Wygląda na to, że nie był za bardzo zadowolony z życia i nie tak dawno zakończył związek z niejaką Naomi. Klimat wstępu jest utrzymany w scenerii tułaczki pod wiatr z nadzieją ułożenia sobie wszystkiego w głowie. Widzimy Joel’a szkicującego obrazu, który ma w głowie. Pozwolił sobie na wpis do czegoś w rodzaju pamiętnika, aby również przelać myśli na papier. W obliczu nieszczęść, z którymi próbuje się uporać spotyka dziewczynę o imieniu Clementine (Kate Winslet). Do około 17 minuty filmu śledzimy zapoczątkowanie nowej znajomości Joel’a. Po tak długim wstępie przechodzimy do głównego wątku fabuły jakim jest zerwanie związku. I tu widzimy Joel’a z miną, którą sam miałem parę tygodni temu. Mokra, spuchnięta twarz, przymrużone oczy – interpretacja bólu, który szarga naszym sercem jak pies szmatą. Twórcy filmu oszczędzili nam nawet skróconej historii ich związku, ponieważ od 17 minuty widzimy co się dzieje z światem głównego bohatera, a szczegóły rozpadu poznajemy wraz z dalszymi wydarzeniami, które sobie zgotował.

Któż z nas nie podejmowałby podobnej decyzji jak on? Przecież każdy kto kiedyś kochał i stracił tą wyjątkową osobę zna doskonale ból, który towarzyszy nam od pierwszego otwarcia oczu o poranku. Joel stracił swoją miłość i chciał ją odzyskać, ale ta go nie poznawała w sposób bardzo autentyczny, czego nie mógł zrozumieć. Jego znajomi ukrywali przed nim pewien szczegół – Clementine poddała się kuracji wymazania elementów swojej pamięci.  Wokół tego kręci się historia filmu i jest bardzo rozbudowana, a żeby zrozumieć ją w pełni trzeba skupić pełną uwagę. Trudny film dzierżący wagę ciężaru, który na nas spada w chwila, kiedy nas to spotyka. Kiedy tracimy kogoś ważnego zwykle nie wiemy co mamy dalej zrobić, bo nie wiemy czego możemy oczekiwać, ani co jest dla nas dobre, a już w ogóle nie wiem czy chodzi wyłącznie o nasze dobro. Więc najprościej, ale najmniej sprawiedliwie byłoby zapomnieć o całej sprawie, bo nie pamiętamy źródła bólu, ani sumienie nie będzie nam wyrządzało kolejnej krzywdy. To dwa ogniwa napędzające nas ku otchłani pesymizmu i ostatecznie pcha do podejmowania decyzji czasami nader drastycznych. Ale czy chcemy zapominać? Skoro straciliśmy kogoś to przecież nic nam nie pozostanie niż pamięć po tym kimś. To samo pytanie zadał sobie Joel, który podczas sesji zapominania zdał sobie sprawę, że jego decyzja wynikała z wściekłości, że Clementine odważyła się na taki sam krok przed nim, więc chciał sobie ulżyć w cierpieniu. O tym jest dalsza część filmu interpretująca urywki z ich wspólnych wspomnień. Tych bezcennych, jedynych w swoim rodzaju. Pokazane w sposób autentyczny z elementami fantazji dla łatwiejszego odczytania intencji, które płynęły od twórców – spadające samochodu ukazujące rozpadanie się świata, ulewa w pokoju, łóżko na plaży, pętla uliczna, brak napisów na szyldach reklamowych. Film nafaszerowany jest przesłankami, takimi jak słuchanie dennej muzyki i wyrzucenie kasety magnetofonowej przez okno samochodu ukazujące jak postępują ludzie, których dręczą wspomnienia – wyrzucają coś co niszczy ich od środka i nie pozawalają normalnie funkcjonować.

Jak przetrwać rozstanie?

Witam was. Ostatnio przeczytałem dość interesujący artykuł na temat rozstań. Zaniepokojony niepowodzeniami w życiu prywatnym jakie nastąpiły u mnie w ostatnim czasie wzbudziły we mnie od dawna uśpione przemyślenia. Aby sobie oszczędzić niepotrzebny ból, postanowiłem poczytać trochę w internecie. A więc jak poradzić sobie z rozstaniem? Jak pogodzić się z rozwodem? Na warsztat wziąłem bardzo interesujący artykuł zamieszczony na stronie http://www.bezstresowy.pl. Z wieloma rzeczami jesteśmy zgodni jednak warto rozwinąć ten temat, więc wziąłem artykuł na warsztat.

Jednymi z najcięższych przeżyć w życiu każdego człowieka są niewątpliwie rozstania. I nie jest istotne czy żegnamy się z ukochaną osobą, zwierzęciem, miejscem czy rzeczą… każda strata jest bolesna, bardziej lub mniej, jednakże zawsze pozostawia ślad na duszy i w umyśle. Jak sobie poradzić z najbardziej nieprzyjemną, czyli stratą ukochanej osoby? Rozstanie, bo o nim mowa (pomijamy w tym miejscu takie wypadki losowe jak śmierć) zawsze jest trudnym przeżyciem dla człowieka. Skupimy się tutaj na decyzji podjętej przez jedną osobę, czyli na tzw. porzuceniu.

Porzucenie jest bardziej bolesne im więcej mamy wspomnień i spędzonych lat przy boku drugiej osoby, im bardziej ją kochamy i czujemy się z nią związani emocjonalnie i duchowo. Niejednokrotnie przyjaźnimy się z bliską nam osobą, dzielimy z nią smutki i radości, pomagamy w trudnych chwilach, spędzamy ze sobą czas i tworzymy intymność i swojego rodzaju własny świat. Dlatego ciężko nam zrozumieć decyzję o odejściu bliskiej nam osoby, szczególnie jeśli dotyczy ona wejścia w kolejny związek przez naszego dotychczasowego partnera. Bolesny jest to niestety temat, który pochłonął wiele ofiar i sprawił, że ludzie pod wpływem wielkich emocji ujawniają nietypowe dla siebie lub głęboko skrywane uczucia i zachowania. I każdy zachowuje się podczas rozstania inaczej – głośne krzyki, gniew, płacz, głęboki smutek, apatia, wyciszenie, wycofanie z życia, przygnębienie, a czasami depresja.

Uczucia wybuchają, skrywane żale wydostają się na powierzchnię i stanowią swojego rodzaju tarczę lub dzidę, którą ranimy jeszcze do niedawna ukochaną osobę. Czujemy się podle, brak nam motywacji do działania, reagujemy momentami dość dziwnie i nie dopuszczamy do siebie myśli o tym co się stało. Wciąż mając nadzieję, że ukochana osoba się opamięta i do nas wróci, prosząc o wybaczenie i przepraszając za pomyłkę. Jeśli nic takiego się nie dzieje, wpadamy w jeszcze większą rozpacz i ciężko nam się pozbierać. Nie możemy się na niczym skupić, nic nas nie cieszy, a jedyną rzeczą którą robimy w miarę dobrze jest sen i płacz (lub czasem bezsenność i brak łez) Pierwsze myśli po rozstaniu oczywiście dotyczą tego, że już nic nie będzie takie jak było, że nigdy nie będziemy tak szczęśliwi jak kiedyś i że nic dobrego już nas nie spotka. Koniec. Kropka – do końca życia będziemy już wiecznie nieszczęśliwi.

Na całe szczęście wcale nie musi tak być. Oto kilka zasad, które pomogą, a na pewno ułatwią życie po rozstaniu. Trzeba podejść do tego jak do początku czegoś fantastycznego, jak do nowej przygody, jaką mamy okazję przeżyć i przede wszystkim skupić się na tym, że to nie koniec, a dopiero początek naszej drogi, bez względu na to ile mamy lat w metryce (a jak wiadomo mamy tyle lat na ile się czujemy)

Z pewnością słyszeliście o rozstaniach par, które były ze sobą przez wiele lat, nie tworząc niczego trwałego, czekając na nie wiadomo co i nie robiąc nic w kierunku rozwoju związku, które po rozstaniu odnajdują swoje drugie połowy i nie czekając długo pobierają się lub zakładają rodzinę. Lub o osobach, które w podeszłym wieku odnajdują się i spędzają jesień życia w ramionach bliskiej im osoby. Życie jest bowiem pełne niespodzianek i nigdy nie wiadomo co czeka za rogiem. Zatem co zrobić by przetrwać rozstanie? Oto kilka prostych rad, które ułatwią nam przetrwanie ciężkich chwil.

  1. Czas leczy rany – ta prosta sentencja ma w sobie dużo racji – czas uleczy rany Twojej duszy, tak samo jak leczy rany ciała. Potrzebujesz czasu by do siebie dojść, by ponownie uwierzyć w siebie, w swoją wartość i w to, że możesz kochać i być kochanym. Daj sobie czas – bardzo go potrzebujesz, niczego nie przyspieszaj.
  2. Przebacz drugiej osobie zdradę waszego związku, sobie wybacz błędy jakie w trakcie jego trwania popełniłeś, spraw, by Twój umysł oczyścił się ze złych emocji.
  3. Wycisz się, zacznij medytować, poświęć chwilę w ciągu dnia na niemyślenie o niczym, na relaksację.
  4. Zastanów się nad pozytywami całej sytuacji, może nie wszystko co dotyczy rozstania jest złe – masz więcej czasu dla siebie, możesz robić to na co masz ochotę bez oglądania się na drugą osobę, może coś przestało Cię krępować.
  5. Jeśli nie uprawiasz sportu, właśnie teraz zacznij – aktyność fizyczna poprawia samopoczucie, sprawia, że stajemy się dla innych, ale przede wszystkim dla siebie o wiele atrakcyjniejsi, ale również zdrowsi, pełni energii, a endorfiny jakie się wtedy wyzwalają, poprawiają nasz nastrój.
  6. Pomyśl o sobie jako o singlu, aktywnej osobie, która zwiedza świat w otoczeniu przyjaciół, jada w najlepszych restauracjach, czyta dobre książki, wychodzi wieczorami na miasto, uprawia sport, ma mnóstwo ciekawych hobby, dobrą, interesująca pracę i ciekawe życie – jeśli dotychczas tego nie doświadczyłeś, zacznij wizualizować. Wyobraź sobie siebie w takich sytuacjach, spraw, by mózg włączał te obrazy do codziennej rutyny.
  7. Podejdź do lustra i uśmiechnij się do siebie – szczerze, z radością jakbyś zobaczył dawno niewidzianego przyjaciela. Pokochaj siebie, tylko w ten sposób będziesz w stanie kochać innych i sam również doświadczysz miłości.
  8. Porozmawiaj z przyjacielem, bliską osobą, rodzicami, rodzeństwem, rodziną, którzy być może doradzą Ci, jeśli kiedykolwiek byli w podobnej sytuacji.
  9. Wyjdź z domu, daj się wyciągnąć na miasto lub spacer przyjaciółce, koledze czy komukolwiek innemu komu zależy na Twoim szczęściu i radosnym uśmiechu. Nie zamykaj się w domu – i chociaż z pewnością ciężko jest wydostać się z tego smutku, postaraj się chociaż na chwilę o nim zapomnieć. Wyjdź i chociaż spróbuj się pobawić. Muzyka, głośne rozmowy z pewnością odciągną Cię od rozpaczy na krótki czas, a to już prawdziwy sukces.
  10. Daj się zaprosić na randkę – jeśli masz taką okazję, umów się z zapraszającą Cię osobą, nawet jeśli to jednorazowe spotkanie, będziesz mieć pogląd na to, co dzieje, się w nowym dla Ciebie, randkowym świecie i dzięki temu być może wkrótce uda Ci się spotkać kogoś naprawdę odpowiedniego.
  11. Wypisz na kartce wszystkie denerwujące Cię wady Twojego byłego partnera. Być może okaże się, że było ich naprawdę dużo i nie pasowaliście do siebie.
  12. Postaraj się myśleć o rozstaniu, jako o doświadczeniu do kolekcji. O tym, że to doświadczenie nauczy Cię życia, że to po prostu kolejna lekcja, jaką musisz przejść, by wydorośleć, dojrzeć lub stać się lepszym człowiekiem.
  13. Zapomnij o nienawiści, o dramatyzowaniu, o zemście i o innych negatywnych emocjach. Pamiętaj, że to co wyślesz do innych, wróci do Ciebie ze zdwojoną mocą. Wysyłaj tylko pozytywne myśli. Najlepiej, byś chciał, by Twoja była miłość doświadczyła szczęścia, w końcu kiedyś byliście kochającą się parą i właśnie na tym Ci zależało. Niech tak pozostanie. Skoro nie możecie być szczęśliwi razem, bądźcie szczęśliwi osobno.
  14. Nie dzwoń do byłego partnera – niech i on za Tobą zatęskni (prawdopodobnie i tak mu Ciebie brakuje, chociaż może tego nie okazywać). Daj mu odczuć, co to znaczy pozostać porzuconym.
  15. Znajdź sobie hobby, rozwijaj się, naucz się nowego języka, idź na basen, popraw swoją kondycję, znajdź sobie jakiś ciekawy cel i dąż do niego. Poprawisz swoje samopoczucie, wzrośnie Twoja pewność siebie i po prostu się rozwiniesz. Zacznij robić to, co sprawia Ci przyjemność, a nie miałeś okazji tego robić będąc w związku. Być może było to coś, czego partner/partnerka po prostu Ci zabraniali.
  16. Obejrzyj w wesołym gronie dobrą i śmieszną komedię, nic tak nie poprawia nastroju jak salwy śmiechu w kinie lub przed telewizorem.
  17. Znajdź osobę, która Cię inspiruje, która pomimo ciężkich przeżyć doszła do czegoś w życiu i obecnie jest bardzo szczęśliwa. Przeczytaj jej życiorys, zainteresuj się tym, jak dochodziła do siebie po rozstaniu lub po prostu co robi, by cieszyć się życiem.
  18. Odnajdź w sobie radość, idź na samotny spacer, poczuj się dobrze w swoim towarzystwie, zaplanuj kolejny etap życia i ciesz się z odzyskanej wolności.

Pamiętaj, Twój smutek i żal nie będą trwały wiecznie, to nie nieuleczalna choroba, na którą nie odnaleziono leku. To po prostu nieszczęśliwy etap w życiu, z którego jest wyjście. Nie rzucaj się w nowy związek od razu, daj sobie czas, uspokój umysł, poznawaj nowych ludzi, zastanów się czego chcesz od życia, na czym Ci zależy i czego oczekujesz od nowego, potencjalnego partnera. Wybieraj mądrze, a z pewnością uda Ci się odnaleźć szczęście, którego szukasz. To naprawdę tylko kwestia czasu… piszę to z własnego doświadczenia…a po burzy zawsze wychodzi słońce.

Jest to jeden z najlepszych tekstów traktujących o rozstaniach jakie przeczytałem, a było ich sporo. Co czyni go tak szczególnym? A więc nie jest nasycony dyskretną agresją, aby negatywnie nastawiać się do partnera, co jak wiadomo jest wpajaniem sobie nieprawdy i zwykle potwierdza się powiedzenie, że kłamstwo ma krótkie nogi. Przejdźmy od razu do wypunktowanych rad jak sobie poradzić do związku.

Przede wszystkim, tak – dać sobie czas – to zdecydowanie najważniejszy punkt i najtrudniejszy do pokonania. Któż z nas nie płakał gdzieś w kącie z telefonem oczekując na rozmowę. Zwykle to my wykonujemy ten pierwszy ruch i wybieramy numer, ale to wcale nie pomoże nam ani w możliwości powrotu, ani w zaspokojeniu świadomości, że przez chwilę jest dobrze, bo usłyszeliśmy jej/jego głos. Ani nie jest to dobre dla nas nawet jak się ułoży. Dlaczego? Zaraz po zerwaniu przeżywamy szok, który panuje nad nami. Pojawia się milion myśli i każda jest inna co wrzuca nas w karuzelę wspomnień, zmartwień i ostatecznie zamykamy się w sobie. Z czasem odczuwamy zmęczenie tymi myślami i chcemy się uwolnić przechodząc ze skrajności w skrajność z własnymi myślami. Chcemy zapomnieć, ale niekoniecznie. Spokojnie, to normalne. Przede wszystkim trzeba przetłumaczyć sobie, że to naprawdę nie jest koniec świata. Zasługujemy na więcej, lepiej i bez takich przeżyć jakie zafundowały nam nasze drugie połowy. Jednym z najskuteczniejszych argumentów jest przekonanie, że mimo tych wszystkim fajnych wspomnień jakie sobie zafundowaliśmy gloryfikując przy tym naszych ‚ex’ warto pamiętać, że przeżywamy osobistą tragedię. Skoro boli to zapewniam, że nasz partner wiedział co robi opuszczając nas więc nie warto patrzeć na niego jak na idola skoro stwarza ból, który świadomie spowodował. Po wielu dniach, miesiącach i latach tworzy się w nas nierozerwalna więź, ponieważ dociera do nas informacja, że pozostaliśmy sami. Prawda jest taka, że zawsze byliśmy sami i dopuszczaliśmy jedynie kogoś do siebie. Dlatego nie chodzi o zapominaniu kogoś kto był dla nas ważny, ani nie chodzi też o usuwaniu pamięci tylko chodzi wyłącznie o pogodzeniu się ze sobą. Po co się wiązaliśmy? Bo nam lepiej. Dlaczego z tym kimś? Bo komuś zależało. Podsumowując – czy jest nam teraz dobrze z tą znajomością? Czy czujemy, że komuś zależy? Więc dlaczego mielibyśmy marnować czas oraz siłę, na którą zasługuje ktoś kto nas docenia za to kim jesteśmy? Zamykanie się na jedną znajomość jest z góry skazane na niepowodzenie i sami będziemy sprawiać sobie ból myśląc o kimś kto chce o nas zapomnieć jednocześnie budując sobie życie z kimś kim nie jesteśmy.  Mamy prawo być szczęśliwi.

Warto pogodzić się nie tylko ze sobą, czy ze świadomością, ale także z naszymi byłymi miłościami. Nie twórzmy negatywnych wspomnień, nie narażajmy się na sytuacje, których możemy żałować. Pogratulujmy im nowych związków, nowych sukcesów i życzmy im powodzenia w tworzeniu nowego rozdziału. A następnie pogratulujmy sobie sprawiedliwego i godnego pożegnania przez wzgląd na dawne czasy.  Życie jest o wiele prostsze, kiedy żyjemy w zgodzie ze sobą i naszymi wspomnieniami. Może w ten sposób szybko zauważymy, że omija nas okazja odbudowania sobie życia na nowo z kimś kto nigdy nie dopuściłby do takiej zbrodni jakiej dopuściła się osoba, przez którą czytasz ten tekst.

Co do uprawiania sportu po zerwaniu – nie jest łatwo. Nie chodzi konkretnie o sport, tylko chodzi o zmianę trybu życia, co jest czasem niezbędne do zrobienia tego decydującego kroku naprzód. Sport jednak jest najprostszą formą, ponieważ jest w zasięgu ręki. Przebiegnijmy się parę kilometrów i wróćmy zupełnie zmęczeni – pozbędziemy się w ten sposób stresu, myśli i wspomnień. Będziemy za bardzo zmęczeni na głębokie przemyślenia, a umysł będzie na tyle odświeżony, że da nam to tą upragnioną ulgę. Zakupy nie pomogą nawet typowej kobiecie, tu chodzi o coś czego zupełnie nie robiliśmy do tej pory z własnej woli.

Dość ważną sprawą jest poruszanie się po miejscach, w których bywaliśmy razem z naszym mieszkaniem włącznie. Dom to świątynia wspomnień, które na każdym kroku przypomną nam o przeszłości nawet wtedy kiedy teoretycznie uważamy, że już czujemy się lepiej. Wspólne zdjęcie, but pod łóżkiem, perfum na półce – to wszystko nam odtworzy to, z czym próbujemy żyć dalej. Kiedy wracamy do pustego domu, w którym nic się nie zmieniło zwykle cierpimy dłużej. Przede wszystkim chodzi o chowanie przedmiotów, które będą naszym słabym ogniwem w radzeniu sobie z sytuacjami niepożądanymi. Czyli powinniśmy zapakować wszystkie przedmioty do jednego miejsca. Dorwałem niedawno niezły tekst traktujący o różnych ludziach w różnych przypadkach rozstania. Autor rekomendował, aby jak najszybciej wrzucić wszystko w pudło lub wyrzucić. Było nawet coś o symbolicznym spaleniu czegoś co należy (tak właściwie to należało) do niej/niego. Przyznam, że nie jest to najlepsza rada i osobiście nie polecam takich drastycznych eksperymentów. Serce i umysł potrzebują dość do siebie co trochę potrwa. Czy tego chcemy czy nie, musimy się wypłakać, naoglądać się i przejść te parę ciężkich chwil, aby zrozumieć swoje rozstanie, bo bez znaczenia jak ciężkie te rozstania będą to zawsze mają krótki powód. Kiedy już spojrzymy temu wszystkiemu w oczy to będzie to moment kiedy powinniśmy spakować przedmioty, które mają jakiś związek z ex. Odzież, buty, kurtki, książki, zdjęcia. Posadzić nowe kwiaty, zapalić nową świeczkę zapachową. Artykuł, o których wspomniałem nakazywał wyrzucać. To największy błąd jaki możemy popełnić. Dajmy to bliskiej osobie, najlepszej przyjaciółce, rodzicom, rodzeństwu. Zapakujmy w pudełko i przekażmy na przechowanie. W artykule pamiętam historię kobiety, która po rozstaniu z mężem wyrzuciła wszystko przez okno, a ktoś wykorzystał okazję, pozbierał niechciane przedmioty i uciekł – czyli bohaterka bezpowrotnie je straciła. Nie ma czego gratulować, bo jak sama powiedziała – bardzo żałowała swojej decyzji, ponieważ były tam zdjęcia z Bułgarii, a było to piękne miejsce i nie wie czy kiedyś uda jej się zwiedzić tamtejsze rejony. Najbardziej żałowała pierścionka i obrączki, które wyrzuciła automatycznie razem z resztą osobistych rzeczy. Mimo dożywotniej rozłąki, jej były mąż został pochowany wraz z ślubną obrączką na palcu – nigdy jej nie zdjął.

Inna historia opowiedziana była z perspektywy chłopaka, który próbował się umówić z dziennikarką, która chciała z nim przeprowadzić wywiad na temat rozstania. Strasznie wybrzydzał miejsca publiczne tłumacząc się, że są one za bardzo powiązane ze wspomnieniami, które nadal w nim siedziały i najwidoczniej była to nadal świeża sprawa. Otoczenie też trzeba przygotować na najgorsze. Czy to ławka w parku, czy to kumpel w pracy – ukrywanie, że wszystko jest ok to ostateczność, ale najlepiej powiedzieć wprost, że jest taki i taki problem. Pozwoli nam to uniknąć sytuacji kiedy ktoś palnie osobiste pytanie na temat związku, którego już nie ma. Jeżeli wiesz, że sobie poradzisz, to nie musisz mówić o sytuacji w domu.

Zawsze opłaca się napisać bardzo wylewny list adresowany do kogoś z kim nie jesteśmy już lub sporządzić listę wad. Oczywiście bez wysyłania, bo to się może źle skończyć lub nawet gorzej niż źle. Wyrzućmy to z siebie, to w końcu silny ładunek emocjonalny, który emituje przez nas i może się rozładować na kimś w bardzo nieodpowiednim momencie.  Jako osoba, która została rzucona – poczujesz się lepiej kiedy zrozumiesz, że wady były nie do wytrzymania. Jeżeli jednak jesteśmy osobą, która porzuciła związek – lista taka nam pomoże podsumować sobie, czy wady te są dostatecznie poważne, aby zakończyły wspólny związek. Sprawdź, czy te wady wynikają z winy tej osoby. Może nie warto, aby ta właśnie osoba przechodziła największy kryzys w życiu zaraz obok utraty rodziców.

Jesteśmy kowalami własnego losu. Żyje się raz. Przesłanie jakie chciałbym przekazać na sam koniec – jeżeli przeżyłaś lub przeżyłeś taką sytuacje i identyfikujesz się z takimi historiami poszukując drogi powrotnej do normalnego życia nie bądź tą osobą, która nieudolnie kończy związek bez dyplomatycznych dyskusji szanując się wzajemnie. Jeżeli poczułaś/eś ten ból, nie czyń go komuś innemu.