Przemyślenia w autobusie oraz podkład muzyczny życia codziennego.

by Mariusz

Witam. Dzisiaj dla odmiany napiszę coś za dnia, bowiem niedawno wróciłem z pracy. U mnie zwykle bywa tak, że gdzie bym nie poszedł, co bym nie zobaczył to mam masę przemyśleń na temat tego co widzę. Możliwe, że właśnie przez to mam tak jakoś wyćwiczoną pamięć, że potrafię przywołać wiele szczegółów z przeszłości, których nie da się opisać słowami, a bozia nie obdażyła mnie aż takimi zdolnościami, aby to odpowiednio zilustrować. Może kiedyś się podszkolę, hmm, nowy cel w życiu.

„How are you?”

…czyli zwrot, który prześladuje mnie od bardzo dawna, a dziś jest już moim stałym elementem dnia, gdy się z kimś witam. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, lecz jest to coś co bardzo mi się kojarzy z tutejszą kulturą, a pytanie to pada niezwykle często, nawet na ulicy gdy na kogoś spojrzymy lub po prostu wsiadając do autobusu witając się z kierowcą. Nie, tutaj nie jest tak jak w domowych stronach, że wchodzimy do autobusu i wychodzimy jak z ustępu. Tutaj wręcz należy przywitać się z kierowcą, ale jeszcze bardziej wypada podziękować za przejażdżkę i odpowiednio się pożegnać. Dla mnie, jako osoby nowej w tych stronach jest to bardzo przyjemne zaskoczenie, że zupełnie obcy ludzie nawet na ulicy na przejściu, w kolejce  z zakupami w sklepie, czy nawet na przystanku witają się uprzejmie jakby przeżywali swój nalepszy dzień życia. Te emocje się udzielają i można się zarazić tym entuzjazmem zwykłym 10 minutowym spacerem.

A jak dziś minął dzień? mi dzień mija zwykle podobnie – masa obowiązków w pracy i przy okazji trochę śmiechów z kolegami na zmianie. Gdzieś między tymi obowiązkami wyciągam jakieś wnioski po rozmowie z ludzmi, dzisiaj akurat trafiło na przyglądanie się jak wygląda komunikacja w pracy, gdzie większość ludzi jest z przeróżnych stron świata tworząc niesamowitą mieszankę – Egipcjanin, Hindus, Koreańczyk, Litwin, Chorwat, Brytyjka, Francuz, Rosjanin, Irakijczyk (?), Niemiec. To tylko paru, których pamiętam i którzy są z najbliższego otoczenia. Najtrudniej jest mi zrozumieć gospodarzy. Koleżanka, która dzwoni do nas w jakichś sprawach zwykle musi powtarzać parę razy to samo zdanie zanim dojdzie do porozumienia. Do tej pory wydawało mi się, że jestem tym wyjątkiem (ze względu na krótki staż), który nie do końca kuma o co jej chodzi, a okazało się, że większość unika podnoszenia słuchawki od niej, ponieważ mają podobny problem. Cóż, najchętniej powiedziałbym jej wprost, że chciałbym przeprosić szanowną koleżankę, ponieważ posługuję się czterema językami co trochę utrudnia mi zrozumienie jej szczególnego akcentu.

Powroty autobusowe i retrospekcja z czasów dzieciństwa

Gdy wracam autobusem, mam jakieś 40 minut na urozmaicanie sobie jazdy. Wygląda na to, że idealnym rozwiązaniem jest zgrywanie sobie seriali na telefon i oglądanie sobie ich, co idealnie mieści się w przedziale czasowym od stacji początkowej do mojej. Zdecydowanie lepsze to niż spanie z głową opartą o szybę, a to z głową skierowaną w stronę butów lub jeszcze w innej dziwnej pozie. To co sobie bardzo cenie w tych piętrowych busach jest to, że  osoby starsze nie zawracają gitary ustępowaniem z miejsca mimo, że cały bus wolny, ani nikt nie pcha się z wózkiem czy z wielkimi kartonami, bo najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie utośtać tych pierdółek po tak małych schodach, na których wejście podczas jazdy wymaga doświadczenia niczym zaawansowanego alkoholika, który ma poważne problemy z utrzymaniem równowagi.

Nie zawsze jednak odcinek seriali mieści się w czasie z jazdą i czasami mam swoje przemyślenia. Jadąc do pracy czasami przyglądam się w oddalonemu horyzontowi morza i zawsze myślę o czymś przyjemnym. Jednak gdy wracam z pracy to zawieszam wzrok i myślę o czymś co się niedawno stało. Dzisiaj jednak solidnie przegiąłem i zacząłem jeszcze bardziej kopać we wspomnieniach. Pytasz mnie dlaczego akurat tak? Ano dlatego, że po drodze widziałem wypadek. Nic strasznego, raczej zwykła stłuczka. Ja jadąc autobusem przypomniałem sobie pewną bardzo nieprzyjemną sytuację z dzieciństwa. Ledwie to pamiętam, ale o ile szczegóły można zapomnieć to już rdzenia wspomnienia się nie da. Otóż jak byłem małym brzdącem mieszkającym z moimi rodzicami w małej miejscowości, gdzie nie było jako takich zasad bezpieczeństwa na ulicy, bo ani nie było chodnika, ani pasów – sam wiesz o co chodzi. Ja, jako maluch jeździłem sporo rowerem, wszędzie.

Pewnego dnia na rowery wyciągnął mnie mój sąsiad. Był piękny słoneczny, letni poranek. Coś około godziny 10. Pojechaliśmy sobie na tereny okolicznych pól, które dziś zmieniły się w osiedla domków jedno rodzinnych wyrastających jeden obok drugiego jak grzyby po deszczu. Ten dzień byłby jak każdy inny, lecz nie dla każdego dzień ten zakończył się tak dobrze i w jednej chwili z przykładnego dnia pełnego harmonii i swobody zmienił się w prawdziwy dramat. Polna droga dobiegałą końca i należało wyjechać na kawałek drogi asfaltowej, aby dojechać do domu. Kierunek jazdy nakazywał przeciąć drogę, aby jechać wedle przepisów, pierwszy wyjechał mój zaprzyjazniony sąsiad, ja wyjechałem zaraz za nim, bez oglądania się, czy manwer jest bezpieczny. Niestety tym razem nie był i kierowca samochodu zbliżającego się do skrzyżowania w tym samym momencie, w który ja wyjechałem zdecydował się oszczędzić mi życie kosztem swojego. Tak, finał zakończył się fatalnie, a ja pamiętam jedynie hałas pisku opon i nagły huk. Wtedy nawet nie obejrzałem się za siebie, byłem zbyt nieświadomy tego co się może stać po wyjechaniu na drogę i zareagowałem panicznie. Niewiele pamiętam z samego wypadku, lecz pamiętam, że szybko wróciłem do domu i leżałem w łóżku przykrydty kołdrą. Byłem w szoku, a moja mama nakazywała mi leżeć. Nie wiem co działo się zaraz potem, ale sporo minęło zanim się ruszyłem z pokoju. Jestem obecnie dorosłym facetem, lecz to miejsce, oddalone jedynie 3 minuty piechotą od domu zapisało się w mojej pamięci, a drzewo, które odebrało życie pewnego mężczyźnie prawie ćwierć wieku temu nadal tam stoi i budzi we mnie lęk oraz refleksje czym jest życie. Nie wiem, czy wiesz jakie to uczucie, ale do mnie czasami docierają myśli, które działają na zasadzie przestrogi. Nie wierzę w przesądy, przeznaczenia, czy inne takie zjawiska lecz tamten moment jest siłą, która w losowych chwilach życia nawiedza mnie i zwykle zdaję sobie wtedy pytanie jak wyglądałoby życie, gdyby kierowca się zapatrzył lub po prostu nie postawił własnego życia na szali widząc te masywne drzewa biegnące wzdłuż drogi. Wracając z domu, widząc wypadek przypadkowych ludzi przypominam sobie tamte momenty, tamto letnie powietrze i paraliż strachu jaki mnie ogarnął. Myślę dziś o swoim życiu jakie prowadzę, czy jestem z niego zadowolony, czy osiągam to co pragnę, czy jest to godne życie. Ktoś kiedyś oddał swoje życie, abym ja mógł żyć oraz robiłem rzeczy godne osoby, która kiedyś dostała drugą szansę nie poddając się. Gdy mam chwile słabości, wątpię w siebie i przypominam sobie tamto nieszczęście to mam odpowiednią motywacją, aby się nie poddawać. Jak każdy, jak ty, zastanawiałem się jak to jest umrzeć, gdy ma się dość tego syfu jaki nas otacza, lecz wstyd mi za to, ponieważ wiem, że tamten dzień miał wyglądać inaczej,  więc robię wszystko, aby zdobywać osiągnięcia oraz żebym był godzien tamtego „wyboru”.

z muzyką w tle…

Słuszasz muzyki? Po co? Z tego samego powodu co ja. A co przeżywasz, gdy odsłuchujesz pewien kawałek wnikając dosłownie w tekst i rytm? Dla mnie muzyka ma znaczenie, zapewne takie samo masz zdanie o sobie, lecz zgodzisz się z tym, że słuchając pewnego konkretnego piosenki wczuwaj się w rolę osoby, dla której grana jest muzyka?

Muzyka. Pewnego dnia oglądałem jakiś losowy odcinek programu „Top Gear”, gdzie Jeremy Clarkson testował pewne Audi w dość niekonwencjonalny sposób, bowiem miał zamiar dojechać z punktu A do punktu B na określonej ilości paliwa sprawdzając czy faktycznie jest taki ekonomiczny jak zaręczał producent. Podczas testu stosowane oczywiście były strategie jak najmniejszego spalania, czyli stałe obroty silnika i inne takie rzeczy. Co jednak zwróciło moją uwagą było pewne stwierdzenie, że podczas wjeżdżania pod górę najlepiej puścić sobie trash metal, a zjeżdżając Carpentersów. Osobiście jestem dość uniwersalny co do muzyki, dlatego słucham tego na co akurat mnie najdzie. Dlatego jako osoba wychowana na formacji Limp Bizkit zaglądam czasami do kategorii rocka, przeplatając to z twórczością Linkin Park, po klasyczne utwory w zasięgu muzyki disco lat 80’tych, a nawet uderzając do utworów Beethovena, Vivaldiego itd. Moje życie podobnie jak Audi z „Top Gear” napędzane jest pod górkę za pomocą ostrego uderzenia oraz rozluźniająca melodia swobodnych piosenek, aby nie przekroczyć dopuszczalnego limitu co uratuje mnie przed utratą kontroli.

Wiele razy miałem tak, że słuchając pewnej muzyki, konkretnej piosenki wyobrażałem sobie życie, które płynie z tempa i charakteru tego utworu. Uwielbiam odtwarzać sobie muzykę filmową, która według mnie jest wręcz przepełniona różnego rodzaju motywami w stylu szybkiej akcji, romantycznej sceny lub utraty kogoś bliskiego. Najlepszym przykładem jest w tym przypadku Hans Zimmer, który ostatnio stał się bardzo popularny dzięki mistrzowskim podkładom do Mrocznego Rycerza, Gladiatora czy najnoweszego Człowieka ze Stali. Bardzo często słucham czegoś, gdy konstruuję nowy wpis, więc wiedź, że czytając ten tekst, słucham czegoś z innej karty. Moim ukłonem w stronę gościa mojego blogu będzie umieszczenie tytułu wraz z linkiem do youtube’a, aby wpis stał się kompletny.

Dzisiejszym motywem muzycznym jest właśnie Hans Zimmer w jego OST z filmu „Batman: Początek”. Film dobry, lecz dopiero trylogia pokazuje, że jest to fenomenalny projekt okiem Christophera Nolana.

Reklamy