Polak w Irlandii

by Mariusz

Tak, to ja :) Halo wóz, halo wóz, znów nadajemy.

Przepraszam jeżeli wśród was jest ktoś kto wpadł tu więcej niż raz i zniechęcił się moją nieobecnością, ale przez ostatni czas miałem sporo na głowie. A co? Nie sposób wszystkiego napisać jednak postaram się przybliżyć sytuację.

Po pewnym wydarzeniach w moim życiu po nieudanym postanowiłem zresetować swoje życie. Nie do innego miasta, nie do innego województwa, ani nie na drugi koniec Polski. Byłem załamany, pogubiony, zdesperowany w takim stopniu, że po rozmowie z moim znajomym postanowiłem spróbować swoich szans za granicą. Mój znajomy to Polak mieszkający w Irlandii, a jego staż sięga około 5 lat na zielonej wyspie. Po wysłuchania mojej historii zgodził się pomóc mi w osiedleniu się w Dublinie. Udostępnił mi pokój na miesiąc, a ja w tym czasie miałem szukać sobie pracy i pomagać w prowadzeniu domu.

Zanim to się jednak stało, długo siedziałem w domu rodziców, zanim coś się ruszyło. Nie jestem pewien czy wybrałem dobry czas na rezygnację z pracy, ponieważ ostatnim dniem pracującym był koniec roku, a chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że nie jest to dobry moment na szukanie pracy. Posiedziałem dość długo w domu i z czasem czułem, że muszę poruszyć tą sprawę wyjazdu zanim spodoba mi się chodzenie spać nad ranem i jadanie śniadania popołudniu. Zakupiłem bilet, wylot w połowie kwietnia. Wystarczyło czekać. Zanim jednak wyleciałem, czytałem różne poradniki, blogi różnych ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia i muszę przyznać, że niewiele naczytałem się tych blogów. Wygląda na to, że ludzie, którzy tu są nie za bardzo chwalą się swoimi przeżyciami, a poradników na portalach jest jak grzybów po deszczu.

Zrobiłem co wyczytałem i co mi intuicja podpowiadała, że będzie mi potrzebne. Przetłumaczyłem dokumenty, postarałem się o odpowiednie referencje, pozałatwiałem wszelkie sprawy, które miałem zaległe. Ciężko było nie odmówić propozycji znajomego, szczególnie słysząc, że praca czeka, życie w dostatku i ze znajomością angielskiego można wszystko. Podziwiałem kolegę, że zdecydował się mi pomóc, a przecież pierwszy raz mnie spotkał na żywo podczas tego właśnie wspólnego wylotu do Irlandii. Pełen optymizmu i podekscytowania wyleciałem do Dublina.

Ireland, here I come!

Po około dwóch i pół godzinach wylądowaliśmy na lotnisku. Odebrał nas znajomy, którego również znałem ze słyszenia. Zasiadłem na honorowym lewym miejscu, gdzie zwykle siadał kierowca. Niewiele mogłem zauważyć, ponieważ kolega prowadził samochód raczej szybko, ale pierwsze co rzuciło się w oczy to specyficzne zabudowanie osiedli mieszkaniowych w Swords, gdzie przyszło mi zamieszkać. Drewniane mieszkania wykończone ceglaną fasadą zupełnie niczym nie różniące się od siebie. Jedni mieli bramy, większość jednak posiadała jedynie podjazd z trawnikiem bez ogrodzenia. Nie ukrywam, że bardzo przyjaźnie i przede wszystkim sterylnie to wszystko wyglądało.

Pierwsze dni to było raczej zapoznawanie się z otoczeniem. Tu sklep, tam park itd. Pierwsze na co chciałem zwrócić uwagę to różnice cenowe produktów spożywczych, które okazały się spore. Jest wiele polskich produktów co jeszcze bardziej ułatwiało poruszanie się między regałami i zapoznawanie się z wartością jaką przyjdzie mi wydać. Chleb polski kosztuje około 2 euro, piwo (6 pak) to około 7,5 euro. Mleko łaciate to 1,5 euro. Chipsy to też jakieś dwa euro. Uświadomiło mnie to, że trzeba zacisnąć pasa zanim znajdę pracę i ograniczyć wydatki do minimum.

Ok, to poszukajmy tej pracy. To był priorytet numer jeden. Odwiedziłem http://www.jobs.ie i porozsyłałem CV we wszelkie możliwe przystępne ogłoszenia. Kolega powiedział mi, że mam wysyłać wszędzie, bo irlandczycy to debile. Ja jednak wolałem rozsyłać tam, gdzie nie będę miał problemu z pozostaniem na dłużej. A w mojej branży hotelarskiej ogłoszeń było od groma.

I co z tą pracą…?

Po miesiącu nie mam się czym pochwalić. Z czasem okazało się, że z pracą wcale nie jest tak kolorowo jakby się wydawało. Wielu polaków albo pracuje na swoich stanowiskach od lat, albo utknęli w obozach pracy przy zbieraniu warzyw w gospodarstwach lub w najlepszym przypadku wkręcili się w jakiś biznes na lotnisku. I w taki sposób poznałem całą gamę kelnerów, restauratorów, kucharzy, mechaników. Ludzie pracy bez większych osiągnięć. Minimalna w tym kraju to 8,70 euro na godzinę, więc zdecydowanie więcej niż w Polsce, a nawet wyższe ceny za wszystko nie ogranicza życia w dostatku (względnym), bo i wynajem mieszkania to około 200-300 euro za pokój lub 1000-1500 euro za całe mieszkanie. Rachunki wcale nie są takie wydatki. Także jeżeli ktoś zarabia te 400 euro tygodniowo to wychodzi na tym całkiem dobrze.

Jest tylko ta wada, że najpierw trzeba ją mieć. Polaków jest tu też niemało co nie jest większym zdziwieniem. Ci, których znam nauczyli się angielskiego na miejscu i mówią słabo. Prosty przypadek załatwienia ubezpieczenia przez znajomego nie obyła się bez mojej interwencji, po nie wiedział co to znaczy „device”. Oni jednak mają pracę ja nie. Dlaczego? Ponieważ obecnie rozesłałem ponad 100 CV to różnych miejsc z czego miałem jedynie dwie rozmowy kwalifikacyjne. W rezultacie za jedną rozmowę podziękowano mi listownie. Po tej jednej rozmowie wiele wynikło, ponieważ wydaje mi się, że oczekiwania na stanowiska są dość ograniczone dla Polaków. Może dlatego, że większość z nich gada po angielsku jakby dopiero włączyli zagraniczny kanał telewizyjny, a mówią, że posługują się językiem jak rodzimym językiem, a w praktyce okazuje się zupełnie co innego.  Doświadczając takich kandydatów, można wyrobić słabą opinię pozostały. Ja do swojego języka nie ma obiekcji, ale jak udowodnić swoją zdolność językową skoro na drugą rozmowę zostałem zaproszony po 3 tygodniach czekania? Dopiero wtedy dopiero wynika czy ktoś kuma po angielsku czy tylko tak napisał. Z pracą nie jest wcale tak łatwo. Oficjalna stopa bezrobocia jest na podobnym poziomie jak w Polsce, więc łatwo zauważyć preferencje co do ewentualnych kandydatów. Ja napisałem uczciwie „fluent”. Będąc zaproszonym na drugą rozmowę przygotowałem się maksymalnie – najczęściej zadawane pytania na rozmowach kwalifikacyjnych oraz najczęściej oczekiwane odpowiedzi. Wszelkie formułki miałem w małym paluszku, więc i rozmowa potrwała niesamowicie krótko. Efekty poznamy dopiero za około 4 dni, ale jeżeli rozmowa wypadła tak jak ja to widziałem to można być optymistyczne myśli. Jeżeli nie to bardzo się zdziwię i albo dam sobie spokój z Irlandią i przeniosę się na drugą wyspę, gdzie bezrobocie sięga jedynie 6 procent i z pracą nie jest tak źle. Ale skoro tu jestem to staram się ile sił.

Po dłuższym pobycie.

Mimo wszystko nie jest tu tak kolorowa i wcale nie mam na myśli pogody, która jest w kratkę i jest moim najmniejszym problemem. Kończy mi się okres pobytu u kolegi, który delikatnie mówiąc naciska, abym sobie znalazł nowe mieszkanie. Pytanie jednak jest takie, czy warto wynajmować. Do tej pory myślałem, że zdążę znaleźć pracę zanim będę musiał się przenosić co i tak miałem w planach. Teraz nie jestem już niczego pewien. Czasami wydaje mi się, że moje odejście z tamtej pracy wcale nie było najlepszą decyzją jaką mogłem podjąć. Z czasem zacząłem doceniać to co miałem, ludzi których tam poznałem i problemy do których się przyzwyczaiłem. Obym znalazł pracę i szybko się przekonał, że zacząłem osiągać postępy niż się cofam.

Także każdemu, kto ma przed sobą tą decyzję i nie jest przekonany czy da sobie radę radzę, aby dał sobie spokój przynajmniej z Irlandią. Warto zastanowić się nad czymś innym. Ja mam dobre doświadczenie, idealne wręcz referencje z przystępnymi certyfikatami. Proces rekrutacyjny trwa zbyt długo, opłaty są zabójcze, a ludzi niezbyt pomocni. Samo podejście do tzw FAS’u, czyli tutejszego biura pracy to jak rozmowa z drzewem gdzie autentycznie powiedzieli mi, że nie chcą mojego CV, bo i tak stracę czas, a następnie polecili mi strony www, które sam wcześniej znalazłem. Ja mam to szczęście, że pomagają mi moi znajomi i ci się naprawdę wykazują inicjatywą jeżeli chodzi o podwózki do poszczególnych placówek, po samo szukanie pracy po znajomych i miejscach pracy kończąc. Jednego dnia objechaliśmy okolicę rozrzucają CV gdzie się da co też wiele nie dało. Ktoś kto nie ma takiego ułatwienia i nie ma kwalifikacji, szkoły inżynierskiej, medycznej albo czegoś związanego z IT to w niczym innym sobie pracy raczej łatwo nie znajdzie. Budowlanka się zatkała, hotelarstwo nie zatrudnia (kryzys?), sklepy tylko po znajomości itd. A samo poruszanie się po mieście to za pomocą autobusów wygląda dość ciężko. Miasto jest praktycznie wszędzie tak samo wyglądające. Budynki 3 piętrowe różniące się kolorem drzwi i siatka ulic. Ciężko zapamiętać nawet drogę powrotną, bo bardzo rzadko zdarzają się charakterystyczne miejsca zapadające w pamięć.

Reklamy