Never ending story

by Mariusz

Czyli „niekończąca się opowieść”. Ten tytuł jest odpowiedzią na pytanie, które sobie zadałem – ‚z czym kojarzy ci się twoje życie’.

Niestety momenty, podczas których czuję się spokojniej od ciążących myśli związanych z rozpadem małżeństwa nie trwają długo. Zwykle wszystko się sprowadza do momentu kiedy czuję potrzebę wymiany między mną a nią. Poszukuje jakiegoś cienia szczęśliwej przeszłości. W 99% przypadkach jest to poszukiwanie promyków słońca w ulewny dzień. Po trudnej rozmowie, gdzie solidnie obrywam przyjmując coraz intensywniejsze pogardliwe odpowiedzi. Skąd to się wzięło? Zadaję sobie to pytanie i popełniam podstawowy błąd – pytam ją o to. Zadała mi wczoraj jedno pytanie, na które nie wiedziałem jak odpowiedzieć, mianowicie „czy zapytałem chociaż jak idzie jej w szkole?”.

Zadała odpowiednie pytanie w odpowiednim momencie, ponieważ jest to jedno z wielu pytań, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć. Od samego początku nasze rozmowy, te najodleglejsze prowadzone były przez Skype, nawet gdy były pisane mogliśmy się widzieć. W taki sposób poznawaliśmy się i widywanie się były nieodłącznym elementem rozmów. Niedługo minie 6 miesięcy od chwili kiedy się ostatnio wiedzieliśmy, a rozmowy zwykle opierały się o kryzys między nami. Przyjemne tematy o modzie, podróżach, kuchni, muzyce były ogniwem zapalnym do kłótni. Pisząc teksty na blogu moja żona nazywała kiedyś zdolnością. Pieszczotliwie określiła mnie „mój poeta”. Dziś nazwałaby to obsesją lub czymś gorszym. Taka jest różnica między żoną, a byłą żoną – akceptacja. Lubię pisać, to była jedna z moich czynności, aby uciec od codzienności. Jedni zaglądają do kieliszka, inni poszukują przygód poza życiem małżeńskim, a ja pisałem teksty na przemian z drobnymi operacji w dziale fotografii/photoshopie.

Jeżeli zostało w niej coś co mnie kiedyś fascynowało, wiedziałaby, że decyzja o jej wyjeździe, uniemożliwienie widzenia jej na skype jak dawniej oraz enigmatyczne dialogi bez konkretnych informacji niszczy najtrwalsze związki oddalały nas od siebie dalej niż wzrok sięga. Jej życie po wyjeździe zostanie dla mnie zagadką. Jeżeli jest tą osobą, która nosi w sobie namiastkę żony, którą była i nieświadomie sprowadziła na nas to nieszczęście pewnego dnia zda sobie sprawę z tego o czym pomyślałem, gdy zadała pytanie o szkołę – nasze drogi się tak rozjechały, że moje prośby o powrót do domu/męża negatywnie wpływały na nią i w efekcie kończyło się nieporozumieniem, a każde pytanie nawet o drobny szczegół z życia zmieniał się w lęk pogorszenia tego co zostało. Nicią niezgody to moje proszenie i jej ignorowanie sprawy, co wzajemnie nas wyniszczało.

Dziś mamy sytuację taką, iż nic nie zostało z tego co nas przyciągało do siebie. A jest to upór walki z problemami razem. Byliśmy skromną rodziną, ale od dnia poznania do dnia jej wyjazdu nie było dla nas rzeczy niemożliwych do osiągnięcia. Małżeństwo, które było zdane wyłącznie na siebie stało się symbolem upadku. Upadku na dno, gdzie jedno z nas prosi o szansę odbudowy, powrót do domu, a drugie każde iść pierwszemu w pizdu wykorzystując motywy innego mężczyzny, lepszego uznając mnie za człowieka prostego, który nic nie ma. Niestety jest to okrutna gra bez skrupułów na ludzkich uczuciach. Niegdyś osoba, która mnie mobilizowała do działania, abyśmy zaczęli od zera i odnosili sukces okazała się osobą, która nie dość, że gardzi mną to jednocześnie próbuje się zachować jakby nic się nie stało. Polska 0:1 Rosja. Nic się nie stało…Polska , nic się nie stało…”. Każda rozmowa coraz bardziej to potwierdza, że rzeczy, które przechowuję w szafie w stanie nienaruszonym nie doczekają się swojej właścicielki. Na pytanie „co dalej” otrzymuję odpowiedź „rozwód”. Ta odpowiedź pojawia się przy każdej próbie kontaktu.

W taki sposób kończy się nasza wspólna droga. Z powodów administracyjnych rozwód wymaże jakąkolwiek możliwość spotkania się, chyba, że zmieni się prawo. Za parę lat otworzę pudełko z pamiątkami, wezmę do ręki porcelanowy wazon w kształcie jabłka, który kupiła moja żona podczas pierwszych dni pobytu w Polsce i wspomnę ten słoneczny wiosenny spacer na Stare Miasto w Warszawie. A jeżeli dożyję wieku mojej babci, spojrzę na jej ubrania, która są ułożone w białych pudłach z Ikea, wezmę do ręki każdy przedmiot i uruchomię w ten sposób maszynę czasu. Cofnę się do czasów młodości, gdy byłem szczęśliwym mężem.

Nie życzę nikomu takich przejść. Nikomu.

Advertisements