Dobry uczynek na dzień

by Mariusz

Podczas wczorajszego spaceru zastanawiałem się nad tym, czy jest ktoś kto tej zasady przestrzega. A czy ktoś w ogóle słyszał o tradycjach powiedzenia „Good deed for a day”? W internecie (ku mojemu zaskoczeniu) jest śladowa ilość informacji na temat tego ‚eventu’. Tak właściwie trudno dość do źródła, kto był pomysłodawcą, ponieważ najpierw trzeba przebrnąć przez liczne strony, które sobie dopisują udział w tym czymś, ale mało jest stron tłumaczących co to jest. A szkoda, bo mogłoby to być ciekawym świętem.

„Good deed for a day” obijało mi się o uszy od kiedy byłem mały i od zawsze wiedziałem na czym polega, ale nigdy nie zastanawiałem się jakie znaczenie to ma dla codziennego życia. Zapewne wielkie, ale kto by się nad tym zastanawiał. Zwykle kiedy wiemy, że coś się dzieje lub ktoś zmierza ku temu, aby coś się dobrego stało to przyjmujemy jedynie stanowisko obserwatora. Nieraz podsumowaliśmy sobie dzień z pytaniami co pożytecznego dzisiaj osiągnęliśmy. Niewiele tego jest, prawda? A gdyby tak kończyć dzień z postanowieniem niczym te, które narzucamy na siebie pod koniec każdego roku, z tym, że nie będą to uczynki bezpośrednio związane z nami?

Kiedyś widziałem taki film zatytułowany „Pass it Forward” („Podaj dalej”) z 2000 roku. Widzieliście go kiedyś. Chodzi w nim o to, że pewien chłopak wychowujący się w patologicznej rodzinie na prowincji Las Vegas realizuje zadanie domowe, które zlecił mu i reszcie uczniów nauczyciel (Kevin Spacey). Zadanie dość banalne, ponieważ polega na obserwacji środowiska w celu podjęcia próby zmiany tego co się nie podoba.  Przeciętne dziecko pomalowałoby ścianę budynku, inne by wykosiło trawnik przed domem, a reszta by to zlekceważyła wymyślając jakieś poboczne zadania. Ale nie Taylor (Haley Joel Osment), który za cel wybrał sobie niesienie pomocy. Zaczął realizować projekt, który mógłby być przykładem dla widza, pozwolić mu spojrzeć na pewne sprawy, które na pewno codziennie go otaczają nieco inaczej. Projekt ten polegał na dowolnym wyborze 3 przypadkowych osób, których nie znamy i zrobić coś szczególnego dla nich. Ale musi to być coś czego sami nie są w stanie zrobić dopóki nie osiągną punktu zwrotnego – dobrego lub złego – dlatego chłopiec wolał być tym dobrym, a podjął się takiej, a nie innej próby ze względu na sytuację w jakiej sam się znajduje (relacje rodziców, matka alkoholiczka, bieda, agresja, brak perspektyw itd). Oczywiście film można uznać za stratę czasu lub naiwną historię, ale magia filmów posiada sobie tą wspaniałą cechę „co by było gdyby…”, bo jeżeli sami nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić co by było, gdyby nie było limitu zaufania i do czego by to prowadziło. Tym bardziej wątpliwość budzi fakt, iż w domu chłopca pojawia się bezdomny, który tą pomocą nie gardzi, a nawet wykorzystuje jako życiową szanse poprawy czegoś. My raczej bezdomnego do domu nie wpuścimy, ale jego matka też zareagowała jak każdy z nas by zareagował, gdyby nasze dziecko sprowadziłoby beja do domu. Film do obejrzenia. Polecam każdemu kto chociaż ma chwilę wolnego czasu, a szuka alternatyw lub po prostu pomyśleć sobie nad życiem. Zwiastun podaję pod tym linkiem.

Niestety, otaczający nas ludzi i przypadki budzą wiele wątpliwości, czy projekt taki miałby jakieś zastosowanie, ponieważ trzecia, albo czwarta osoba, której pomagamy to zwykły prostak, czekający aż ktoś taki jak my się pojawi. Dlatego też film mnie aż tak mocno przekonał i nie przekona nikogo, kto stara się pokonywać życie trzeźwym krokiem. Ale to ja, poza tym straciłem wiarę w człowieka, ale i tak cisnę dalej mimo, że kiedyś mogę się na tym nieźle przejechać. Aby odnieść sukces oglądając film, należy postawić sobie warunek, iż…to jedynie film. Jednak nie wszystko co jest w filmie musi jednocześnie być fikcją, bowiem szystko zależy od nas i od tego co w nas siedzi, bo pomagać się da, tylko trzeba wiedzieć komu. Nie każdy jednak tej pomocy oczekuje, ale z doświadczenia wiem, że opłaca się pomagać zupełnie bezinteresownie. A ty, czytelniku, wiesz dokładnie o czym mówię, gdy wspominam o tej wyjątkowej satysfakcji, gdy komuś pomożemy i możemy po prostu pójść dalej. Tym bardziej, gdy to ktoś nam pomaga i idzie dalej. Czasami aż chcemy, żeby nie odchodził. I ty możesz być czyimś bohaterem.

Nie trzeba robić czegoś wielkie, ani nie musi to być ktoś kogo zupełnie nie znamy. Zawsze może to być ktoś kogo nie znamy, a najlepiej ktoś kogo nienawidzimy. Każdy przytoczyłby przykłady z życia i z dumą opowiedziałby to komuś, teraz, nawet mi, nawet w komentarzu – co kiedyś zrobiliśmy i czego nie zapomnimy, bo przyczyniliśmy się do czyjegoś szczęścia. Osobiście takimi przykładami mógłbym sypać jak cukierkami polegając jedynie na własnym doświadczeniu. Takim wydarzeniem byłby idealny przykład z zeszłego tygodnia – czekałem na przystanku tramwajowym w centrum Warszawy. Była godzina 22:55 i trochę mi się spieszyło, ponieważ tramwajem miałem dojechać do autobusu, który jest ostatnim regularnie kursującym dziennym autobusem. Napotkałem pewnego Brytyjczyka (tak wynikało z dalszej rozmowy), który zaczepił mnie, gdy słuchałem muzyki przez słuchawki. Popukał mnie po ramieniu – pierwsze co myślę to pewnie jakiś bezdomny chce na browar. Lecz widzę dość postawnego gościa w średnim wieku, automatycznie zmierzyłem go od stóp do głów, aby znaleźć element ‚ubogości’, bo zwykle tacy ludzie zaczepiają obcych. Zapytał o drogę do hotelu Marriott, który nie był aż tak daleko, ale z drugiej strony rozumiałem, że zabłądzić można dosłownie wszędzie, nawet w przejściu podziemny pod centralnym. Miałem wrażenie, że koleś walnął sobie kielicha co jeszcze bardziej odebrało mu zdolność satelitarnego poruszania się po ulicach miasta. Cóż – myślę – tramwaj ucieknie, autobus też, pojadę nocnym, ale co tu tłumaczyć, wskazałem drogę i pomyślałem, że może warto przejść się kawałek i pokazać mu chociaż, który to budynek. Więc przeszliśmy te parę metrów, a gość z wysp był bardzo pozytywnie zaskoczony pomocą (i zdolnością posługiwania się językiem angielskim), tłumacząc, że to głupia sprawa kogoś pytać o coś co jest raczej dla lokalnych mieszkańców czymś zupełnie oczywistym i co sobie taki pomyśli, gdy go zaczepia na ulicy. Chłop miał rację, bo w końcu sam go posądziłem o ‚bezdomność’ w pierwszej reakcji, a pewnie jeszcze pomyślał, że go gdzieś potne nożem kiedy zaproponowałem przejście z nim pod wskazany adres.

To tylko jeden przykład z życia, a jest ich wiele. Innym przykładem, który pamiętam sprzed paru miesięcy to sytuacja w jednej z restauracji fast-food również w Warszawie. Po złożeniu zamówienia, chciałem sobie usiąść wygodnie i przekąsić to coś, na punkcie czego ciekła mi ślinka. Siadam więc przy stoliku…i? podchodzi do mnie jakiś starszy typ, który chyba trafił do tego lokalu przez przypadek. Oczywiście sądziłem, że to jakiś emeryt proszący o kasę na kawę. Nastąpiła dziwna sytuacja, ponieważ kupiłbym człowiekowi kawę, bo wyglądał jakby naprawdę jej potrzebował, a nie wyglądał na bezdomnego, a bardziej na kogoś kto nie może sobie na zbyt wiele pozwolić przez swój skromny majątek. Kupiłbym, gdyby poprosił. Lecz on wcale nie chciał kawy, więc czego mógł chcieć od kogoś obcego? Kod do kibla? nie. Kanapkę? też nie. Czego można chcieć? „W czymś mogę panu pomóc?” – zapytałem – „ja przepraszam bardzo, że przeszkadzam, ale mam wielką prośbę (aha, przysłowiowa 5-teczka na colę? – pomyślalem), bo pan tu je, a ja stary człowiek… – i wyjmuje taką podróżną planszę do gry w szachy, ta na magnesiki – …ale czy chciałby pan zagrać ze mną w warcaby?”. Byłem w szoku i pewnie dlatego powiedziałem, że „bardzo chętnie, ale nie mogę”. Miałem wielkie poczucie winy, że to zrobiłem, ale nie była to przygotowana odpowiedź, która padłaby zanim zadał pytanie, chociaż wcale jej nie chciałem udzielić. Tak żałowałem, może nawet bym zagrał z nim. Spożywając swój posiłek obserwowałem go i zastanawiałem się co dalej będzie? Głównie przyglądałem się dlatego, że było mi go żal i mogłem go zranić odmową, a zdecydowanie nie był to ktoś kogo chciałbym zranić. Zaczepił jakiegoś studenta, na oko 20 lat, również zajadał się kanapką i frytkami. Usiedli około 2 metry ode mnie zupełnie przede mną więc obserwowałem dalej. Początkowo chłopak nie był przekonany i miał na twarzy wypisane „nie mam drobnych”, ale nie popełnił tego błędu co ja. Gdy usiedli, chłopak zaczął słodzić sobie kawę, a starzy człowiek z pasją rozkładał pionki na miniaturowej tablicy. Po jakimś czasie przyłączyła się do młodego chłopaka jego dziewczyna i widząc co się dzieje, zaproponowała kawę obcemu towarzyszowi – odmówił. „A może jakąś ciepłą bułkę?” – „dziękuję, naprawdę nie trzeba”. Obserwowałem sobie dalej tych ludzi i tak sobie pomyślałem, że na tym właśnie polega prosta pomoc, którą można udzielić uszczęśliwiając kogoś czymś zupełnie prostym – nawet grą w warcaby. Wykonując kolejne ruchy i z wielkim zapałem angażując się w grę mężczyzna był po prostu kimś kto poszukiwał towarzystwa. Może stracił żonę parę lat temu z którą grywał w warcaby i teraz szuka towarzystwa w obcych ludziach? Smutno to stwierdzić, ale wyglądał raczej na kogoś kto jest bardzo bliski swojego końca, a takich nie widujemy w biegu, w codziennych okolicznościach. Ale szczęście na jego twarzy gdy rozkładał te małe pionki jest nie do opisania. Nie jest to przykład „przysługi dnia”, ale idealny przykład jak bardzo w ludzkim zachowaniu brakuje takich wartości, aby okazać pomoc chociażby przysługą. Jeżeli nie udałoby się to przyswoić to przynajmniej miałoby się to na uwadze.

Jako człowiek w związku małżeńskim wiem, że nie będziemy pomagać tak często jak kiedyś, szczególnie, gdy nasza wybranka/wybranek nie zna zasad „podaj dalej” i zacznie być zazdrosny. Zresztą znając życie, gdy z kimś się wiążemy to całą moc dobroci skupiamy właśnie na tej osobie, więc dobre uczynki przekładają się na życie codzienne – ile razy to facet wskoczył w kuchenny fartuch i zrobił coś zajebistego tylko dlatego, bo ona jest zmęczona? A już w ogóle robi to z własnej inicjatywy kiedy w ogóle tego nie oczekujemy? Brzmi jak bajka, ale proste rzeczy naprawdę zmieniają bieg wydarzeń i jest powodem do robinia tego. Warto.

Advertisements