Decyzje, decyzje, decyzje

by Mariusz

Trochę podniosłem się na duchu w przeciągu dni nieobecności na blogu. Zacząłem jakoś żyć tym kolejnym dniem, który nadchodzi po nocach pełnych przemyśleń. Z pełną satysfakcją mogę powiedzieć, że najgorsze prawdopodobnie już za mną i czekają mnie teraz tylko te lepsze dni. Do czasu aż komuś przyjdzie mnie skrzywdzić i wzbudzić we mnie te smutki, które były dla mnie codziennością. Żyje z nimi dalej. Jakby nic się nie stało.

Czas leczy rano, jak mawia stare przysłowie. To niestety prawda. Niestety, ponieważ doświadczenia te i każde wcześniejsze nie wykazały, aby był inny sposób aby obejść te cierpienia, które wracają i dręczą co chwilę. Czas. To coś co pozwala nam dojść do siebie i zapewne wszystko ma swoje chwile ulotne zapisane przez los jako te, które wydarzą się na przykład tu i teraz, lub jutro o tej samej porze. Dużo myślałem nad tym wszystkim i opierałem się na rozmowa z bardzo różniącymi się od siebie ludźmi. Owszem, mój przypadek jest jednym z cięższych i trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – zostawiła mnie kobieta, którą nadal kocham w głębi duszy i nie wiem gdzie jest, z kim jest, co robi i czy w ogóle kiedyś ją zobaczę. Świadomie widziałem, że jestem zupełnie odłączony od środowiska, ignorowałem życie, ludzi, izolowałem się.

Wszystko można powiedzieć o tym związku, ale na pewno nie to, że był jednym z tych nieudanych. Jesteśmy młodym małżeństwem, dosłownie wszystko było (lub jest) przed nami. Ona była idealną żoną, która miała czasami gorsze dni, a ja byłem mężem, który codziennie szukał sposobu, aby udowodnić jej jak ważna dla mnie jest czasami zapominając jaką faktycznie istotną rolę spełnia w moim życiu. Więc co poszło nie tak? Coś na co wpływu nie mieliśmy – sytuacja. Nie stać nas było na dom, ciężko pracowaliśmy, życie przez to było pełne stresu i niwelowało to emocje, które z czasem przeradzały się w nienawiść. To wychodzi z biegiem czasu, że ona była dobrą osobą, która jako cudzoziemiec wcale nie miała łatwego życia i przez własną nieuwagę, zdecydowanie więcej obowiązków związanych z organizacją Euro 2012 w pracy nie zauważałem wielu rzeczy, które zauważałem od niedawna. Przestałem być dla niej oparciem w kraju, którego nie zna i miała w nim tylko mnie. Dodatkowo opuściła swój dom, w którym się wychowywała, z ludźmi, których miała przy sobie od zawsze i zwyczaje, które mogą być zupełnie inne niż tam. To ma dużo wspólnego z naszymi rodakami, którzy wyjechali za pracą na wyspy brytyjskie i wrócili, bo…brakowało im nawet polskich gazet. Błędem było przekształcenie jej tęsknoty na wrogość wobec mnie jako osoby, która nic sobie nie robi. Przez moją nieuwagę utrata jej nie powinna być czymś co trudno przewidzieć, za bardzo byłem skupiony na zmianach, na pomysłach na życie. Bardzo mocno przeżywałem fakt, iż nie mogłem podjąć odpowiedniej decyzji co do swojej kariery, która w dużej mierze odpowiadała za naszą przyszłość, bowiem celem w karierze był albo awans albo wyjazd za granicę.

Z perspektywy czasu uświadomiłem sobie, że wyjazd jest zdecydowanie tym pomysłem, który chciałbym realizować. Nieprzekonany o tym, co nas czeka za granicą po rezygnacji z pracy po 5 latach stażu nie pomagała z tą decyzją, szczególnie, że Liliia była zainteresowana nieruchomościami w Warszawie, więc do ostatniej chwili nie mogłem podjąć decyzji. Z czasem robiła się ona trudniejsza, więc zwykle nie rozmawiałem o niej, ponieważ zadręczało mnie to już wtedy, a chciałem mieć jakieś podstawy, aby powiedzieć żonie o planach. Podstawy, które chociaż pomogłyby odpowiedzieć na jej pytania. Dla mnie cel był wtedy taki, że chce wyjechać, co sukcesywnie wdrażałem w życie. Zacząłem prowadzić stałe rozmowy ze znajomymi z Irlandii na temat cen, wynagrodzeń, mieszkań, rynku pracy, nadchodzącego kryzysu, a nawet pogody, która tam jest fatalna i potrafi wywołać depresję. Kiedy ja byłem bardziej za wyjazdem, Liliia była coraz częściej nastawiona na zakup mieszkania – widziałem to, więc coraz trudniej było mi mówić o tym. Okres, w którym ona wyjechała to był okres, kiedy nie pytaniem było „czy wyjechać” lecz „gdzie trafić”. Kiedy mnie opuściła, wszystko upadło. Przestałem myśleć o wyjeździe, nie patrzyłem na oferty, nie rozmawiałem z ludźmi, którzy oferowali swoją pomoc – upadłem. Jakiś miesiąc później kiedy zaczęło do mnie docierać, że to co budowaliśmy razem runęło jak domek z kart  i walczyłem ostro, aby kolejny dzień nie wyglądał jak poprzedni, czy jak powtarzający się koszmar, na który nie miałem wpływu. Odezwałem się do jednego z dawniejszych znajomych tłumacząc mu, że nie daję rady i muszę zmienić środowisko, bo nie wytrzymam z myślami, które mnie nawiedzając co chwila. Przeprowadziłem poważną rozmowę i zdecydowałem się ponownie na wyjazd.

Przygnębiająca była myśl, iż do tej pory chciałem pojechać tam, aby poprawić sytuację w rodzinie, kupić psa, zacząć nowe życie, albo może nawet…dać komuś życie, a teraz przyszło mi podejmować decyzję pod wpływem masy negatywnych myśli, dręczących wspomnień i żalu do siebie, do świata, a nawet do niej. Ostatecznie stwierdziłem, że muszę pojechać, bo zwariuję, jeżeli będę tak dalej się prowadził. I ciążyła nade mną myśl, że muszę poinformować swoich kolegów i koleżanki z pracy, że muszę odejść po tylu latach wspólnych doświadczeń. Nawet gdybym chciał, nie policzyłbym ile osób ze mną pracuje. Zresztą kiedy się wyprowadziłem z domu, to miałem tylko tą pracę, więc ludzie z niech zastąpili mi rodzinę, a teraz przyszło mi odejść. Pierwszą osobą, której powiedziałem, że na mnie chyba czas to mój przełożony, asystent kierownika, który w ogóle mi się nie dziwi i powiedział jedynie, żebym…jemu też bym czegoś poszukał jeżeli tam już będę. Z każdym z kim później o tym rozmawiałem, zachęcali do wyjazdu, a ja nie jestem pewien czy właśnie tego oczekiwałem, bo chciałem, żeby coś mnie zniechęciło do wyjazdu, żeby coś powiedziało mi, że jestem w błędzie i powinienem został. Stało się to jedynie raz w wykonaniu kolegi, który nie cieszy się u mnie dobrą reputacją, więc zadziało to bardziej zachęcająco niż zniechęcająco. W między czasie porównywałem sobie kolejne opcje wyjazdu przez co trochę zapomniałem o małżeństwie. Żyłem myślą, że albo moja żona się do mnie przyłączy, albo nie przy czym wcale nie nastawiałem się na to, że mój wyjazd by na nią wpłynął, bo sama pewnie by mi nie uwierzyła dopóki dopóty nie byłbym na miejscu. Nie czułem, że mi ufa, ani czy wierzy mi i w w moje możliwości.

Pewnego piątku zapukałem do drzwi mojej szefowej, która jednocześnie była osobą stojącą za moim zatrudnieniem. Prywatnie wiedzieliśmy co się dzieje w naszym życiu, więc zwykle towarzyszyliśmy sobie w dobrych i złych chwilach. Dlatego informacja o odejściu była ciężka. To jak odchodzenie od rodziny, która przez cały czas zapewniała dach, a ja czułem się, że odwracam się plecami. Stosunki w pracy były na tyle dobre, że wiedziałem na ile mogę sobie pozwolić i przekazując taką informację szczerze było mi powiedziane, że to dobra decyzja dla mnie, zła dla firmy. Wyszło na to, że zostałem pozytywnie oceniony, ponieważ bezkonfliktowo chce zakończyć współpracę przychodząc z wyprzedzeniem. W tej rozmowie nie było widać nadziei, że zmienię zdanie, bo stosowałem odpowiednie argumenty, w które wierzyłem i trudno było się im oprzeć nawet pracodawcy. Na przestrzeni tych paru lat wyrobiłem sobie pewną pozycję, którą trudno będzie zostawić z dnia na dzień. Bardzo nieoczekiwanie pokłóciłem się ze współlokatorem, który powiedział mi, że muszę się wyprowadzić, ponieważ nie może pod jednym dachem z kimś, kto zupełnie nie dba o mieszkanie, nie sprząta i wypada nadzwyczaj fatalnie we wszystkim. Ale to prawda, rozstanie totalnie mnie rozbiło i zaniedbywałem większość takich rzeczy. Wyjazd jest mi pisany? Czy rok 2013 okaże się renesansem?

Po tym jak powiedziałem, że odejdę z pracy poczułem ulgę. Ze współlokatorem też sobie to wyjaśniłem, więc mam nadzieję, że nie przyjdzie mi szukać mieszkania na miesiąc kiedy aktualnie planuję sprzedać wszystkie posiadane przez siebie rzeczy. Nawet się ucieszyłem i bardzo poprawiło mi to humor kiedy sytuacja się rozjaśniła. To w końcu pierwsza od paru tygodni rzecz, gdzie czuję, że mam nad czymś władzę, wiem na czym stoję, a przede wszystkim może otworzyć przede mną zupełnie nowy horyzont. Zacząłem częściej oglądać oferty, rozmawiać z ludźmi, a spacer do pracy nie był już pełen dylematów, które łaziły za mną jak pies w porze obiadowej.

Dobra rzecz jest taka, że coraz mniej się nad tym zastanawiam i coraz bardziej zacząłem skupiać się na sobie.

Reklamy