Zaburzenia posttraumatyczne

by Mariusz

(09 października 2012, 03:36)

Jest to prawdopodobnie jeden z moich najbardziej aktualnych wpisów opisujący co się ze mną dzieje. Więc można rzec, że są dwie wiadomości o mnie – jedna dobra, druga zła. Hmm ta druga jest bardzo zła i próbowałem to przekazać mojej żonie, ale wątpie, aby przyniosło to jakąś poprawę naszych relacji, chociaż z dnia na dzień porzebuję tego coraz bardziej. Nie wiem jak, ale potrzebuję pomocy.

Jest źle i uświadamiam sobie to. Przez pierwszy miesiąc rozstania sprzątałem mieszkanie tak, aby było gotowe na powrót mojej żony. Kupowałem jabłka, cukierki. Ścieliłem łóżko, podlewałem kwiaty, starałem się skrzesić miętę, którą zrywaliśmy do robienia mohito. Przecierałem kurze, umyłem okna, a ubrania Lilii układałem tak, aby były w każdej chwili zdatne do użycia. Zwykle tego nie robiłem, ale udowodniłem, że potrafię utrzymać dom pod jej nieobecność i po części nawet to polubiłem. W pracy udawałem, że wszystko jest ok. Docierały do mnie myśli, że może nie wrócić, a nasze dialogi mniej więcej ocierały się o pesymistyczną wersję lecz starałem się nie dopuścić tych rzeczy do siebie. Jej wyjazd nie docierał do mnie, momentami wierzyłem, że nigdy nie wyjechała i w każdej chwili wróci, a nawet, że nadal jest w Warszawie. Nałożyłem na siebie bardzo trudną dietę, aby przybrać na wadze regularnie robiąc obiady, kolacje, posiłki unikając cukrów prostych i niezdrowych tłuszczów. I tak mijały dni. Gdzieś między wierszami napisałem jej, żeby wróciła, póki coś się nie przerwało.

Drugi miesiąc nie wyglądał już tak dobrze. Zresztą porównując te dwa miesiące to jak niebo i piekło. Momentu wielkiego upadku szukałbym w okolicach imienin, czyli dni kiedy pakowałem jej rzeczy i przyjąłem rodziców. Wiedziałem, że nie wróciła do mnie i kiedy cieszyłem się, że nawet nieźle znoszę ten kryzys trafiło we mnie to czego się bałem najbardziej i coś przed czym chyba ją ostrzegałem – brak wiary w siebie i wszystko co temu towarzyszy. Pewnego dnia wstałem i się przeraziłem – nie prałem pościeli, nie sprzątałem, nie podlewałem kwiatów i tak dalej. Owszem, czułem, że coś się we mnie zmienia, ale to w końcu normalne, że odbija to się na mnie psychicznie, bo w końcu przeżywam rostanie. Ale było gorzej niż myślałem, ponieważ strasznie zaniedbałem wszystko co tylko mogłem. Na parapecie leżało pełno butelek po wodzie. Pod stołem dwie puste butle, w które zwykle uzupełnialiśmy. Na regałach pełno papierków. Okazało się rówónież, że przez rozstanie zupełnie straciłem apetyt i straciłem dużo wagi. Patrzę w lustro i widzę wrak człowieka. Na podłodze leżą butelki po piwie, kartony po pizzy – stałem się czymś co gardziłem w swojej przeszłości. Obok butelek leży pranie, które robiłem w zeszłym tygodniu – nie wyprasowałem, ponieważ na stole jest pełno śmieci i jeszcze jeden karton po pizzy. Pranie przenoszę z łóżka na fotel i odwrotnie. Nie mam zupełnie siły na posprzątanie i jest mi wszystko jedno co będzie się działo. Nie wiem nawet co robię codziennie i co mi zabiera czas. Oglądam telewizję, ale nie pamiętam co w niej było. Nie jest mi smutno, lecz nie potrafię się uśmiechać. Zacząłem odczuwać dość silny ból w plecach i jeszcze większy ból w klatce piersiowej. Mimo to podchodzę do okna i patrzę na biały rower z butelką wody mineralnej na bagażnik. Jeszcze nie była opróżniona po ostatnim przejeździe. Dziś zauważyłem że pod rowerem leży bokiem mała doniczka z wysuszoną miętą, którą uparcie podlewałem parę razy w ciągu dnia. Spadła z paprapetu gdzie stoją resztki wysuszonych kwiatów – tych samych, które chciałem wspólnie pielęgnować z żoną i uparcie prosiłem, abyśmy zapoczątkowali chociaż takie życie oraz obserwować jak rośnie. I uparło. Wraz z naszym związkiem odeszło gdzieś w nieznane. Liliia powiedziała, że potrzebuję pomocy. Wierzyłem, że sobie poradzę, ale nie ta wiara rónież uschła i otwarcie przyznaję, że potrzebuję pomocy. Po prostu nie radzę sobie, nie daję temu wszystkiemu rady. To nie jest kwestia rozmawiana z nią czy nie, bo bez niej będzie równie ciężko jak samemu, albo nawet gorzej i mogę przeżyć kolejny cios jeżeli by znikła.

To wtedy zacząłem uświadamiać sobie, że to prawdopodobnie koniec końców. Nie wróci do mnie i nic tego nie zmieni. Regularnie podchodziłem do okna i patrzyłem na miasto. Nie dlatego, aby podziwiać widok, ale dlatego, że ten widok podziwiam teraz sam oraz tłumaczyłem to sobie ciągle w myślach. To już nie było „patrzyliśmy razem” lecz „patrzę sam” – niby nic, a jednak wielka różnica. Przestałem używać słowa „my” i wykluczyłem to ze słownika w zamian za stare „ja”. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale był dzień kiedy zdjąłem pierścionek ślubny, ponieważ za często na niego patrzyłem (oglądałem datę ślubu, wspominałem). Położyłem na półce, ale to nie trwało długo. Wydawało mi się, że noszenie go nie jest w porządku skoro własna żona zrobiła mi coś tak gorszącego czego do końca nie przyjmowałem jako porzucenie. Założyłem ją z powrotem nie dlatego, że jest we mnie jakieś wielkie uczucie, że żyję nadziejami, ponieważ nie wierzę już w to, ani nie widzę cienia nadziei, że to się może jeszcze ułożyć, a nawet przestałem się obwiniać za to, że związek się rozpada, lecz za to, że dałem się wykorzystać. Niemniej jednak obrączka to symbol tego, że w tym związku nie wszystko było fatalne, a w gruncie rzeczy mógłbym wymienić parę rzeczy, które się wydarzyły, są warte zapamiętania i ie niszczą mi psychiki, gdy o nich wspominam. Przypomniały mi się dni kiedy nie mogłem się doczekać, aż założymy sobie obrączki na palce w przysiędze. To co się później działo to już inna historia. Inna Liliia. Ta moja ukochana jest ze mną nadal i nie pojechała (zresztą właśnie ta część nigdy by tego nie zrobiła). Pierścionek był zdejmowany, ale wracał. Zmienił pozycję i przeniósł się na odpowiednik lewej ręki, ale to nowe przyzwyczajenie, które skłaniało, że częściej zwracałem na niego uwagę.

Parę dni temu przeżyłem poważny kryzys na zasadzie załamania nerwowego, bowiem byłem pewien, że w końcu usunę ostatni kanał komunikacyjny między nami i wykasuję swojego rosyjskiego facebook’a. W końcu moja żona mnie opuściła, jest zainteresowana swoim życiem i rozmowy między nami są dalekie od przyzwoitych. Chciałem się szybko pożegnać i usunąć konto. Pisząc do niej „ostatnie” słowa zdałem sobie sprawę, że przechodzą prze ze mnie wyjątkowo mocne emocje, nie zdawałem sobie z tego sprawy dopóki nie przetarłem twarzy ręką i zauważyłem krew. Skąd? nie wiem. Kliknąłem na znacznik „usuń konto” i zostawiłem wiadomość „byłem u tylko dla żony”. Wielkim błędem i chwytem marketingowym jednocześnie jest możliwość powrotu w dowolnej chwili i moje odejście okazało się sromotną klęską.Wróciłem, chociaż nie wiem po co, skoro nic mnie dobrego nie czeka oraz świadomie zdaję sobie sprawę z tego, że jedyne co mogę przeżyć to zacieśnianie przysłowiowej pętli na szyi. Cóż… „Zakochany bez pamięci” (link) to pierwsza myśl po pytaniu „dlaczego wróciłem?”. To był krytyczny moment, kiedy wiedziałem, że robię coś na co trzeba się zdobyć i tego czegoś mi brakowało.

Nie jestem gotów na usuwanie kogoś. Ten moment kiedyś nadejdzie, ale usuwanie go w momencie, kiedy sprawa jest jeszcze na fali nie wniesie wielkich zmian lecz jest to po prostu jedna z opcji, aby jakoś spróbować dalej funkcjonować. Po tym wszystkim padło pytanie, czy zostanę jej przyjacielem. Trzeźwo myślący człowiek powiedziałby, że to nienormalne, ale na miłość boską – to jest małżeństwo i nawet jeżeli nie ułożyło się nam, to nie ma nawet możliwości, aby zupełnie kogoś lekceważyć. Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie i to była moja odpowiedź. Przyjaźń to z jednej strony zupełnie poniżenie, a jednak jest to jakaś szansa, aby dalej ze sobą rozmawiać. Może komunikacja się poprawi? A może wtedy będziemy mogli się pożegnać. O to w tym wszystkim chodzi. Aby dokonać decyzji, musi być ona rozsądna, a w tej skali – muszę być na to gotów. Aby kogoś usunąć z życia trzeba być na to gotowym. Przyjdzie ten odpowiedni moment, kiedy emocje zejdną, a ja pogodzę się z nią, z jej decyzją, z życiem oraz ze swoimi myślami.

Dlaczego to takie trudne? Ona może tego nie rozumieć, bo to w końcu jej decyzja. Mało kto to może rozumieć obserwując mnie i zmiany zachodzące we mnie. Otóż przeżywam szok, nieoczekiwaną zmianę. Żyłem w związku dla mnie cudownym. Mimo drobnych błędów, trudnej sytuacji materialnej, która według mnie by szybko minęła, różnic jakie nas dzieliły, a które starałem się zmieniać z wolnym tempem. Dla mnie to był związek o bogatym podłożu emocjonalnym, które przeżywało swoje najlepsze momenty – zaczęliśmy się do siebie przyzwyczajać, tworzyliśmy plany, chcieliśmy wyjechać na wspólne wakacje. Mieliśmy wielkie i małe plany. Te małe to wyjazd do Kaliningradu, a te wielkie to wyjazd za granicę, aby się na stałe osiedlić. Oj tak, ten wielki plan szybko chciałem realizować uruchamiając wszelkie znajomości, zapoznając się z wszystkimi opiniami, badałem wszystkie płace i wydatki. Wspólne plany – to jedna z rzeczy, które mnie utkwiły w pewnym pudełku przemyśleń, ponieważ miałem na głowie poważną decyzję, a nazajutrz zostałem porzucony i pozostawiony sam sobie z tym wszystkim.

Mówi się, że rozstanie się jest porównywalne z żałobą – i w tym i w tym przypadku tracimy kogoś ważnego, kto zabiera nam zakorzenione w nas uczucia. Ewa Wojtyła, psycholog i lekarz dla czasopisma „Cogito” (link do artykułu) w swoich wypowiedziach bardzo trafnie opisała sytuację zachodzącą w nas po rozstaniu co faktycznie pasowałoby do utraty kogoś przez śmierć.

Reklamy