„Zabić wspomnienia” („Reign over me”)

by Mariusz

Moje ostatnie wpisy nie sprzyjają powodzeniu w życiu i wiele moich wypisanych wpisów to wypociny kogoś kogo można nazwać mięczakiem, słabeuszem albo i gorzej. W każdym razie negatywnie. Parę dni temu pierwszy raz pękłem i opowiedziałem moje problemu komuś z przeszłości z kim nie mam stałego kontaktu. To jedyna osoba, której powiedziałem wprost, że nie układa mi się w małżeństwie i podałem konkretne powody dlaczego tak się dzieje. Nie da się tego trzymać w sobie, nie da. Jestem żywym dowodem, że tłumienie tego i czekanie na lepsze dni potrafi odebrać możliwość zdrowego myślenia. Oczywiście nie przyznałem się ot tak, że jest źle lecz uznałem to w pewnym etapie rozmowy. Nie mówiłem nikomu, bo (jak już wspominałem) jest to etap związku, w którym prawdziwe piękno powinno rozkwitać. Dzisiaj jest rocznica przedostatniego dnia kiedy spotkaliśmy się w Moskwie i jestem tu sam, piszę posta, a ona? nawet nie wiem gdzie jest, z kim jest i co robi. Dlatego tym trudniej jest żyć dalej z myślą, że zamiast się rozwijać, przerwano wszystko w momencie nabierania tempa. I tak też czułbym się, gdybym miał komuś mówić, że jest źle, bo kojarzyłem takiego kogoś jako kosz na brudy i nikogo nie chciałem urazić jeszcze bardziej. Fakt faktem, nie lada przyjacielem trzeba być, aby utrzymać wagę takiej rozmowy. Przyjaciele w takich momentach są ważni, są lekiem, a naszym zadaniem jest znalezienie nie tylko tego, który wysłucha, ale też tego kto wyda nam się odpowiednim kandydatem, a wskaże go popękane serce w porozumienie z rozumem. Byłem w dużym błędzie aż do chwili kiedy poczułem, że ktoś mnie rozumie i dzięki temu nie czułem się osamotniony. Temat wpisu nawiązuje natomiast do pewnego filmu, który widziałem spory czas temu. To jeden z tych, z którymi możemy się interpretować po poważnej stracie. Skoro ustaliliśmy, że zerwanie może być zbliżone do żałoby to jest to właśnie idealny przykład, gdzie człowiek przeżywa szok po utracie kogoś najbliższego zupełnie w nieoczekiwanym momencie. Postać Adama Sandlera zwykle pojawia się w rolach trudnych. Nawet jeżeli jest to komedia to i tak mają one podłoże z silnym ładunkiem emocji. Poznałem go przez „Click”, gdzie miało być śmiesznie, a było zupełnie inaczej. Tutaj wiedziałem, że temat tyczy się czegoś poważnego, więc z niecierpliwością czekałem na odpowiedni moment, aby zupełnie mu się oddać oraz swobodnie lewitować w fabule. Co ma film do tematu? otóż odkryłem w nim pewną mistyczną rolę, którą odgrywa przyjaciel. Ten szczególny. Przy okazji wyjaśni się dlaczego jest taki szczególny.

Film opowiada historię Charliego Fineman’a. Ot zwykły szary człowiek, którego poznajemy w momencie, gdy na ulicy minja go jego dawny znajomy, z którym od dawna urwał kontakt (bezkonfliktowo). Od tej minuty doświadczamy specyficzne zachowanie Charliego w taki sam sposób i na różnych płaszczyznach jak poznaje go jego przyjaciel. Wydaje on się nieco niewyraźny, zamknięty, odizolowany. Wyobraźmy sobie na przykład pracownika nocnych zmian po tygodniu harówki – obraz podobny. Alan idzie w zaparte i stara się go otulić entuzjazmem lecz bezskutecznie. W następnych scenach zauważamy, że Charlie otwiera się i udostępnia mu nadzwyczaj istotne jak się później okazuje fakty. Otóż prawda jest taka, że Charlie zmaga się ze samym sobą, jest jednym z setek tysięcy ludzi, którzy stracili swoich bliskich w tragicznych (nieoczekiwanych) okolicznościach. Niegdyś szczęśliwa głowa rodziny, wierny mąż, dumny ojciec dwóch córek to nikt inny jak wdowiec pozostawiony po śmierci swojej rodziny, w wyniku ataków 11 września 2001 roku na wierze World Trade Center jako pasażerowie. Rola Alana okazała się istotna o tyle, o ile jego rodzina od dawna starała się dotrzeć do niego co zilustrowało to sytuację, iż od lat Charlie nie utrzymuje najlepszego kontaktu z teściami, rodzicami i znajomymi. Alan staje się tym, który pojawił się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Dowiaduje się o tym jednak z chwilą, kiedy pojawił się temat „rodzina” i co naturalną koleją rzeczy jest atak szału, wybuch nieporadnego Charliego. Padło pytanie „kto cię przyszłał?” czego Alan zupełnie nie rozumiał i nieświadomie dolał oliwy do ognia, dlatego reakcja przyjaciela, którego odkrywał na nowo okazała się tak nagła. Zaniepokojony kolega zwrócił się do rodziny, która nie dowierzała, że odizolowany do tej pory Fineman nawiązał z kimś kontakt, gdy zwykle nie dopuszczał nikogo do siebie.

Dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że dzięki temu filmowi przejrzałem na oczy. Wiem dlaczego powiedziałem to akurat tej osobie i co wyróżnia tą osobę wśród innych. Przede wszystkim, bo nic o mnie nie wie. Bo nie mam z tą osobą złych wspomnień. Trudno jest opowiadać o bólu komuś kogo widujemy codziennie, bo ci nie będą tego rozmieć przez nasz pryzmat polegając jedynie na naszej opinii. Tak było z Charliem i tak było ze mną. Trzymałem w sobie ból, z którym żyję już dwa miesiące i nie mogłem znaleźć odpowiedniego sposobu, aby to z siebie wyrzucić. Tak samo ja jak i każdy inny cieszyłby się, że mógł w życiu spotkać kogoś, kto kiedyś odegrał pewną szczególną rolę, a dziś podnosi na duchu samą obecnością. Filmowi bohaterowie spędzają ze sobą czas beztrosko nadpisując wspomnienia co jest terapią dla załamanego Charliego. To nie zmienia życia i stylu. W tym przypadku mam wiele wspólnego z głównym bohaterem – opuściliśmy coś w życiu, kogoś nagle nie ma, bez zapowiedzi, w chwili kiedy planowaliśmy coś. Ja planowałem wyjazd do Łeby na wakacje, wyjazd za granicę, uczcić rocznicę spotkania, ale również proste rzeczy jak naprawa hamulca w rowerze żony co wymagało zakupu specjalnej części. Zatrzymałem się w czasie, tak samo Charlie, który remontował kuchnię. I remontował ją wielokrotnie, ponieważ był to jego cel zanim się stało to coś. Tak samo ja naprawiałem rower i stoi, czeka na przejażdżkę. Lecz wystarczy spojrzeć na najprostsze przyzwyczajenia, mianowicie od pewnego czasu chodzę do sklepu po produkty, które po powrocie do domu układam i..i nigdy ich nie używam. Wyrzucam i kupuje kolejne. Sytuacja się powtórzyła parę razy – kupiłem 2 kg bananów i położyłem na widoku, aż w końcu się ich pozbyłem podobnie jak jabłek w koszyku, czy całej zawartości lodówki. To symbole, których pełno w filmie. W filmie bohater stracił rodzinę w samolocie, więc niedługo by się z nimi widział, w zamian dostał informację od obcej osoby o tragicznym losie. Ja czekałem na powrót żony, kiedy tam mi patrzyła w oczy oraz zapewniała, że wróci i to w takim logicznym tonie pozostawiając mnóstwo dokumentów i odzieży. Fineman opowiedział swoją historię zaraz po wyjściu od psycholog (Liv Taylor), gdzie miał wyraźny wybór między nią, a przyjacielem w poczekalni. To czyni wszystko bardziej skomplikowanym, ponieważ specjalistka również nie spełniała postulatów, aby przekazać bolesną prawdę, którą trzyma w sobie – bo każdy spełnia tą specjalną, inną rolę.

Oglądając film doszukałem się wielu wspólnych wątków. Między innymi poczułem się swojsko i w trakcie filmu wiedziałem, że moje myśli podążałem wraz ze scenariuszem, który mnie doskonale rozumiał i opowiadał historię, która nie była naciągana. To interpretacja walki wraku człowieka, którym jest Charlie wobec świata, który z pozoru jest normalny, ale dla głównego bohatera stał się torem przeszkód. Podczas moich rozterek z żoną, o których nie miałem zielonego pojęcia dlaczego w ogóle istnieją i co automatycznie wzbudziło we mnie instynkt walki o swoje doszukiwałem się błędów we wszystkim co się pojawiało w naszym wspólnym ognisku domowym. Mimo to starałem się nie dopuszczać nikogo do naszych problemów, aby przez przypadek nie obwiniać kogoś postronnego. Pakując jej ubrania przekonywałem się, że żona nie kłamała i chciała wrócić, lecz coś nagle zmieniło ją w Mr. Hyde’a, więc obwiniłem jej środowisko, jej rodziców. Rodziców, którzy wychowują dziecko po długim okresie niewidzenia się łatwiej zrozumieć, więc jeżeli nie winię ich za to, że odebrali mi ją to winię ich za to, że nie przekonali jej o znaczeniu słowa rodzina. Charlie przechodzi swoją prywatną wojnę z teściami, których drogi skrzyżowały się przez gmach sądu. W tej istotnej scenie widzimy bardzo mocno dającą do pomyślenia definicję przedstawioną przez sędziego (w tej roli genialny Donald Sutherland), który załatwił sprawę zaocznie, że to sprawa rodzinna zaraz po tym jak przerwał rozprawę obserwując załamanego człowieka silnie szargającego się ze swoimi myślami uciekając przez słuchawki z muzyką do swojego świata, ponieważ nie może znieść kolejnej rozmowy o rodzinie na sali rozprawa opiewającej w rozpoznanie ze zdjęć oraz opisu sytuacji. Po rozprawie widzimy bardzo mocną scenę, w której Charlie w końcu zdecydował się powiedzieć coś do teściów. On – ubrany niezbyt świeżo, z roztarganymi włosami, parodniowym zarostem i słuchawkami, które pozwalają mu odizolować się od otoczenia – jakbym widział siebie. Podchodzi do przytulonych teściów i nie może się zdecydować, czy powiedzieć coś czy nie. Trudno się dziwić, bo i tak mogą nie rozumieć, a on sam wie najlepiej co mu leży na sercu.  Cofa się, bo chce to mieć wyjaśnione i… „don’t need to talk about her or look at pictures… ’cause the truth is, a lot of times, I see her… on the street. I walk down the street, I see her in someone else’s face… clearer than any of the pictures you carry with you. I get that you’re in pain, but you got each other. You got each other! And I’m the one who’s gotta see her and the girls all the time. Everywhere I go! I even see the dog. That’s how fucked up I still am! I look at a German shepherd, I see our goddamn poodle. All right…”, czyli:

„nie ma potrzeby, aby mówić o niej czy patrzeć na zdjęcia… bo prawdę mówiąc, dużo, widuję ją… na ulicy. Idę ulicą i widzę ją na twarzy obcej osoby… wyraźniej niż na dowolnym zdjęciu, które nosicie ze sobą. Rozumiem, że czujecie ból, ale macie siebie. Macie siebie! I to ja jestem tym, który musi ją oglądać i dziewczynki na okrągło. Wszędzie gdzie tylko pójdę! …Nawet gdy widzę psa. Dokładnie tak mam nadal popieprzone. Patrzę na owczarka niemieckiego, a widzę cholernego pudla. Ok…”

Po czym się pożegnał pokojowo. I tak by to mniej więcej było. Facetowi się zupełnie zawaliło w środku i stracił kontrolę nad sobą, którą łatwo stracić, a odzyskać można po tygodniach, miesiącach, latach… być może nigdy. On miał okazję powiedzieć coś rodzicom, którym brakuje dzieci i mają o nas średnie zdanie oferując dzieciom swoje warunki pozbawiając nas życia w swojej rodzinie, którą utworzyliśmy wspólnie. Lub straciliśmy kogoś z innego powodu. W filmie pojawia się również wiele dodatkowych symboli takich jak nałogowe granie w „God of War”, co miało pokazać sakralne stosunki między bohaterem, a Bogiem. Zresztą nie jest to wielkie zaskoczenie, ponieważ każdy z nas przechodzi jakieś specyficzne terapie, które sobie wymyślamy. Przyznam się szczerze, że również zacząłem zwracać się do Boga i proszę o wybaczenie, że mam sprawę, gdy jest źle. Charlie inaczej podszedł do tematu, ponieważ „God of War” jest wyjątkowo brutalną wersją rozprawiania się z bóstwami. Film jest oparty na faktach, jeżeli ktoś nie dowierza w opowieść lub oceni ją z góry, to należy mieć na uwadze, że ktoś siedzi w tym cholernym pokoju i żyje na marginesie. Dzieło jest bardzo poważne, dotyka ważnych problemów i pozwala odnaleźć się w natłoku problemów. Przede wszystkim idealnie zobrazowało stare przysłowie, że przyjaciół poznajemy w biedzie. 

Zwiastun można znaleźć pod poniższym adresem, a dla osób, które się wahaja zapraszam do ogladania.

http://www.youtube.com/watch?v=sRiqz_WnYxc

Nie ma się co łamać. Jeżeli jestem kimś kto upada, to pocieszeniem może być, że dziś „upadać” będzie pewien śmiałek, który chce przeżyć lot z 36,5 kilometra i pobić rekord.

Advertisements