Imieniny

by Mariusz

(21 września 2012]

Trochę inaczej sobie wyobrażałem ten dzień. Miałem gdzieś w myślach wizję toastu z bliską mojemu sercu osobie – z Lilią. Jakieś świece, dobra kolacja w ładnej restauracji. Jakiś romantyczny klimat we dwoje. Niestety niewiele się zmieniło. Właśnie leżę zanurzony w łóżku i piszę tego posta słuchając muzykę z jej profilu. Nie ma ona sentymentalnego znaczenia, po prostu jest dobrze dobrana.

Prawdę mówiąc od paru dni wiedziałem, że nie przyjedzie do mnie, szczególnie, że podróż trwała by dłużej niż nasza ostatnia wymiana wiadomości na vk. Nieźle się rozchorowałem ostatnio, więc korzystając z dnia wolnego czekałem na tym portalu z nadzieją, że dostanę jakąś wiadomość od niej. Tymczasem na skrzynce pocztowej nic takiego się nie pojawiło. Nic się nie pojawiło, nawet głupie ‚cześć’. Czyli mogę powoli spodziewać się, że Liliia zupełnie odstawiła mnie na bok, bo jestem pewien, że jej charakter nie pozwoliłby sobie za zapominanie. Jest godzina 18:50, widzę, że jest online, ale nic nie pisze. U nich jest już 22:50, więc nawet dziwne, że jeszcze nie śpi. Jedno jest pewne – nie napisałaby mi życzeń. Oczywiście nie o życzenia chodzi tylko o sam fakt, że jakoś nieszczególnie mnie już zauważa. Więc wyszło na to, że to ja zrobię ten pierwszy krok.

Nie wyszło to na dobre, bo rozmowa znów kręciła się dookoła znienawidzonego nawet przeze mnie tematu fatalnych relacji jakie są między nami. Zresztą po to założyłem bloga, aby dać tego typu rozmową już spokój. Tym razem pierwszy raz pozwoliłem sobie na luźne obrzucanie się winą. Przestałem w końcu wierzyć, że nic się nie stało i że jakoś będzie dalej. Stało się dużo, o wiele za dużo, żeby przechodzić obok tego obojętnie. Ostatnio dzieje się naprawdę bardzo źle i nie wiem czy w ogóle są jakieś szanse, że się kiedyś zobaczymy poza rozprawą sądową – i tego nie jestem pewien, bo takie podróżowanie chyba też da się obejść przez jakieś różne sposoby. W końcu byłem zupełnie szczery wobec Lilii. Powiedziałem wprost, że ktoś tu jest winien upadkowi tego związku i nie jestem tym kimś na pewno ja. Nie jestem nawet pewien, czy to jej wina, chociaż jako osoba bezpośrednia nie podejmowałaby decyzji nieprzemyślanych, więc jest to częściowo jej wina. Moja jednak ona nie jest, bo byłem gotów podjąć życiowe decyzje, nawet te silnie zakorzenione we mnie, aby coś polepszyć, albo chociaż spróbować polepszyć podejmując przy tym ryzyko straty równowagi. Według niej było za późno. Według mnie nigdy nie jest za późno, ani za wcześnie, decyzji takich nie podejmuje się pochopnie. Skoro ona nie dała mi tej szansy, to musi coś za tym stać i żadna wymówka tego nie ukryje. Według mnie rodzice na nią dużo naciskali, czego mogę teraz żałować, bo pamiętam, że na początku znajomości ucięła na parę dni kontakt z rodzicami. Może już wtedy jej coś mieszali w głowie,  ale jeszcze potrafiła się odciąć od głosów z przeszłości.

Ale nie mogłem ukrywać mojego żalu do całej tej sytuacji. Zacząłem stosować zdrową dietę, która jakoś nie idzie w parze z nerwami i… straciłem parę kilogramów. Niewiele, ale zamysł był taki, aby przytyć, a nie chudnąć jeszcze bardziej. Sytuacja ta negatywnie się odbijała na moim zdrowiu, jednak nie chciałem martwić tym Lilki. Wolałem robić dobrą minę do złej gry, żeby czuła się jakby miała do kogo wracać. Szczerze to nie jestem pewien, czy chciałbym, żeby zastała widok jaki obecnie reprezentuję. Na początku owszem, jakoś sobie radziłem, sprzątałem, a nawet kupowałem świeże jabłka do koszyka na stół, którymi zwykle się częstowaliśmy. Gdzieś w pewnym momencie dotarło do mnie, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli. Jabłka gniły, bo ich nie ruszałem. Podczas jednych z poranków zauważyłem, że na parapecie stoją już cztery butelki po odżywce, która uzupełniała mi dietę. Dzisiaj dla przykładu sobie uświadomiłem, że zapomniałem wyjąć z plecaka posiłek, który przygotowałem sobie do pracy 3 dni temu i do teraz boję się zaglądać do niego. Straszne, prawda? Ja o tym doskonale wiem jak każdy kto to czyta oraz jestem mocno zaniepokojony reakcjami, które we mnie zachodzą. Pierwszy raz przeraziłem się kiedy obrączka ślubna, którą nadal noszę po prostu zsunęła się z palca. Kiedy pierwszy raz zakładałem ją na palec jeszcze zanim nastąpił ślub to idealnie trzymała się bez ruchu.

Dlatego dzisiejszy dialog mimo nawiązywania do często poruszanego tematu wyglądał nieco inaczej. Bardzo kiepska sytuacja rodzinna wyraźnie zrujnowała mi życie. Może ma to wpływ na to, że zachorowałem? Przecież mnie praktycznie nigdy nie łapią choroby… No nic. W dialogu wywaliłem ciężar odpowiedzialności niepowodzeń w związku. Jasne, łatwiej byłoby żyć dalej ze swoją ukochaną i śmiać się z przeszłości, ale co zrobić kiedy żona oczernia za wszystko co się stało. Mało tego, kiedy ja oczekuję rozmowy na poziomie na temat przyszłości, spróbować to naprawić, to jeżeli nie mówi, że „za późno” to przytacza jakąś zupełną bzdurę. Dzisiaj na przykład zapytała dlaczego kupiłem jej grzane wino, kiedy przyjechała jej mama, ponieważ teraz dokucza jej, że jest alkoholiczką. Czy ktoś mi jest w stanie wyjaśnić kim trzeba być, aby uznać własne dziecko, które dostało od swojego męża grzane wino do pizzy za alkoholika?! I jakie to miało znaczenie w naszej obecnej sytuacji? Przecież nie może mieć to wpływu na tak drastyczne decyzje. Według mnie tam się dzieją jakieś dziwne rzeczy, gdzie umysł mojej ukochanej jest poddany czegoś w rodzaju prania mózgu. Bądź co bądź nawet dla niej ten ostatni miesiąc musiał się ciężko odbić na zdrowiu, więc męczenie jej psychiki i zadręczanie mogło być proste w wykonaniu ludzi z najbliższego otoczenia.

Na czym się skończyło? Chyba powiedziałem coś czego oczekiwało ode mnie moje zdrowie, chociaż serce może mi tego nie wybaczyć. Sugerowałem, że wizja biednego życia jest moją sprawą i nie może być traktowane jako argument do rujnowania czyjegoś życia. Oczywiście nie żyje w biedzie tylko żyję jak na typowego polaka ze średnią pensją przystało. Zresztą skoro chciałem już wcześniej wyjechać poza granice kraju, to powinno jej to jakoś dotrzeć do rozumu kiedy tu jeszcze była. Oczerniłem każdego, kto może czuć się dumnie ze zrujnowania nam życia i naszej rodziny jakby to było czymś gorszym niż w przypadku naszych rodziców, którzy zaczynali w podobnych warunkach czy gorszych. Według mnie to jej rodzice są winni tego nieszczęścia i niewiele zrobili, aby jej pomóc, a jedynie przyczynili się do tej katastrofy niszcząc swojej córce jej nowo założoną rodzinę już w początkowych fazach rozwoju.

Oznajmiłem, że jest to chyba ten moment, kiedy powinienem spakować jej osobie rzeczy, które pozostawiła za sobą jakby faktycznie miała wracać, albo zapomniała spakować. Albo nie mogła już spakować więcej. Od jakiegoś czasu się do tego przymierzałem, ale miałem ten sam problem co każdy inny – spakować je czy pogodzić się z nimi? Pogodzenie nie szło mi najlepiej, bo zwykle kończyło się głębokim przemyśleniem, retrospekcją i łzami w oczach. Dzisiaj podczas rozmowy znów płakałem mocno tłumacząc, że nie mogę się pogodzić z takim stanem rzeczy, że to się zdarzyło własnie mi – człowiekowi, którego jedynym marzeniem było ożenić się i mieć wybrankę przy sobie. Nie rozumiem dlaczego mi to zrobiła skoro wiedziała, że to się na mnie i na mojej psychice mocno odbije. Na koniec powiedziałem jej, że wolałbym ją pamiętać jako kochającą żonę, która idealnie spełniała swoją rolę niż jako osobę na którą się teraz kreuje. Nie wiem jak będzie wyglądać dalszy kontakt i czy będzie on trwa, ponieważ odległość i czas nie tylko goją rany, ale zabijają to co nas łączyło – tego się obawiałem najbardziej od kiedy powiedziała mi, że nie wie kiedy wróci. Oby opamiętała się zanim po naszym związku zostaną jedynie wspomnienia.

Co dalej? Nie wiem. Wiem, że muszę zacisnąć zęby, bo czeka mnie pakowanie wielu przedmiotów bogatych we wspomnienia. Ale daje sobie słowo, że nie będę robić wyjątków i nie będę się rozczulać nad sobą. Tylko czy te wszystkie przedmioty się do czegoś zmieszczą….?

Advertisements