Aftershock (wstrząsy wtórne)

by Mariusz

(26 września 2012)

Pakowanie nie wyszło tak dobrze jak mi się wydawało. Nie zdołałem spakować wielu rzeczy, bo trudno rozgraniczyć co jest jej, co jest moje, a co jest wspólne. Gdybym miał bardzo zadbać o szczegóły, to musiałbym spakować wszystkie ciuchy, które kupiłem za jej rekomendacją. Odzież jest akurat przykładem tego, że świadomość bywa uśpiona – od kiedy jej nie ma ze mną i tak nosiłem je bez chwili zastanowienia skąd je mam i jaka jest ich historia. Może więc da się z nimi żyć. Co z tego, że jestem jednocześnie wściekły i również tęsknie? Dzień kiedy się z tym pogodzę, będzie tym dobrym.

Zacząłem pakować przeddzień odwiedzin moich rodziców. Gdyby przyjechali samochodem, zapakowałbym jej przedmioty do bagażnika i byłyby w bezpiecznym miejscu oraz sam czułbym się spokojniejszy. Pakowanie było nieuniknione, bo jest częścią porachowania się z przeszłością, którą z każdym dniem nienawidzę coraz bardziej, wspomnienia, które mi towarzyszą działają mi na nerwy i nie dręczą mnie tak jak dawniej – przestaję czuć sentyment.

[22.09.2012] Budzi mnie sygnał telefonu. To tata, pewnie chce powiedzieć, że już wyjechali z Szamotuł. Śpię dalej, ponieważ poprzedni wieczór związany z pakowaniem niesamowicie mnie zmęczył. Dzwoni drugi raz, wtedy już mi się nie chciało tak spać. Mówi, że są już w Sochaczewie. Sochaczew przecież jest blisko, więc z logistycznego punktu widzenia jest to niemożliwe nawet, aby byli o 11:30 na Centralnym, jeżeli jest 10:00. Okazało się, że mama podała mi złą godzinę przyjazdu. Odebrałem ich około 11:00 ze złotych tarasów. Ale co to? Mój tata, bez wąsów? po 30 latach zgolił wąsa? I było mu  z tym nawet dobrze, nie tylko wyglądał młodziej, ale czuł się też lepiej. Całe szczęście, że choroba mi przeszła, bo kiepsko się zapowiadało jak na jeden z bardzo nielicznych przyjazdów moich rodziców do stolicy. I pierwszy od wielu lat przejazd pociągiem przez mojego tatę. Miałem prosty plan – pojechać do Wilanowa (również nigdy tam nie byłem), następnie do Łazienek Królewskich, Stare Miasto oraz posiłek w stylu T.G.I. Friday’s.

Do Wilanowa dojechaliśmy autobusem 519. Parę lat w hotelu w końcu na coś się przydało, nie musieliśmy szukać drogi jak tam dojechać, ponieważ tłumaczę ten odcinek klientom niemal codziennie. Pogoda nie sprzyjała. Zresztą deszczu nie mieliśmy od bardzo bardzo dawna. Pierwszy przystanek – Wilanów. Moja mama zawsze była wielbicielką kwiatów, więc ogród wilanowski byłby dla niej idealny, lecz ani pogoda ani fakt, że obiekt życzył sobie zakupu biletu wstępu na zamkniętą część skutecznie nas zniechęciło do dalszego zwiedzania tych rejonów. Chociaż gdyby pogoda była lepsza to może bym się skusił na bilet. W końcu rodzice nie odwiedzają mnie często. W ten dzień mijało się to z sensem, szczególnie, że tata trochę tracił humor. Bywa u niego tak, że tracił swój blask, tylko wcześniej widziałem go w podobnym stanie zanim poznałem Lilię. Mam nadzieję, że nie to akurat nie to, że nie myśli o tym i zostawi cały problem mi.

Po Wilanowie przyszedł czas na Łazienki. Z tej części zrezygnowaliśmy, ponieważ pogoda była wyjątkowo kapryśna. Byliśmy bardziej zainteresowani zwiedzaniem suchych okolic, a w Łazienkach nie ma za bardzo możliwości schować się, gdyby napadłaby nas kolejna ulewa. Dojechaliśmy więc do Placu Trzech Krzyży. Chciałem tacie poprawić humor, więc pokazałem mu salon Ferrari i miałem rację – samochody to strzał w dziesiątkę. Mama powiedziała, że napiłaby się dobrej kawy. W planie miałem kawiarnię i zupełnie nieprzypadkowo decyzja padła Costa Caffee – to w tej sieci piłem kiedyś herbatę z Lilką, dlatego w ten dzień, który był dniem spotkania się bliskim osób w mieście, które ktoś poznaje na nowo. Ku mojemu zdziwieniu, rodzice nie zamówili nic w kawiarni, a decyzja ta padła przy kasie. Ostatecznie tylko ja kupiłem herbatę, tata wyszedł z lokalu, a mama usiadła ze mną. Coś było nie tak, może wyolbrzymiam to, ale nie szło zupełnie idealnie. Poczęstowałem mamę herbatą. Czułem się lepiej w ten sposób, że mama się nie zadręczała. Kiedy ją kończyliśmy, tata wrócił. Nie wiem gdzie był w międzyczasie, o czym myślał, ani co w ogóle nim zawładnęło.

Przemierzaliśmy Krakowskie Przedmieście. Zerknąłem z pewnym wspomnieniem w stronę ulicy Oboźnej, gdzie była restauracja, w której kiedyś szukaliśmy pracy dla Lilii. Byliśmy tam kiedyś razem i razem przemierzaliśmy te uliczki w głębi. Pogoda bardzo przypominała tą dzisiejszą. Często miewam takie klipy z pamięci, które nie są szczególnie podatne na kontrolę. Pojawiają się, mijają. Czasami zostają na dłużej. Z rodzicami doszliśmy do Pałacu Prezydenckiego, a mi pierwszy raz chyba udało mi się przejść obok Hotelu Bristol bez przypominania sobie, że kiedyś staliśmy u jego progu, aby zobaczyć z żoną, piłkarzy Reprezentacji Rosji. To już sukces. Dotarliśmy do kościoła Św. Anny, gdzie odbywał się ślub. Przed kościołem stał zabytkowy Citroen, z którym koniecznie trzeba było zrobić sobie zdjęcie. Był piękny, stary, ale w stanie idealnym. Następnie staliśmy pod kolumną Zygmunta przy Zamku Królewskim, z którego widać Stadion Narodowy. Muszę wspominać coś o Stadionie? Chyba nie warto. Tak samo jak nie warto mówić o słynnych kamiennych schodkach przy ulicy Bugaj. Sugerowałem rodzicom, aby zjeść coś w Kampanii Piwnej, ale tam jak zwykle był tłum ludzi czekających na stolik, więc zrezygnowaliśmy i pomykaliśmy w stronę T.G.I Friday’s. Wahałem się czy pokazać rodzicom Instytut ds. Cudzoziemnców, który był na początku jak nas drugi dom. Ostatecznie nie pokazałem go i chyba to była dobra decyzja, aby iść naprzód. Po drodze mijaliśmy skarpę, na której kiedyś nasze oczy były skierowane na cudowne logo Euro 2012 udekorowane z kwiatów. Po logo został tylko wielki ciemny kwadrat jakby wycięto go za pomocą nożyczek. Nic nie trwa wiecznie, Euro się skończyło, a piosenka przewodnia Endless Summer w wykonani Oceany to tylko wprowadzenie nastroju. Tak samo było z moją żoną i mną. Trwał mecz kiedy piłka była w grze. Tego lata zakończyło się coś więcej niż mistrzostwa europy w piłce nożnej, przynajmniej wg mnie.

T.G.I Friday’s również nie zrobił szału. Mama zamówiła zupę pomidorową, a mój tata piwo. Ja sobie pozwoliłem na burgera i Electric Lemonade. Strasznie pogorszył się ten lokal, a ceny nadal są zdecydowanie za wysokie, chociaż koszt drinka akurat wyjątkowo nie był przesadzony. Było już późno, a rodzice nie mieli gdzie nocować. Nawet w hotelu Tina, który jest przy Tesco nie było wolnych miejsca poza jednym pokojem jednoosobowym. Rodzina, z którą mieliśmy się spotkać przygarnęła rodziców na noc. Mieliśmy ich odwiedzić, ale bardzo niezręcznie jest pytać kogoś o nocleg skoro nie widziano się parę lat. Ciocia Krysia i wujek Andrzej to starsze państwo, których córka wyprowadziła się jakiś czas temu, dlatego nie mieli nic przeciwko, aby rodzice zostali tam na noc. Swoją drogą nie sądziłem, że moja rodzina mieszka tak blisko mnie. Posiedziałem tam trochę i poczęstowałem się winem domowym z winogron, ale za to straciłem głos – czy mogło być gorzej? Do domu wracałem dość późno, a autobus, którym jechałem dojeżdżał jedynie do osiedla Górczewska – całą drogę poświęciłem na rozmowie ze samym sobą. Następnego dnia odebrałem rodziców od rodziny, gdzie oczywiście byłem proszony o przybycie na kawę z moją żoną. Dzień, w którym poznaje się rodzinę na nowo nie może być dniem kiedy kolejna gałąź drzewa genealogicznego przeżywa poważny kryzys o pokaźnej skali tym bardziej, że Ania (kuzynka) niedługo będzie miała ślub. Inna sprawa jest taka, że opowiadanie o swoich problemach nie jest czymś co chwalę, więc sam też tego nie robię. Poszliśmy z rodzicami do Muzeum Powstania Warszawskiego. Wbrew pozorom nie było to trafne miejsce – rodzice się spieszyli, kolejka na seans „Miasto Ruin” było cholernie długa, więc niedziela była czasem pożegnań co czuć było w powietrzu. Chciałbym powiedzieć coś pocieszającego, przekazać dobrą wiadomość. W dobie tak wielu decyzji, faktów, które poznaje każdego dnia i nadal nie jestem pewien co przyjdzie jutro.

Reklamy