Nasze pożegnanie

by Mariusz

Wracając od Niny dopisywał nam humor, który towarzyszył nam do następnego dnia. Kiedy wstaliśmy rano, chcieliśmy zwiedzać do upadłego. Podstawowym celem była karta pokładowa, którą musiałem wydrukować, ponieważ mój lot jest bardzo wcześnie. Wstaliśmy dość późno, więc zastało nas pukanie do drzwi – była to pani sprzątająca. Przez moje nawyki z pracy chciałem podziękować Pani, ale jedyne co mogliśmy powiedzieć to dziękujemy i dała sobie spokój. Wolałbym powiedzieć to wprost, łagodnie, z uśmiechem, ponieważ szanuję ludzi pracy i wiem, że nie mają łatwo. Wybraliśmy się do miasta naszą regularną ścieżką. Pogoda nie była już tak dobra, chociaż nie padało. Drzwi od metra chodziły równie ciężko jak przedtem, bramki wydawały nadal dziwną melodyjkę, gdy ktoś przez nie przeskakiwał a mundurowi nie reagowali, a jedynie przyglądali się sytuacji, w podziemiach uliczni grajkowie umilali czas przechodniom, a ja miałem już coraz bardziej dość metra, tłoku i wjeżdżania i zjeżdżania schodami. Po drodze widziałem milicjanta, który podpierał się o barierkę. Czapkę miał założoną w typowym rosyjskim stylu, czyli odsłaniającą czoło. Grubasek wciśnięty w mundur przyglądał się ludziom w pozycji relaksacyjnej. Czy jest to osoba, której można zaufać? tusza i charakterystyczny tatuaż za uchem zupełnie niepasujący do całości trochę wzbudzał moje wątpliwości

To nie był dobry dzień, a przede wszystkim był źle rozplanowany i ponoszę całą odpowiedzialność za to. Chociaż zwiedziliśmy sporą część miasta, również miejsca, które spotkaliśmy wcześniej. Nie pamiętam dokładnie drogi, ale zwiedziliśmy ponownie gum, gdzie zjedliśmy obiad. Z tego miejsca przeszliśmy do Cerkiewu nazywanego przez nas Aladynem, a pod nim był człowiek, który załatwiał swoje sprawy pod płotem zupełnie nie przeszkadzając sobie. Takie wspomnienia też mam, ale to chyba normalne, że zakochani nawiązują w przyszłości do wspomnień sprzed lat. Idąc tam od ulicy Volkhonka pod samym Ceriewem były dwie małe budki, jakby kawiarnie, małe restauracje. Lilka zaproponowała herbatę jeżeli chcę, lecz odmówiłem – dziś oczywiście zgodziłbym się, aby przez te parę minut spędzić z nią czas beztrosko. Po Aladynie przeszliśmy do metra „Кропоткинская”, gdzie bardzo miła Pani z budki opowiedziała nam gdzie iść aby dostać się do biblioteki Lenina. Metrem nie pojechaliśmy a jedynie przeszliśmy przez peron. Wtedy przypomniały mi się prośby kolegi z pracy, któremu miałem porobić parę zdjęć, szczególnie metra.  Zrobiłem zdjęcie, które jest przy tym akapicie. Po wyjściu z metra nadal nie wiedzieliśmy gdzie iść. Aby zapytać o drogę, weszliśmy do sklepu przy Гоголевский 6, tam pokierowani byliśmy dalej ta sąmą drogą. Minęliśmy pałacyk z filarami, z którego leciała muzyka. Błądziliśmy, więc przy najbliżej krzyżówce Liliia ponownie zapytała o drogę. Dziś wiem gdzie jest ta biblioteka, ale wtedy nie miałem o tym pojęcia. Za to pooglądaliśmy miasto z trochę innej perspektywy. Innej, ale nie brakowało ciekawych sytuacji – wychodząc z ulicy Bolshoy Znamenskiy pereulok w ulicę Znamenka przy numerze 3 spotkaliśmy pewnego człowieka. My staliśmy na chodniki, który na krawężniku miało płotek na parę centymetrów, a on stał na drugim pasie tej szybkiej jednokierunkowej drogi. Liliia zapytała go o drogę, on jednak stwierdził, że on nie jest pewien, bo on też nie jest z Moskwy, lecz z Sankt Petersburga. Pomijając fakt, że stał na środku drogi paląc papierosa i sprawiał pozory jakby się nie wybierał nigdzie, to już fakt, że był przyjezdny oraz miał na sobie szlafrok i kapcie było czymś raczej niecodziennym. Zresztą wszędzie bym się zdziwił takim widokiem, lecz nie wiedzieć dlaczego Moskwa kojarzy mi się z takimi sytuacjami i to jakoś sprawiało, że wizerunek wyjątkowego miasta nawet na tym etapie było czymś co warto zobaczyć na własne oczy. Takim właśnie sposobem trafiliśmy na stary arbat, co nie było odpowiednim kierunkiem, więc po bardzo długim spacerze pozwoliliśmy sobie na posiłek w McDonald’s. Liliia do końca chciała być dobrym gospodarzem i to ona kupiła nam zestawy z McRoyalem i wtedy zakochałem się w sosie serowym do frytek. Zresztą od tamtego czasu gdy jadłem frytki myślałem o sosie serowym. Kawiarni internetowej nie udało nam się znaleźć. Po drodze ktoś nas jedynie skierował do lokalu, który wycofał się z biznesu. Drogą powrotną przez Nowy Arbat doszliśmy do metra. Warto wspomnieć, że w przejściu podziemnym, gdzie tłumaczyliśmy sobie słówka rosyjskie zawsze wychodziliśmy tym samym, niewłaściwym wyjściem. Wróciliśmy do podziemnego centrum handlowego, gdzie przy bramce wisiał wielki plakat z Anją Rubik. Po lewej stronie były schody z wielkim balkonem, w którym znaleźliśmy kawiarenkę internetową, gdzie wydrukowałem kartę pokładową, lecz jej jakość budziła wątpliwości – była zbyt jasna.

Powrót do domu był smutny. Zresztą przytulaliśmy się częściej niż podczas całego pobytu. Był nawet moment, kiedy wychodząc z metra przy hotelu zatrzymaliśmy się aby się przytulić. Wtedy kątem oka widziałem, że jakiś nieznajomy biegnie w naszą stronę bardzo cicho i w ostatniej chwili zrobił skok w naszą stronę, po czym odwróciłem Liliię w moją w przeciwną stronę co uniemożliwiło mu manewr kradzieży. Czy ukochana zauważyła, co się stało? Raczej nie, ponieważ nie przejęła się tym. Może było to dla niej nawet normalne i Rosjanie się niczego nie boją, ale chyba aż tak nie są obojętni. Przez dalszą drogę ogarniał nas jeszcze większy smutek i niezadowolenie, że wycieczka do Moskwy się kończy, a jeszcze niedawno poznaliśmy się w drzwiach na lotnisku. Wróciliśmy ze spuszczonymi głowami. Nie wiem o czym myślała Liliia, lecz ja myślałem o tym co będzie z nami dalej. Kiedy się znów zobaczymy, gdzie, w jakich okolicznościach. W Moskwie szukaliśmy wycieczek nocnych i tak samo było w ten wieczór, lecz mieliśmy świadomość, że czas nas nagli. Wiem co zrobimy, gdy pojedziemy drugi raz do Moskwy, ale wtedy będziemy na to gotowi. Teraz nie byliśmy nawet gotowi na otwarcie butelki, ani na zakup korkociągu, ponieważ znów zapomnieliśmy kupić otwieracz i nigdzie nie mogliśmy go dostać. Wróciliśmy w stanie, jakby kończył się świat. Na recepcji załatwialiśmy formalności, które pozwolą nam szybko opuścić hotel rano. Czekałem w pomieszczeniu, które służyło jako poczekalnia z komputerem, akwarium i telewizorem. Liliia załatwiała w tym czasie taksówkę na rano. Kiedy wróciła do mnie na kanapę w poczekalni przez chwilę popatrzyliśmy sobie w oczy. Był w nich smutek i poczucie drogi bez wyjścia. Poczucie, że czeka nas nieuniknione rozstanie i zakończenie tego pięknego wyjazdu, w którym przeżyliśmy tak wiele.

Wracając do pokoju, czekało nas pakowanie. Nie będę rozpisywał się, wystarczy wyobrazić sobie jaki mogło mieć przebieg. Podczas pakowania upadła mi moneta rosyjska. Kiedy schyliłem się po nią Liliia rzuciła się na mnie i powiedziała mi, żebym nie podnosił jej, bo ona jest już brudna. Mnie nauczono, że nie można gardzić pieniędzmi, ale Lilka miała niesamowite negatywne podejście do nawet najmniejszego brudu. Kiedy obudziliśmy się rano, byliśmy gotowi do wyjścia. Było ciemno i mokro. Przed hotelem stała zaparkowana biała Skoda Octavia ze śpiącym kierowcą – to był nasz transport na lotnisko. Po ruszeniu w drogę trzymałem się z moją miłością za rękę. Odjeżdżaliśmy z hotelu na który patrzyłem przez park do momentu, aż straciłem go z widoku, mijaliśmy metro, do którego tyle razy wchodziliśmy i z którego wychodziliśmy. To było swojego rodzaju pożegnanie z moim małym życiem rosyjskim, które poczułem przez te parę dni. Leciały mi łzy z oczu i tak samo widziałem u Lilii. Po drodze przypomniało jej się, że nie kupiła mi rosyjskiej czekolady, dlatego poprosiła kierowcę o zatrzymanie się na stacji benzynowej i zakup czekolady. Podróżowaliśmy drogą, tą samą, która przywiozła nas do Moskwy w pierwszy dzień. Parę minut później widziałem wielki napis lotniska. Gdy wysiadaliśmy chciałem dać Lilii dolara – noszę je, gdy chcę komuś podziękować i zazwyczaj są to osoby zarabiający na życie przez tą pomoc. Liliia kategorycznie zabroniła przekazywać go jako napiwek. Wysiedliśmy z samochodu i wkroczyliśmy do hali lotniska. Na pierwszym piętrze przekazałem moją kartę pokładową agentowi, lecz z obawy na jakość przestrzegłem go o tym i ten dał mi nową. Wtedy dotarło do mnie, że zmarnowaliśmy cały dzień na szukaniu drukarki z internetem. Spacerowaliśmy po piętrze lotniska. „Mati patrz, to restauracja, co mieli my się poznać”, powiedziała kiedy mijaliśmy restaurację „Paprika”. Przechodziliśmy wzdłuż punktu widokowego, zjedliśmy tam śniadanie, ale nie smakowało ono najlepiej. Albo nie smakowało, albo ja byłem smutny, albo było za wcześnie.

Nadszedł moment pożegnania. Przy bramkach żegnaliśmy się długo i ciężko było się oderwać z przytulania. W końcu zdecydowaliśmy się ostatni raz pocałować i przytulić. Było niesamowicie trudno puścić wiedząc, że bardzo długo nie będziemy się widzieć, a po puszczeniu nie będziemy tak blisko siebie jak teraz i nie wiadomo kiedy los pozwoli nam się ponownie spotkać. Przechodząc przez bramkę lotniska widziałem Liliię, która patrzyła na mnie. Kiedy odchodziłem powoli do swojego przejścia widziałem ją jak odchodzi w głębię punktu widokowego i to był ostatni raz kiedy ją wtedy widziałem. To ja byłem tym, który widział ją ostatni raz, ponieważ widziałem jedynie ją w oddali kiedy skręciłem do przejścia. Chciałem być tym co widzi ją ostatni raz mimo, że do ostatniej chwili chciałem cieszyć oczy jej widokiem. Zupełnie nie pamiętam momentu, kiedy wsiadałem do samolotu, ani momentu, kiedy zmieniał on pas. Przez cały czas patrzyłem na lotnisko przez okno z myślą, że ona gdzieś tam jest. Samolot wystartował, a ja zamknąłem oczy. Żegnałem się z nią w myślach. Oddychałem tym samym powietrzem. Obserwowałem lotnisko w momencie zataczania kółka i nadal myślałem, że może patrzymy na ten sam punkt. Byłem przekonany, że płacze sama lub patrzy w niebo. W odtwarzaczu leciał Linkin Park – Iridescent, który przez bardzo długi czas wyciskał mi łzy z oczu w drodze powrotnej. Kiedy wysiadałem z samolotu, kiedy byłem w Zurichu, kiedy wysiadłem w Warszawie i kiedy czekałem na metro do domu. Zawsze myślałem o niej. Kiedy wsiadałem do metra rozglądałem się dookoła szukając szczegółów czym różni się wagon rosyjski od polskiego. Rozglądałem się za nią. Ona rózniła te metra. Pamiętam nas. Pamiętam wszystko.

Po powrocie do domu, dnia 11 października 2011 napisałem do niej wiadomość z załączoną piosenką Desire – Under Your Spell –

„Physically, in Warsaw. My thoughts, heart and soul is still and will remain for a long time somewhere in the Moscow metro station by Lillia while holding her in my arms…”

Advertisements