Nasz weekend

by Mariusz

Następnego dnia gdy się przebudziliśmy czułem się jakbym obudził się w zupełnie innym ciele. Za oknem świeciło piękne słońce, świat leżał mi u stóp, a obok mnie była ona – piękna, wrażliwa, o długich ciemnych włosach, przytulała mnie i patrzyła tymi swoimi małymi oczkami na mnie jakby chciała powiedzieć coś co swoich określeń nie ma. W tych oczach widziałem wszystko co chciałby zobaczyć każdy kto czekał na swoją miłość całe życie. W moim przypadku 5 lat. Patrząc w te oczy zupełnie zapomniałem gdzie jestem, po co, co będzie dalej. Jedyne o czym myślałem to o tym, żeby ta chwila trwała wiecznie. Więc zasnąłem dalej śniąc o mojej ukochanej, która jest ode mnie parę centymetrów. Kiedy się ponownie obudziłem, widziałem ją zwartą i gotową do podjęcia kolejnego dnia. Przyniosła mi śniadanie, a ja nawet nie zauważyłem kiedy się wymknęła do sklepu. Świeże pieczywo okazało się tym, co mówili ludzie ze sporym przebiegiem lat na karku, że nigdzie już nie ma takiego chleba jak rosyjskiego – to prawda, ponieważ chleb był wyśmienity i byłby przykładem chleba, jaki powinno się robić. Byłem w idealnym humorze, unosiłem się parę centymetrów nad ziemią i podśpiewywałem Desire – Under your spell w drodze do metra i niekoniecznie miałem na myśli film Drive tylko określałem swój stan ducha. Ale co dzisiaj zobaczymy? Tego nie wiedziałem nawet wczoraj zanim dotarliśmy do Placu Czerwonego. Czyżby traktowała swoją rolę na tyle poważnie, że chciała we mnie wzbudzić efekt zaskoczenia? Jeżeli tak, to jest mistrzynią w tym, że zaskakiwała mnie nawet planem co zobaczymy. A przebieg był mniej więcej taki.

Ponownie skierowaliśmy się w stronę metra. Po kolejnych przetasowaniach jakie zwykle miały miejsce w podziemnych skrzyżowaniach moskiewskiego metra. Po drodze rozmawialiśmy na luźne tematy. Wtedy pierwszy raz pojawiło się słowo „piesek”. Ten czworonożny przyjaciel po rosyjsku brzmi podobnie, bo jego odpowiednik to „piasek”. I wtedy pojawiło się pierwszy raz określenie „Piesek Leszek”. Uśmiechów nie było końca, ale w tym wszystkim szukaliśmy wspólnego pytania, które pojawiło się wcześniej czy później. Pojawiło się w chwili kiedy wysiedliśmy na platformie metra, która była była zupełnie inna niż wszystkie. Drewniana, zbudowana na pograniczu lasu i zabudowań stacja nazwana „Измайловская” (izmaylovskaya), charakteryzująca się spartańską architekturą miała wyjście z tradycyjnych schodów na ulice, które były raczej w fatalnym stanie – pokryte blachą, krzywe stopnie. Ale to na tych schodach pojawiło się pytanie, o którym wspomniałem wcześnie, a mianowicie – „czy w naszym domu będzie piesek?”. Takie pytanie zadała mi, co zupełnie zmieniło mi światopogląd. Powiedziałem z czystym sumieniem, że tak. Nawet bardzo tego chciałem. „I nazwiemy go Leszek” – odparłem. Cała ta rozmowa zupełnie uśpiła moją podświadomość…a ona nie wiedziała gdzie jesteśmy. Gdyby chociaż powiedziała mi gdzie chce jechać. Zapytała obcą osobę, ale niestety nie udzieliła jej informacji. Dopiero, gdy zapytała kogoś innego, trochę jej się rozjaśniło. Ja nadal nie wiedziałem co.

Odpowiedź czekała stację wcześniej, ponieważ wyglądało na to, że nazwa wskazywała na park, który był dość rozległy. Z metra wyglądał na piękny. Ale po wyjściu z metra na stacji „Партизанская” („Partizanskaya”), która była ponad wszystkie stacje jakie widziałem w Moskwie i była jednocześnie powalająca pod względem wyglądu jak i zdobień (przede wszystkim uwagę na siebie zwraca ogromny posąg partyzantów na szczycie schodów) miałem okazje dowiedzieć się co chciała mi pokazać. To targowisko, które fachowo nazywało się Izmaylovo Market, dlatego pomyliły jej się stacje metra. Co zatem można nabyć w licznych straganach handlowym? pełny wybór alejek z mnóstwem pamiątek i typowo rosyjskich akcesoriów od obrazków, bo broń. Wchodząc przez wielką drewnianą bramę czuć było zapach szaszłyku i ryb. Gdyby ktoś szukał pamiątek w stylu rosyjskich matrioszek, obrazków z wizerunkiem Stalina czy Lenina lub po prostu płytę kompaktową to czułby się jak w niebie. Było tego mnóstwo. Spacerowaliśmy między straganami pełnymi tych wspaniałych rzeczy. Po pokonaniu pierwszych straganów zdecydowaliśmy się na kawę i herbatę. Z góry było jasne, że powinniśmy coś kupić na pamiątkę. Biorąc pod uwagę, że Moskwa żyła przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia to wyszło na to, że kupiliśmy ozdoby choinkowe przypominające typowe Cerkiewy. Był to prezent dedykowany mojej mamie, która bardzo chciała poznać moją ukochaną  i nie mogła się doczekać aż to się stanie. Poza tym, że jest to atrakcyjne pod względem wyjątkowości miejsce to okazało się, że jest to wylęgarnia Czeczeńców, którzy żyją z handlu i nienawidzą Rosjan przez pamiętne wydarzenia historyczne. Łatwo się domyśleć, że to miejsce, gdzie o incydent nietrudno, więc czuliśmy się trochę niepewnie. Poszliśmy na drewnianą ścianę, która była jednocześnie balkonem, kładką do chodzenia. Usiedliśmy na poręczy i jedliśmy banany. Oglądałem co działo się za ogrodzeniem – rząd garaży, a dalej jakaś woda i park z bogactwem jak na tą porę roku liści. Wtedy to jakiś jegomość się kręcił niedaleko nas i nerwowo rozmawiał przez telefon. Nie przeszkadzało nam to, a przynajmniej mi do chwili aż skończył rozmawiać i za moimi plecami powiedział coś czego nie wiedziałem i się nie dowiedziałem od niej. Ale zerwała się szybko i powiedziała, że musimy iść, po czym szybszym krokiem zmieniliśmy lokalizację. Ja miałem się nie oglądać co bardzo mocno wzbudzało moją ciekawość o co chodzi. Schowaliśmy się w barze na piętrze, gdzie przeczekaliśmy minutę i uciekliśmy dalej. Nigdy się nie dowiedziałem co dokładnie zaszło, ale coś zdecydowanie było na rzeczy. Poszukiwałem informacji na temat tego miejsca, ale ani razu nie spotkałem się ze złą opinią, która byłaby związana z tym miejscem, więc dziś mnie to trochę dziwi.

Już wiem czego szukaliśmy. Nie chodziło tylko o jarmark, a o muzeum wódki, które było w wielkim kompleksie budynków otoczonych wysokimi murami. Jarmark znajdował się u jego podnóży. Ona wspominała wcześniej, że jest takie coś i aż powinno się zwiedzić takie muzeum będąc w Rosji szczególnie, że jest elementem zwiedzania jest degustacja. Nawet dla kogoś takiego jak ja, taki pomysł wydaje się być koniecznością do zrealizowania mimo, że wódkę omijam z daleka w każdej postaci. Do kompleksu weszliśmy główną bramą (południową). W środku wyglądało wszystko równie imponująco jak z zewnątrz jak i w środku. Drewniane konstrukcje, kolorowe wieżyczki, wielkie bramy. Jak pałac. Szukając muzeum wódki napotkaliśmy na parę ślubną. Wybrali idealne miejsce i idealny dzień z bajeczną pogodą, aby zawrzeć związek małżeński. Nie wiem jakie myśli kryły się w jej głowie, ale ja się czułem bardziej jak na miesiącu miodowym i nie patrzyłem na nich jako osoby, które znalazły miłość tylko znajdą tak jak my już znaleźliśmy. Nie mniej nie miałby nic przeciwko, aby w ten dzień zamienić się z nimi miejscami. Był to miły dla oka widok – zaparkowany mercedes, kierowca dopieszczał ostatnie elementy wystroju na samochodzie, rodzina oczekująca na wyjście młodej pary, fotograf przygotowywał się do zdjęć. I my również w tym wszystkim poczekaliśmy na ich wyjście co nie trwało jakoś długo. To był ich dzień, ale to był przede wszystkim ten wielki dzień należał do NAS, w którym oni brali udział jako jego miły element. Pokręciliśmy się trochę po placu i znaleźliśmy zaciszny kąt, w którym pokusiliśmy się delikatne pieszczoty w miejscu publicznym. To było spontaniczne, ale miłe przez co dziś wspominam to ze zdziwieniem i uśmiechem na ustach jednocześnie. Szczególnie w chwili kiedy z toalety nieopodal wyszła jakaś starsza kobieta, z której niewiele sobie robiliśmy poza kolejną wymianą uśmiechów. Następnie poszliśmy do muzeum – podziwialiśmy patenty do wytwarzania wódki, które pojawiały się na przestrzeni lat. Kolekcja w muzeum była dość spora oraz była połączona z galerią pamiątek z kolejnymi talerzami z wymalowanymi podobiznami Putina, Medvedeva, Jelcyna…Stalina. Flagi, rysunki, malunki. To jakby oficjalna część okolicy, ale jeżeli ktoś chciał pooglądać sobie pamiątki z rosyjskiej ziemi to musiał zdecydować się na wyjście poza mury białych murów i udać się na jarmark. My zrobiliśmy właśnie tak samo. Wyszliśmy tą samą drogą, którą weszliśmy i zatoczyliśmy koło w kierunku dalszej części alejek straganów.

Prawie jak Disneland

Za pierwszą strefą skręciliśmy w lewo, gdzie widzieliśmy wystawę broni (w tym oryginalny PPSz) oraz kolekcję pucharów sportowych. Stragan, który nam jednak zwrócił uwagę najbardziej to malutkie bursztyny i figurki wykonane z drewna i szkła. Figurki przypominały zwierzęta i zabawa polegała na odgadywaniu zwierząt w dwóch wariantach językowych. Biedronki, żaby, wiewiórki, niedźwiedzie, krowy, żyrafy, słonie. Były takie urocze, że żałuje, iż nie kupiłem sobie jednej na pamiątkę, bo naprawdę mi się podobały. Po znalezieniu bozhych korovek, belek, i medvetków przyszła pora na galerie malowideł po skręceniu w prawo z alejki wystaw. Gdybym miał swoje mieszkanie to bym kupił nam jeden z tych obrazków przedstawiających typową Rosyjską budowlę w leśnym i wodnistym środowisku w pastelowych barwach. Nie mieliśmy za bardzo gdzie iść, więc w okolicy wielkiego drewnianego młyna zawróciliśmy aż do ulicy 890-й Проектируемый – czuliśmy się bezpieczniej z myślą, że cały ten jarmark pamiętając o dziwnym incydencie, który miał miejsce na początku wizyty. Omijając kompleks Izmaylovo zachodnią jego część docieraliśmy do stacji metra skąd dojechaliśmy.  Ona próbowała skontaktować się z jej ciocią – Niną, chociaż może powinienem powiedzieć Ninja? tak nazywałem ją, aby rozweselać ją – Nina niestety nie odbierała telefonu, więc wstępny pomysł, aby pojechać do niej nie sprawdził się. Poszliśmy więc do pobliskiego sklepu, w którym miałem okazję zobaczyć wszystkie produkty spożywcze. Nie mogłem się nadziwić ile kawioru jest w sklepach. Nawet zamiast batoników i czekolady przy kasie stała lodówka z ikrą. A my kupiliśmy wino i dwie paczki chipsów – serowe oraz o smaku białego sera ze szczypiorkiem.

Wróciliśmy do domu, a po drodze wstąpiliśmy do pawilonów znajdujących się przy wyjściu z naszej stacji metra niedaleko hotelu. Zaglądaliśmy do sklepów z butami sportowymi, aby ulżyć stopom ukochanej. Po dotarciu do Moskvicha oddzwoniła Nina, więc długo nie siedzieliśmy w pokoju. Wybraliśmy się do Centrum, gdzie moja towarzyszka chciała kupić sobie buty sportowe, ponieważ jej biedne stopy już nie wytrzymywały tak wymagających wypraw, które do tej pory prowadziliśmy przez miasto. Ja nosiłem bardzo wygodne trampki, których ona nienawidziła – były dla niej proste i zupełnie nie rozumiała, dlaczego coś takiego może być modne. Sama tak nawet powiedziała, a jak doszło co do czego to oglądaliśmy podobne w sklepach w podziemnym centrum handlowym. Przy wejściu były fontanny – ukochana opowiedziała mi, że przedstawiają one „fairytales”. Spacerowaliśmy tak większą część wieczoru. Dyskusja na temat Svarovskiego, Zenden, Zara i wiele innych. A buty? Oglądaliśmy buty w stylu converse, które były bardzo w promocji, ale minusem były wady. Wyglądały na noszone i miały ślady używania, były miejscami żółte, ale były prawdo podobnie jedyne, które były w cenie godnej zakupu. Jeżeli chodzi o oryginalne converse to cena oscylowała w podobnych przedziałach jak w Polsce. Nie kupiliśmy żadnych.

Po sklepach poszliśmy do metra, aby dojechać do stacji przesiadkowej, gdzie czekał autobus do Niny. I oto kolejna ciekawostka: bilety za przejazd nabywa się u kierowcy, a po zakupie można sobie go schować lub wyrzucić. Niby nic w tym dziwnego, ale widok otwartego okna zaraz za kierowcą, przez które zdecydowana większość pasażerów wyrzucała zakupione bilety. Dojechaliśmy do osiedla na pograniczach Moskwy, prawie na wysokości hotelu Moskvich, tylko trochę bardziej na północ. Gdy patrze na mapę to widzę nawet aleję parkową, przez którą szliśmy a na końcu był blok z zieloną klatką schodową. Marzyła mi się taka sytuacja – typowa Rosyjska rodzina częstująca tradycyjnym chlebem z kawiorem oraz herbata. Tak, to jest właśnie to. Przeprowadziliśmy krótką rozmowę z Denisem, również po angielsku. Rozmowa głównie dotyczyła jak mi się podoba w Rosji i że jest noc spadających gwiazd, ale nie widać ich, bo Moskwa jest jednym z najbardziej rozświetlonych miast w nocy. Wracając przypomniało nam się, że mamy wino w domu, ale nie mamy korkociągu. W sklepach tego nie było, więc po dotarciu do domu ona zdecydowała się pójść do hotelowego baru, aby otworzyć butelkę. Oczywiście towarzyszyłem jej w drodze na dół. Ponownie mogłem podziwiać jak szybko wypiła wino i zrobiła to tak szybko, że nie zdążyłem jej poprosić, aby piła wolniej, żeby się dłużej cieszyć wieczorem. Szalona kobieta, aż trudno się opanować od nie kochania jej nawet kiedy (szczególnie) jest spontaniczna i robi dziwne rzeczy przez to. Później zjadła wszystkie chipsy, chociaż nie jestem fanem chipsów, więc przynajmniej była szczęśliwa, a kiedy ona była to ja też i to były najlepsze warunki, aby iść spać – obok niej. Przy niej czułem się, jakby już nic by mi nie brakowało, miałem wszystko co potrzebowałem od drugiej osoby.

Reklamy