Game over?

by Mariusz

Artykuł zaczerpnięty z innego bloga, który specjalizuje się w tematyce gier. Autor dotknął problemu męskiego hobby, które w licznych związkach jest powodem do głębokich nieporozumień. Podobnie było w moim związku i kiedy moja żona mnie opuszczała, jedyne o czym myślałem to roztrzaskać konsolę o podłogę. I zrobiłbym to gdybym z nienawiści jej wcześniej nie sprzedał co było zresztą rozsądniejszym wyjściem. Wszystkim tym, którzy czytają bloga dobrze radzę – szukajcie sobie wspólnych zainteresowań. Wiadomość kierowana bezpośrednio do mężczyzn – kochajcie swoje żony, nigdy nie wiadomo kiedy odejdą, a kiedy to zrobią może być za późno na odłożenie joysticków. Uwierzcie mi na słowo, nie chcecie przez to przechodzić. Przejdźmy do sedna tematu:

[…]

Wczoraj mogliście, który traktował o zjawisku „hejt” w środowisku konkurencyjności gier, wydawców oraz oczywiście graczy. Dobry artykuł, ale czytając go zabrakło mi najważniejszej grupy naszych hejterów, czyli… naszych drugich połówek. Koledzy – bo głównie do was kieruje ten tekst – ile razy mieliście sprzeczkę z tą wyjątkową osobą, o to co jest dla was ważniejsze? Albo o to co powinniście robić i zazwyczaj sprawa dotyczy wspólnej aktywności? A ile razy zignorowaliście sytuacje, kiedy ta osoba nawiązywała do dyskusji na ten delikatny temat? Postaram się omówić ten problem, więc ostrzegam – może to dotknąć wasze czułe punkty.

„WIRTUALNA” RZECZYWISTOŚĆ

Oczywiście nie ma idealnych związków i zawsze znajdzie jakiś powód do ostrzejszej wymiany zdań się znajdzie. Dla przykładu mogę jedynie powiedzieć, że takimi osobami, które zwykle zwracały nam uwagę, że za bardzo taktujemy gry jako priorytet odkładając ważne rzeczy na bok to nasi rodzice. I tak właśnie na przykład szkoła odchodzi na dalszy plan, a na nasze umówione spotkania spóźniamy się regularnie. Stereotyp gracza oczywiście karykaturalnie z góry kojarzy się z garbatym nieudacznikiem, do tego singlem, w okularach kalibru Stępnia z „13. Posterunku” oraz wysypką na twarzy. W skrócie NERD. Nerd oczywiście nie ogranicza się jedynie do gier, ale ogólnie do technologii, ale w tym artykule zawężymy trochę jego definicję stosując parę przykładów. Spokojnie, nie jesteśmy nerdami, a stereotyp na szczęście jest naciągnięty, ale życie z ukochanymi osobami to już nie lipa, więc cieszmy się szczęściem, którego inni mogą nie mieć – być z rodziną. Artykuł napisałem po osobistym doświadczeniu zaraz po pewnym nieporozumieniu z bliską mi osobą…oraz po obejrzeniu pewnego odcinka serialu komediowego, który pojawił się nazajutrz. Serial ten to „Moja rodzinka” opowiadająca o przygodach członków i dziwnych relacjach między nimi. W odcinku, który ja oglądałem nie chodziło co prawda o grę, ale o samochód, który pojawił się w garażu dzięki wygranej w karty przez syna. Wyszło na to, że to podobny model samochodu z kawalerskich lat ojca, który najprawdopodobniej przeżył ekspresowy kryzys wieku średniego. Każdą chwilę spędzał w zielonym cabrio, ale nie mógł się ruszyć z garażu ze względu na fatalny stan techniczny. Przez wysoką frekwencję ojca w garażu matka dostawała białej gorączki, bo jak się okazało samochód traktowała jako konkurencję w kolejce o względy ukochanego, a został sprzedany, bo ta zaszła w ciążę. Oglądając ten odcinek miałem nieodparte wrażenie, że sytuacja ma się podobnie z grami, tylko że dotyczyła ona starszego pokolenia. Trudno było się matce nie dziwić skoro dochodziło do takich absurdów, że ojciec nawet chciał uprawiać seks w rękawicach samochodowych. Spór się zakończył, bo samochód „przestał istnieć”. Najśmieszniejsze było to, że nie odcinek był komiczny, lecz jego odwzorowanie w rzeczywistości ukazujące nasze podstawowe role, słabości, dziwne potrzeby oraz co ich kosztem się dzieje. Najsmutniejsze, że to cholerna prawda.

JESZCZE JEDEN, JESZCZE JEDEN…

Większość z nas wychowywała się na grach i na myśl o szkole odkładanej na bok wzdrygamy ramionami, a kolejne informacje o maniakach gier, który po czterech dniach grania kończą z wyciągniętymi nogami lub w łagodnych przypadkach lądują na noszach jedynie wzbudzają w nas zdziwienie oraz niekiedy śmiech. Przyznam, że ja reaguję podobnie i nie ukrywam tego, bo jak bardzo można dać się wciągnąć w zwykłą grę. Otóż można. Warto jednak zatrzymać się na chwilę i zastanowić, czy reagujemy tak na wieść o kimś kogo zupełnie nie znamy, czy raczej śmiejemy się bo ten ktoś grał w Modern Warfare 3 kiedy jesteśmy entuzjastami Battlefielda 3 i dziwimy się, że można grać parę dni w coś podrzędnego. Nie chodzi konkretnie o MW3, bo można tu użyć licznych przykładów jak flagowy War of Warcraft czy Diablo 3 – wybór dowolny. Niestety, ale jeżeli narzekamy, że wątek fabularny gry trwa 3 godziny, co w efekcie skutkuje usunięciem go z listy zakupów to może odnieśmy się do przykładu GTA IV lub Mass Effect, gdzie przejście gry w 100% równa się z cudem. Ile godzin poświęcilibyśmy, aby ukończyć to według przewidywać wydawcy? Śmierć na miejscu. Inny przykład: kto z was grał w Bad Company 2 w multi – ręka do góry. Ci z podniesionymi rękami zapewne pamiętają pewien chwyt polegający na braku opcji wyjścia z gry po ukończeniu rundy. Trzeba było wyjść z gry przed końcem mapy lub po załadowaniu kolejnej. Runda była fajna, już prawie żegnamy się z ekipą, jesteśmy na etapie żegnania się i teoretycznie decydujemy się na wyjście podczas podsumowania rundy. Pojawia się myśl „O! Arica Harbour! Ok, po tej rundzie„. W między czasie obiad stygł, ktoś narzekał i nieszczęście gotowe. W Battlefieldzie 3 na szczęście można wyjść z gry podczas podsumowania co silniej zadziałało na podświadomość gracza, który już łatwiej potrafi oderwać się od gry.

NIENAWIDZĘ GIER ALE…

Część z was nadal wzdryga ramionami twierdząc, że to tylko gra. Nie dziwie się, bo sam byłem takim człowiekiem do pewnego momentu w moim życiu – ślubu. Tak jest, wstąpiłem w związek małżeński, jestem mężem i od teraz noszę z dumą swoją obrączkę. Koledzy gracze gratulują, inni koledzy-mężowie witają w klubie, weterani współczują. Pochodzę z domu, w którym nigdy nie byłem świadkiem kłótni między rodzicami, ani o podobnych przykładach nie słyszałem. Rodzice w pamiętnych czasach również sięgali po Commodore 64 i rywalizowali w River Raid, ale ich zainteresowanie grami nie przetrwało próby. Granie pozostawali mi i mojej siostrze, a w życiu już tylko pozwolili sobie na parę rundek w Super Mario Bros. Jako wiodący reprezentant rodziny w kategorii grania określam się jako aktywny gracz, w życie którego często ingerowali rodzice, więc wartości wychowawcze towarzyszyły mi podczas dorastania tak samo jak granie. Kiedy wyprowadziłem się z domu rodzinnego za pierwsze pieniądze kupiłem X-boxa 360. Nie byłem już kontrolowany, mogłem robić co chciałem. Taki tryb trwał parę lat aż do momentu, kiedy oddałem konsolę do serwisu. Wtedy oto powstał zarodek nienawiści do gier, ponieważ przymusowa przerwa wywoływała we mnie niezadowolenie znudzenie i zimnokrwistość. Nie winiłem jednak rynku gier przez to, że robią słabe konsole tylko za to, że tak silnie uzależniają i wtedy zdałem sobie właśnie z tego sprawę, że strasznie się uzależniłem. Ale i u mnie pojawił się wspomniany gest „wzdrygania ramionami” i wróciłem do gier tyle, że grałem już z pewną ostrożnością, która na moje nieszczęście została zniwelizowana do minimum przez kolejne rewelacyjne nowości ze świata PS3. Dodatkowo często rozmyślałem o wpływie gier na dzieciaki i grających ojców, bowiem osobiście starałbym się uniknąć konfrontacji mojego dziecka z grami, w które sam gram tak samo jakbym starał się obrzydzić mu McDonald’sa. A już tym bardziej nie chciałbym, aby moje dziecko było pozbawione wspomnień z błotem na kolanach, czy wyścigów na rowerach, które ja mam i wspominam o wiele lepiej niż najnowsze pomysły rywalizacji w wirtualnym świecie. Cóż, grając dalej przeżyłem dwa przykłady, które aż raziły w oczy pod względem negatywnego wpływu na tryb życia człowieka. Pierwszy to znajomy znajomego, który tak bardzo zaangażował się w granie, że z wzorowego ucznia gimnazjum z paskiem na świadectwie nie dostał promocji do kolejnej klasy. Drugi przykład jest dla mnie bardziej bolesny, ponieważ ilustrowane przypadki pojawiły się również w moim życiu i to nad wyraz. Po dwóch latach od tamtego kluczowego momentu uśmiechnął się do mnie los, bowiem w moim życiu pojawiła się kobieta, z to wstąpiłem w związek małżeński. Między nami panują silne emocje, a związek był przykładem na idealną książkę poradnika miłosnego. Żona, która oryginalnie pochodzi z Rosji posiada cechy, którymi szczyci się płeć piękna z byłych krajów ZSRR, a o których mogą pomarzyć dzisiejsze zfeminizowane Polki, które myślą, że są cool. Czyli bardzo często chciała się przytulać, robiła obiad zanim pomyślałem, że jestem głodny oraz bardzo zależało jej na tym, aby pojechać na wspólne wakacje. Do tego uwielbiała wstawać przede mną, aby zrobić mi kanapki do pracy lub przyjechała do mojej pracy o 7 rano, ponieważ zapomniała kupić pieczywa dzień wcześniej i wyrzuty sumienia nie pozwoliły jej odłożyć zaległości na później. Ale dlaczego opisuje moje życie rodzinne na łamach publicznego artykułu? Ponieważ przez cały czas wydawało mi się, że nasze życie wydaje się być stabilne, bezproblemowe. Oczywiście pojawiały się oznaki niezadowolenia mojej żony na myśl o grach chociaż sama próbowała się wciągnąć, ale wydaje mi się, że głównie ze względu na mnie niż na własne potrzeby. Na urodziny kupiła mi preorder Hitmana z dodatkiem Sniper Challenger i to dzięki motywacji, że gram w tą grę w pewnym sensie dla niej zdobyłem najwyższy polski wynik w czerwcu. Naszemu związkowi towarzyszyło poczucie winy, że za mało czasu poświęcam osobie, którą świadomie kocham bardziej niż życie samo w sobie, ale grałem jakimś cudem dalej. I ten związek miał taki stały charakter do czasu, aż przyjechała teściowa, która niestety z przyczyn zdrowotnych przerwała swoje tournee po Europie. Wtedy to moja żona postanowiła odwieźć swoją mamę całe 2600 km do domu. Kiedy poinformowała mnie o tej wiadomości, byłem załamany i zupełnie coś we mnie pękło. Tęskniłem za żoną kiedy tydzień wcześniej pojechała sama do Włoch, ponieważ ja nie dostałem wolnego w pracy i już wtedy z powodu tęsknoty ledwie odpalałem gry. Obecnie kiedy pojechała oznajmując mi, że wróci niedługo ani myślę o graniu. Najzwyczajniej w świecie zdaję sobie sprawę z tego, że wolałbym ten czas poświęcić na spacerze z nią. Póki co staram się myśleć optymistycznie i unikam myśli, że żona przedstawi mi „bad news” z bezpiecznej odległości, bo przyznam, że miałaby powody, aby to zrobić, ale nie chodzi tylko o aspekt gier, lecz również o ciężką sytuację zaciągnięcia kredytu na mieszkanie i jej problemy ze znalezieniem pracy tutaj. Ja mogę sobie zarzucić, że mogłem być bardziej zaangażowanym mężem, a krokiem do korekty postawy byłaby ekspresowa sprzedaż kolekcji gier. Prawda jest taka, że gry są fajne jak jest się kawalerem i to też nie do końca lub osobą, która ma już pewną pozycję społeczną, która może sobie na to pozwolić. Inaczej radziłbym sobie i wam ograniczać gry, ponieważ grając w gry, bawimy się dobrze, ale tylko my. Postawmy sprawę jasno, dziewczyny nie lubią gier i granie nie jest cool. A jeżeli lubią to na pewno nie w takim znaczeniu jak podchodzimy do tego my – faceci. Nie będę rozpisywać się o wyjątkach, bo takie zawsze się znajdą i jest to malutki odsetek, który nie wnosiłby żadnej rewolucji w damskim obozie. Może i gry potrafią sprostać naszym oczekiwaniom co dziewczynom wychodzi w praktyce trochę trudniej, ale jestem pewien, że ukochane panie są bardzo bliskie naszemu sercu dlatego wiedzą co dla nas dobre a co złe, a gry to zawsze tylko gry. Nie da się tego im wytłumaczyć słowami, więc po co w ogóle próbować to tłumaczyć. Okażmy im to.

DADDY PLEASE, LIFE DOESN’T HAVE AUTOSAVES

W opisanym przypadku z mojego życia wniosku, że żałuję, iż jestem graczem wyciągnąłem kiedy żona odwoziła swoją mamę i automatycznie pozostałem sam ze swoimi myślami na parę dni. Poczucie winy jest tak duże, że chciałbym przy mojej żonie spakować konsolę oraz sprzedać ją wraz z posiadanymi grami, a kasę uznać za depozyt na poczet wspólnego mieszkania w przyszłości. Przed takim samym problem zapewne stoi pewien Brytyjczyk, który jest bohaterem kolejnego epizodu, który przydarzył mi się parę lat temu. Otóż wraz z moim ówczesnym lokatorem grałem w jakąś grę online na zmianę. W pewnym momencie rozległ się płacz niemowlęcia. Byliśmy trochę zdezorientowani co to za dziecko, bo płacz wydał się bardzo blisko, więc zaczęliśmy się rozglądać po pokoju, a nawet szukaliśmy odpowiedzi wychylając się przez okno. Jak się domyślacie dziecko płakało przez headset, a zorientowaliśmy się kiedy usłyszeliśmy pocieszającego ów niemowlaka ojca, sądząc po akcencie chyba Brytyjczyka. Wybuchliśmy śmiechem. Na przestrzeni paru lat dochodzę do wniosku, że to był kolejny przykład w jaki sposób gry wpływają na życie codzienne każdego z nas oraz osób spotkanych przypadkowo. Najwięcej dojrzałych wniosków wyciągamy kiedy czegoś już nie mamy, albo przymusowo zostajemy odcięci od rzeczy/zjawiska, które nam towarzyszą na każdym kroku, dzień po dniu. Nie wiem czy Brytyjczyk miał z tego tytułu problemy rodzinne, ale jestem bardziej niż pewien, że cząstka jego również odczuwała winę, braku odpowiedniej uwagi, której nie poświęcał dziecku. I nie mówię, że będzie żałował uzależnienia, ale samego faktu, że wykorzystał wolny moment na grę pod nieuwagę matki dziecka zamiast pobawić się z maluchem. Co się dzieje, kiedy pojawia się problem w momencie, gdy druga połówka zwraca nam uwagę? Z reguł nic, ponieważ trudno nam się oderwać od gry, czyli od innej rzeczywistości. Paradoksalnie gramy w Sims 3, kiedy umyka nam życie rodzinne w prawdziwym życiu. Problemu nie zauważamy dopóki dopóty nie stanie się coś krytycznego (w moim przypadku wyjazd żony na parę dni) i mamy czas na przemyślenie wszystkiego kiedy nikt nam nie stoi nad głową. Warto zastanowić się wtedy co jest w życiu ważniejsze – postęp w grze, skill level, regularne bitwy, statystyki, czy niepohamowana chęć osiągnięcia sukcesu. Graczu, zadaj sobie pytanie czym jest zatem sukces. Watpię, aby któryś z nas chłopaków był zadowolony z postawy jaką reprezentujemy przez gry ignorując potrzebny naszych wybranek. Przypomnę wam, że dla nich my jesteśmy potrzebą chociaż przez równiże płci nie zauważamy tego. Achievement na dziś – kupcie różyczkę, kosztuje może z 5 PLNów, a daje tyle radości, że sami odczujemy jej blask.

CO WZLATUJE, TO UPADA

Życie weryfikuje nasze błędy. Często popełniamy je nieświadomie często odnosząc się do swoich praw zamykając się w swojej samotni. Takie prawa to zmęczenie i chęć odprężenia się. Od dzieciaka naszym relaksem było przejście levelu lub zapoznanie się z wątkiem gry. Wcale nie oczekujemy, by gra była realna, bo to właśnie odróżnia życie od gry – jest naciągane, aby nam się spodobało. Dlatego uciekamy do wirtuala często zapominając co w życiu jest najważniejsze. Nikomu nie zarzucam, że jest uzależniony, bo wciąż istnieją grupki tzw casuali, którym to najbardziej zazdroszczę trzeźwego podejścia do tematyki gier. Niestety takich ludzi nie jest zbyt wiele, bo skoro już ktoś zagra, to już Public Relations i odpowiedni marketing wciągną potencjalną ofiarę w czeluści uzależnienia, z którego trudno wyjść. Odpowiednie narzędzia wykorzystują każdą słabość, a najczęściej chodzi o silną chęć bycia najlepszym we wszystkim co tylko jest do osiągnięcia co ma silne powiązanie z grami, bo w końcu chodzi o rywalizację. Pojawia się pytanie, co my zrobimy, kiedy w końcu pojawią się długo wyczekiwane next-geny. Kupimy je? czy będzie to idealna okazja, aby rzucić to wszystko w cholerę. Mnie motywuje poczucie roli w rodzinie oraz fakt, iż pierwsze konsole to zazwyczaj drogi i niedopracowany kawał maszyny. Demotywuje mnie jednak siatka znajomych, którzy mieszkają daleko ode mnie, a których poznałem przez te parę lat i niekiedy mogę się poczuć w towarzystwie ludzi…którzy mają identyczne przeżycia i jakoś utrzymują koniec z końcem przy okazji opowiadając szyderczo o relacjach z rodziną. Żarty się kończą kiedy słyszymy „tak kochanie, tylko skończę rundę”, a koledzy reagują na to słowami: „stary, daj spokój na dzisiaj, żona czeka, a ty grasz” i to z pełną powagą. Takie coś słyszę ostatnio, więc nie czuję się jakoś osamotniony. Przerażające jest to, że większość moich znajomych to gracze żyjący w stałych związkach, które regularnie borykają się z problemami interpersonalnymi.

HELP

Każdy z nas nosi się z myślą, że ciężko odejść od tego (nazwijmy to po imieniu) uzależnienia. Żyjemy w kraju, który jest atrakcyjny na arenie dystrybucji gier, co za tym idzie – powinno być odpowiednio dużo instytucji pomocy z uzależnionymi graczami. Do tej pory byliśmy świadkami jedynie przestrzegania graczy krótkimi informacjami o epilepsji oraz bardzo kiepskich w skutkach przemówień w wykonaniu ks. Natanka, który ostrzega parafian, że „coś się dzieje”. Pogląd może i odpowiedni, ale wykonanie mało wiarygodne co skończyło się na wielu pośmiewiskach z wymienionym duchownym w roli głównej. Atakując graczy, którzy są dość specyficzną, zwartą i inteligentną grupą można narobić sobie niezły pasztet otrzymując równie agresywną ripostę. Zresztą jestem tego świadomy piszę tekst, że wiele osób wyśmiałoby mnie na ulicy, ale chciałbym nadmienić, że również nadal jestem aktywnym graczem z tą różnicą, że jestem świadomy obecności problemu również u siebie i staram się z tym jakoś walczyć. Istnieją zgrupowania, które wychodzą naprzeciw osobom poszukującym ratunku, takich niestety nam jeszcze brakuje, ale chętnie bym się na taką sesję wybrał z samej ciekawości. Na świecie gracze uzależnieni stają się już mniej anonimowi, a odpowiednie osoby wyciągają problem na światło dzienne realizując program uwolnienia nas od problemu. W internecie znajdziemy już takie strony jak www.video-game-addiction.org  lub www.addictionrecov.org. Dla bardziej zainteresowanych czytelników zapraszam do googla, bo można trochę poczytać na ten temat. Mam wielką nadzieję, że po powrocie żony moje wnioski nie osłabną i liczę na wasze kciuki, aby mi się udało. Za osoby w podobnych sytuacjach ja również trzymam.

[…]

Reklamy