Москва

by Mariusz

Wraz z Liliią doczekałem się tego ważnego dla nas dnia – jej wyjazdu z domu. Ponieważ zdecydowała się na bodajże jedyną, a na pewno najpopularniejsza jak na Rosjan przystało metodę transportu, czyli pociągiem, to wyjazd musiał nastąpić ze znacznym wyprzedzeniem niż mój. Był to dzień bez Lilii i przez cały czas towarzyszyły mi myśli gdzie może być i co robi. Czy czyta książkę? Może gazetę? A może coś je? Myśli te się przeplatały z tymi, że np. jutro o tej godzinie się spotkamy.

Magiczna data – 6.10.2011. Pobudka o 6 rano. Szybki spacer do Tesco po czekoladę i coś co mogę zabrać, ze sobą. Liliia mówiła mi jak bardzo lubi czekoladę, więc był cel konieczny do zrealizowania. Granatowe niebo, słońce jeszcze śpi, czuć jesień w powietrzu, a nade mną latały samoloty, którym przyglądałem się jak w żaden inny dzień. W końcu zaraz sam takim polecę. Zaraz po godzinie 7 byłem już w autobusie, który kierował się na lotnisko. Atmosfera tam była jak z innego świata właśnie przez to, że jadę w szczególnym celu. Kiedy przedostałem się przez kontrolę lotniczą wystarczyło już tylko czekać. Oglądałem startujące samoloty i czekałem na swój lot. A był to ten z Warszawy do Zurichu i z Zurichu przesiadałem się do relacji Zurich-Moskwa.

Widok alp w Zurichu z okna samolotu

Lot do Szwajcarii odbył się nadzwyczaj spokojnie pomijając efekt startu i unoszenia się ponad chmury. Oj wybór miejsca przy oknie nie był najtrafniejszą decyzją, ale po jakimś czasie nie było już tak źle. Podziwiałem widoki za oknem – przelatujące samoloty i pustynia chmur wprawiło mnie w stan relaksu. W między czasie zaserwowano nam śniadanie, które było nawet całkiem pyszne jak na tego typu bufet. W samolocie było gorąco i nie mogłem się nadziwić jak piękna jest Szwajcaria. Serpentyny dróg, piękne góry, wiejskie zabudowania – wszystko wyglądało jak w bajce. Czy można sobie wyobrazić piękniejszą drogę do terenów nieznanych? Zaraz po wylądowaniu szybko przemieściłem się do toalety. Swoje sprawy musiałem załatwić niesamowicie szybko, ponieważ miałem tylko 30 minut między lądowaniem i startem.
Po dotarciu do kolejnych bramek widziałem sporo Rosjan awanturujących się przy przejściu co pozwoliło mi nadrobić czas, ponieważ nie byłem jedyny, który spieszył się na samolot. Różnica pogody również była nieoczekiwana, ponieważ opuszczając zamgloną przyżółkłą przez jesienną atmosferę Warszawę wylądowałem w miejscu, gdzie było dość mocne słońce, więc ludzie gotowali. Po przejściu przez bramki moja grupka udała się do autobusu, który poprowadził nas do samolotu. I oto on był – Airbus, który za parę godzin będzie kołować na płycie lotniskowej Moskiewskiego Domodedova. Nie wiedzieć dlaczego musiałem spędzić około 10 minut, aby obsługa nas wpuściła na pokład samolotu, więc mogłem podziwiać go do znudzenia. Kiedy zająłem miejsce i patrzyłem przez okno to jakoś czułem, że żegnam się z Europą i nie patrzyłem na to, czy może się wydarzyć jakieś nieszczęście, którego zwykle bym się panicznie obawiał w kabinie samolotu. Przez cały czas towarzyszyły mi myśli, kiedy koła samolotu dotkną płyty na rosyjskiej ziemi i nie po to, że się bałem lotu, lecz chciałem zobaczyć się z Liliią. Na monitorach pokładowych widać, że jesteśmy w przestrzeni powietrznej Federacji Rosji i zbliżamy się do Moskwy. Za oknem widziałem nadal chmury, przez które prześwitywały małe domy i drogi. W myślach wyobrażałem sobie „to jest Rosja, jestem tu, w końcu się udało, a tam na dole są Rosjanie”. Byłem niesamowicie podekscytowany co mnie spotka pod chmurami, które przysłaniały mi widok. Przyzwyczajony do perfekcyjnej pogody nad chmurami zdziwiłem się, że naszemu spotkaniu przyświecać będzie piękna aura. Nic bardziej mylnego. Kiedy zanurzyliśmy się podchodząc do lądowania zastałem widok jak w typowej pocztówce z Rosją – szaro, deszczowo i jeszcze bardziej jesiennie niż w Warszawie. Czy to źle? Absolutnie nie! Właśnie taka była Rosja w moich wyobrażeniach i taką chciałem poznać.

Kiedy maszyna wylądowała na dość nierównej płycie lotniskowej, przyglądałem się lotnisku, które tak często studiowałem w internecie. Zastanawiałem się, czy znajdę wyjście, czy znajdę Liliię. Warto zauważyć, że nie miałem do niej prawidłowego numeru, ale to wyszło dopiero po jakimś czasie. Odebrałem bagaż i zmierzam ku wyjściu gdzie byliśmy wstępnie umówieni. Ominąłem jedno przejście, które było aktualnie w remoncie i przebijałem się przez tabuny kierowców oferujących usługi taksówkarskie. Kiedy udało mi się przebić przez nich i poczułem trochę przestrzeni stała przede mną wielka szklana ściana frontowa lotniska i nie zauważyłem nawet gdzie może być mój obecny obiekt zainteresowania. I oto była. Zmierzała w moim kierunku – piękna, ciemnowłosa, urocza dziewczyna, która poza czarnym ubraniem miała na sobie promienisty uśmiech. Rzuciliśmy się w sobie ramiona jakbyśmy czekali na siebie przez wieki. Zapewne kojarzycie sytuacje kiedy spotykacie kogoś pierwszy raz i już wiesz, że jest dobrze – jest to jedna z tych sytuacji kiedy wszystko dookoła ucisza się, w powietrzu czuć specyficzną świeżość a ciało porusza się jakby było na oazie pustynnej w cieniu. Ja czułem się właśnie tak jak to zwykle pamiętamy. Zaraz po tym przywitaniu wyszliśmy na pokrytą deszczem nawierzchnię chodników i dróg, gdzie stał bus, dzięki któremu tacy jak my mogli się dostać do Moskwy, ponieważ lotnisko to znajduje się dość daleko od wszystkiego. Jadąc autobusem nie czułem się jak winnym świecie. Miałem przy sobie osobę, z którą chciałem od dawna się spotkać i od chwili pierwszego przytulenia do paru chwil nie rozmawialiśmy. A raczej rozmawialiśmy, ale nic z tego nie wynikało. Trudno nam było odnaleźć wspólny język w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po Angielsku? Po Polsku? Po Rosyjsku? Po każdemu? Sytuację tą przerwała chwila, w którą zdecydowałem się pocałować ją w usta na pokładzie pędzącego busa. Stało to się dość szybko, ale co tu ukrywać – chcieliśmy tego, a odkładanie pocałunku byłoby z czasem trochę trudniejsze, więc lepiej było wykonać ten pierwszy krok i przełamać barierę. Dzisiaj przypominam sobie tą sytuację z sentymentem, ponieważ obecnie rozmawiamy nawet w języku polskim co nie jest to trudnością dla Lilii i bardzo dobrze pamiętam sytuacje kiedy była wystraszona tym co ma powiedzieć i jak się zachować. Ja miałem tak samo i nie chciałem, żeby czuła się obco. Była bardzo spokojna, wesoła i trochę cicha. Od tamtej chwili nie chciałem odstępować jej na krok, ponieważ wzbudziła we mnie takie pozytywne emocje, że nie chciałem marnować żadnej minuty.

Karta meldunkowa hotelu Moskvich

Po drodze śmialiśmy się z moich prób czytania tekstów pisanych cyrylicą, a jedyne co mi się udało przeczytać to „Transit” na tylnych drzwiach jadącego przed nami samochodu dostawczego. Inny wytworem tego słowotwórstwa był napis „Metpo” – prosty przykład gdzie nauczyłem się, że „P” to „R”. Minęliśmy wielką konstrukcję z napisem „MOCKBA” informująca, że wkroczyliśmy do miasta. Dojechaliśmy do metra i po paru przesiadkach dojechaliśmy do miejsca gdzie przyjdzie mi przenocować noc samotnie. Wysiadając z metra widać było wielki napis „Moskvich”, który był wybranych wcześniej hotelem. Po zameldowaniu wybraliśmy się do pokoju. 1501a – numer pokoju, który będzie punktem pobytu w tym pięknym mieście. Wyposażony w dwa łóżka, dwie szafy, biurko i mały telewizor. Łazienka z toaletą było współdzielone z trzema innymi pokojami. Pokój i standard można sprowadzić do prostej recenzji – obskurny, stary hotel robotniczy z ładnym widokiem na miasto. Liliia spała w innymi mieszkaniu jej mamy znajomej w innej dzielnicy. Bardzo zależało mi na tym, aby nie jechała, ponieważ było już naprawdę późno, prawdopodobnie musiałaby jechać daleko, a ja jeszcze nie nacieszyłem się pierwszym dniem spotkania z nią. Całą noc mógłbym spędzić na rozmowach, nauce języka rosyjskiego lub nawet mógłbym patrzeć na nią całą noc. Lilka była bardzo opiekuńcza i najważniejsze dla niej było, żebym był wypoczęty i przede wszystkim najedzony. W tym celu wybraliśmy się do hotelowego baru, który utrzymywał się w klimatach starej dyskoteki połączonej z barem. Niedaleko nas siedział ojciec z synem, którzy zamówili sobie herbatę i coś do jedzenia. My zamówiliśmy sobie mięso i herbatę oraz wino. Wino niestety nie dotarło do nas, mięso było bardzo twarde, ale miło było oglądać Lilię pijącą herbatę.

W tym całym absurdzie dziejącym się w rezerwacie (bo takie można spotkać nad polskimi placówkami przy morzu, przy czym nie mają one 15 pięter) wszystko odbywało się z uśmiechem na ustach. Było nam miło ze sobą i nic nie było w stanie zepsuć nam tego wieczoru jak i całego wyjazdu. Nigdzie się nie spieszyliśmy, bawiliśmy się ze sobą samym towarzystwem oraz zastanawialiśmy się gdzie pójdziemy, co zobaczymy. Nie znaliśmy języka, którym posługiwalibyśmy się oficjalnie, ale odnaleźliśmy swój własny język i miało to swój urok kiedy patrzeliśmy sobie w oczy, a samo to wystarczyło nam, aby osiągnąć maksimum szczęścia. Kiedy Liliia pojechała do miejsca, gdzie miała nocować czułem się jakoś dziwnie. Niczego nie rozumiałem w telewizji, nie miałem co robić ze sobą poza snem. A spać było warto, bo już niedługo znów mogłem zobaczyć moją ukochaną ciemnowłosą piękność przedstawiająca mi inny świat w zupełnie innej perspektywy. Można powiedzieć, że zaczęła kolorować mój świat swoimi kredkami, a ja jej na to pozwoliłem bez chwili zawahania. I nie żałowałem niczego.

Advertisements