Jak dalej żyć?

Czyli jak stawić czoła przeciwnościom codziennego życia

Przemyślenia w autobusie oraz podkład muzyczny życia codziennego.

Witam. Dzisiaj dla odmiany napiszę coś za dnia, bowiem niedawno wróciłem z pracy. U mnie zwykle bywa tak, że gdzie bym nie poszedł, co bym nie zobaczył to mam masę przemyśleń na temat tego co widzę. Możliwe, że właśnie przez to mam tak jakoś wyćwiczoną pamięć, że potrafię przywołać wiele szczegółów z przeszłości, których nie da się opisać słowami, a bozia nie obdażyła mnie aż takimi zdolnościami, aby to odpowiednio zilustrować. Może kiedyś się podszkolę, hmm, nowy cel w życiu.

„How are you?”

…czyli zwrot, który prześladuje mnie od bardzo dawna, a dziś jest już moim stałym elementem dnia, gdy się z kimś witam. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, lecz jest to coś co bardzo mi się kojarzy z tutejszą kulturą, a pytanie to pada niezwykle często, nawet na ulicy gdy na kogoś spojrzymy lub po prostu wsiadając do autobusu witając się z kierowcą. Nie, tutaj nie jest tak jak w domowych stronach, że wchodzimy do autobusu i wychodzimy jak z ustępu. Tutaj wręcz należy przywitać się z kierowcą, ale jeszcze bardziej wypada podziękować za przejażdżkę i odpowiednio się pożegnać. Dla mnie, jako osoby nowej w tych stronach jest to bardzo przyjemne zaskoczenie, że zupełnie obcy ludzie nawet na ulicy na przejściu, w kolejce  z zakupami w sklepie, czy nawet na przystanku witają się uprzejmie jakby przeżywali swój nalepszy dzień życia. Te emocje się udzielają i można się zarazić tym entuzjazmem zwykłym 10 minutowym spacerem.

A jak dziś minął dzień? mi dzień mija zwykle podobnie – masa obowiązków w pracy i przy okazji trochę śmiechów z kolegami na zmianie. Gdzieś między tymi obowiązkami wyciągam jakieś wnioski po rozmowie z ludzmi, dzisiaj akurat trafiło na przyglądanie się jak wygląda komunikacja w pracy, gdzie większość ludzi jest z przeróżnych stron świata tworząc niesamowitą mieszankę – Egipcjanin, Hindus, Koreańczyk, Litwin, Chorwat, Brytyjka, Francuz, Rosjanin, Irakijczyk (?), Niemiec. To tylko paru, których pamiętam i którzy są z najbliższego otoczenia. Najtrudniej jest mi zrozumieć gospodarzy. Koleżanka, która dzwoni do nas w jakichś sprawach zwykle musi powtarzać parę razy to samo zdanie zanim dojdzie do porozumienia. Do tej pory wydawało mi się, że jestem tym wyjątkiem (ze względu na krótki staż), który nie do końca kuma o co jej chodzi, a okazało się, że większość unika podnoszenia słuchawki od niej, ponieważ mają podobny problem. Cóż, najchętniej powiedziałbym jej wprost, że chciałbym przeprosić szanowną koleżankę, ponieważ posługuję się czterema językami co trochę utrudnia mi zrozumienie jej szczególnego akcentu.

Powroty autobusowe i retrospekcja z czasów dzieciństwa

Gdy wracam autobusem, mam jakieś 40 minut na urozmaicanie sobie jazdy. Wygląda na to, że idealnym rozwiązaniem jest zgrywanie sobie seriali na telefon i oglądanie sobie ich, co idealnie mieści się w przedziale czasowym od stacji początkowej do mojej. Zdecydowanie lepsze to niż spanie z głową opartą o szybę, a to z głową skierowaną w stronę butów lub jeszcze w innej dziwnej pozie. To co sobie bardzo cenie w tych piętrowych busach jest to, że  osoby starsze nie zawracają gitary ustępowaniem z miejsca mimo, że cały bus wolny, ani nikt nie pcha się z wózkiem czy z wielkimi kartonami, bo najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie utośtać tych pierdółek po tak małych schodach, na których wejście podczas jazdy wymaga doświadczenia niczym zaawansowanego alkoholika, który ma poważne problemy z utrzymaniem równowagi.

Nie zawsze jednak odcinek seriali mieści się w czasie z jazdą i czasami mam swoje przemyślenia. Jadąc do pracy czasami przyglądam się w oddalonemu horyzontowi morza i zawsze myślę o czymś przyjemnym. Jednak gdy wracam z pracy to zawieszam wzrok i myślę o czymś co się niedawno stało. Dzisiaj jednak solidnie przegiąłem i zacząłem jeszcze bardziej kopać we wspomnieniach. Pytasz mnie dlaczego akurat tak? Ano dlatego, że po drodze widziałem wypadek. Nic strasznego, raczej zwykła stłuczka. Ja jadąc autobusem przypomniałem sobie pewną bardzo nieprzyjemną sytuację z dzieciństwa. Ledwie to pamiętam, ale o ile szczegóły można zapomnieć to już rdzenia wspomnienia się nie da. Otóż jak byłem małym brzdącem mieszkającym z moimi rodzicami w małej miejscowości, gdzie nie było jako takich zasad bezpieczeństwa na ulicy, bo ani nie było chodnika, ani pasów – sam wiesz o co chodzi. Ja, jako maluch jeździłem sporo rowerem, wszędzie.

Pewnego dnia na rowery wyciągnął mnie mój sąsiad. Był piękny słoneczny, letni poranek. Coś około godziny 10. Pojechaliśmy sobie na tereny okolicznych pól, które dziś zmieniły się w osiedla domków jedno rodzinnych wyrastających jeden obok drugiego jak grzyby po deszczu. Ten dzień byłby jak każdy inny, lecz nie dla każdego dzień ten zakończył się tak dobrze i w jednej chwili z przykładnego dnia pełnego harmonii i swobody zmienił się w prawdziwy dramat. Polna droga dobiegałą końca i należało wyjechać na kawałek drogi asfaltowej, aby dojechać do domu. Kierunek jazdy nakazywał przeciąć drogę, aby jechać wedle przepisów, pierwszy wyjechał mój zaprzyjazniony sąsiad, ja wyjechałem zaraz za nim, bez oglądania się, czy manwer jest bezpieczny. Niestety tym razem nie był i kierowca samochodu zbliżającego się do skrzyżowania w tym samym momencie, w który ja wyjechałem zdecydował się oszczędzić mi życie kosztem swojego. Tak, finał zakończył się fatalnie, a ja pamiętam jedynie hałas pisku opon i nagły huk. Wtedy nawet nie obejrzałem się za siebie, byłem zbyt nieświadomy tego co się może stać po wyjechaniu na drogę i zareagowałem panicznie. Niewiele pamiętam z samego wypadku, lecz pamiętam, że szybko wróciłem do domu i leżałem w łóżku przykrydty kołdrą. Byłem w szoku, a moja mama nakazywała mi leżeć. Nie wiem co działo się zaraz potem, ale sporo minęło zanim się ruszyłem z pokoju. Jestem obecnie dorosłym facetem, lecz to miejsce, oddalone jedynie 3 minuty piechotą od domu zapisało się w mojej pamięci, a drzewo, które odebrało życie pewnego mężczyźnie prawie ćwierć wieku temu nadal tam stoi i budzi we mnie lęk oraz refleksje czym jest życie. Nie wiem, czy wiesz jakie to uczucie, ale do mnie czasami docierają myśli, które działają na zasadzie przestrogi. Nie wierzę w przesądy, przeznaczenia, czy inne takie zjawiska lecz tamten moment jest siłą, która w losowych chwilach życia nawiedza mnie i zwykle zdaję sobie wtedy pytanie jak wyglądałoby życie, gdyby kierowca się zapatrzył lub po prostu nie postawił własnego życia na szali widząc te masywne drzewa biegnące wzdłuż drogi. Wracając z domu, widząc wypadek przypadkowych ludzi przypominam sobie tamte momenty, tamto letnie powietrze i paraliż strachu jaki mnie ogarnął. Myślę dziś o swoim życiu jakie prowadzę, czy jestem z niego zadowolony, czy osiągam to co pragnę, czy jest to godne życie. Ktoś kiedyś oddał swoje życie, abym ja mógł żyć oraz robiłem rzeczy godne osoby, która kiedyś dostała drugą szansę nie poddając się. Gdy mam chwile słabości, wątpię w siebie i przypominam sobie tamto nieszczęście to mam odpowiednią motywacją, aby się nie poddawać. Jak każdy, jak ty, zastanawiałem się jak to jest umrzeć, gdy ma się dość tego syfu jaki nas otacza, lecz wstyd mi za to, ponieważ wiem, że tamten dzień miał wyglądać inaczej,  więc robię wszystko, aby zdobywać osiągnięcia oraz żebym był godzien tamtego „wyboru”.

z muzyką w tle…

Słuszasz muzyki? Po co? Z tego samego powodu co ja. A co przeżywasz, gdy odsłuchujesz pewien kawałek wnikając dosłownie w tekst i rytm? Dla mnie muzyka ma znaczenie, zapewne takie samo masz zdanie o sobie, lecz zgodzisz się z tym, że słuchając pewnego konkretnego piosenki wczuwaj się w rolę osoby, dla której grana jest muzyka?

Muzyka. Pewnego dnia oglądałem jakiś losowy odcinek programu „Top Gear”, gdzie Jeremy Clarkson testował pewne Audi w dość niekonwencjonalny sposób, bowiem miał zamiar dojechać z punktu A do punktu B na określonej ilości paliwa sprawdzając czy faktycznie jest taki ekonomiczny jak zaręczał producent. Podczas testu stosowane oczywiście były strategie jak najmniejszego spalania, czyli stałe obroty silnika i inne takie rzeczy. Co jednak zwróciło moją uwagą było pewne stwierdzenie, że podczas wjeżdżania pod górę najlepiej puścić sobie trash metal, a zjeżdżając Carpentersów. Osobiście jestem dość uniwersalny co do muzyki, dlatego słucham tego na co akurat mnie najdzie. Dlatego jako osoba wychowana na formacji Limp Bizkit zaglądam czasami do kategorii rocka, przeplatając to z twórczością Linkin Park, po klasyczne utwory w zasięgu muzyki disco lat 80’tych, a nawet uderzając do utworów Beethovena, Vivaldiego itd. Moje życie podobnie jak Audi z „Top Gear” napędzane jest pod górkę za pomocą ostrego uderzenia oraz rozluźniająca melodia swobodnych piosenek, aby nie przekroczyć dopuszczalnego limitu co uratuje mnie przed utratą kontroli.

Wiele razy miałem tak, że słuchając pewnej muzyki, konkretnej piosenki wyobrażałem sobie życie, które płynie z tempa i charakteru tego utworu. Uwielbiam odtwarzać sobie muzykę filmową, która według mnie jest wręcz przepełniona różnego rodzaju motywami w stylu szybkiej akcji, romantycznej sceny lub utraty kogoś bliskiego. Najlepszym przykładem jest w tym przypadku Hans Zimmer, który ostatnio stał się bardzo popularny dzięki mistrzowskim podkładom do Mrocznego Rycerza, Gladiatora czy najnoweszego Człowieka ze Stali. Bardzo często słucham czegoś, gdy konstruuję nowy wpis, więc wiedź, że czytając ten tekst, słucham czegoś z innej karty. Moim ukłonem w stronę gościa mojego blogu będzie umieszczenie tytułu wraz z linkiem do youtube’a, aby wpis stał się kompletny.

Dzisiejszym motywem muzycznym jest właśnie Hans Zimmer w jego OST z filmu „Batman: Początek”. Film dobry, lecz dopiero trylogia pokazuje, że jest to fenomenalny projekt okiem Christophera Nolana.

Sen, urodziny i…Tony Soprano. Oraz pewne wątpliwości z „nią” w tle.

Od czego by tu zacząć swoje wywody hmm…

Nie jestem zadowolony z wczorajszego wpisu. Chyba byłem zbyt zmęczony, gdy go pisałem i nie czuję, abym przekazał to co mi „leży”. Postanowiłem więc podejść do poruszonego ponownie.

Co z tą żoną?

Z żoną nie rozmawiam. Trudno nazwać to związkiem, ponieważ nie porozumiewamy się, tak właściwie nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Jedyną możliwością, aby to zrobić jest pewna platforma społecznościowa, na której coraz mniej bywam. Można powiedzieć, że to małżeństwo jest martwe i to wyjątek, który nas łączy. Jakoś niedługo kończy jej się karta pobytu, której warunki już dawno nie utrzymała, ponieważ nie można tak długo przebywać poza granicami kraju wydającego upoważnienie. Z tego co wiem, to próbuje załapać się na studia, aby kontynuować swój legalny pobyt. Wprawdzie próbowała się ze mną skontaktować i wymusić na mnie wyrobienie kolejnej karty. Nie wiem czy o tym pisałem, ale dla przypomnienia napiszę, że ponad miesiąc temu napisała do mnie oznajmujac mi, że musimy jechać do Polski, ponieważ kończy jej się karta. Jeżeli czytasz tego bloga, to wiesz, że na początku tego roku próbowałem przemówić jej do rozsądku wspominając, że chciałbym naszą niezałatwioną sprawę zakończyć, ale moja żona mnie zignorowała. Teraz kiedy napisała do mnie w sprawie nowej karty to zwątpiłem, czy pisze do mnie na poważnie. Wyszło na to, że naprawdę chciała namówić mnie na powrót do Polski tylko po to, aby złożyć dokumenty o wydanie nowej karty pobytu na czas określony.

Oczywiście kategorycznie odmówiłem. Po pierwsze, po tym co zrobiła jakoś nie bardzo czuję się zobowiązany do spełniania jej zachcianek. Po drugie, wątpię, aby ktoś wydał jej drugą kartę sądząc po tym jak może wyglądać jej sytuacja z perspektywy urzędu. Po trzecie, pamiętam jak wyglądał wywiad i nie bardzo wiem jakbym miał odpowiedzieć „co robiliśmy podczas ostatniego weekendu”. Po czwarte, nie będę przykładał ręki do łamania prawa w jej sprawie. Po piąte -najważniejsze – rozpocząłem niedawno życie w Irlandii, mam fajną pracę i jakoś nawet przez chwilę nie myślałem o tym, aby nagle to przekreślać skoro uporem udało mi się coś osiągnąć. To o co poprosiła (a raczej palnęła) spowodowało we mnie wewnętrzne „…że, kurwa, co…?! pogieło ją…” i pomogło to w formułowaniu skojarzeń na jej temat. Każdy z tych powodów jest absolutnym powodem, że definitywnie żadne wyrabianie karty nie w chodzi w grę, bez względu na nic. Po prostu…nie. To przeszło wszelkie oczekiwania. Ciut za późno tak poza tym.

Jakoś w tym samym czasie próbowała innego rozwiązania – chciała wymusić na mnie rozwód. Z tym, że prawdopodobnie w jej zamyśle rozwód jest czymś na zasadzie wyjścia z autobusu. Wychodzisz i jesteś wolna. Nie ma procedur, nie ma aktu rozwodowego, nie ma terminu rozprawy rozwodowej, ani nie ma samej rozprawy. Jak myślisz, ile może trwać sprawa rozwodowa? Bo wydaje mi się, że nawet, gdybym miał wszelką dokumentację to sporo trzeba poczekać na finał sprawy. A po drugie…nie jestem w Polsce. O czym myślałem, gdy napisała do mnie o rozwodzie? Że wystarczająco dużo poświęciłem się, aby doprowadzić do ślubu i nieprędko zbierze mi się na rozwód, bo sprawy związane z tym małżeństwme nie są moim ulubionym wątkiem. Teraz przypomniało mi się, że o rozwodzie napisała do mnie trochę po tym, gdy nie zgodziłem się na przedłużanie karty, ponieważ napisała mi, że skoro nie chce jej pomóc to znajdzie sobie kogoś, kto będzie chciał jej pomóc, bo chce zostać we Włoszech. Zagrosiła nawet, że gdy ja będę chciał rozwód, to ona mi go nie da. Specyficzna to osoba, cóż…

Nie wiedziałem, czy poruszanie tego tematu ma większy sens, lecz podczas odpisywania na komentarz uświadomiłem sobie, że wyszłoby na to, że pisze kolejny post, bo sam komentarz jest za długi i pominąłbym wiele istotnych rzeczy samym skracaniem go do absolutnego minimum. Tatiana w swojej uwadze bardzo trafnie podsumowała wiele szczegółów. Także Tatiano, posłużę się twoim pewnym zdaniem na temat tego, że życie zweryfikuje uczynki mojej byłej partnerki – owszem, również jestem tego zdania, ale o ile nie jestem zbyt przesądny i nie doszukuję się sprawiedliwości od Absolutu, to wiem, że z podejściem jakim kieruje się „ona” to wcześniej czy później wpadnie w niemałe tarapaty i to nieraz. Moja nadzieja wiąże się z tym, że nie odbije się to już na mnie i głównie dlatego rozpatruję opcję rozwodu. O rozwodzie jednak nie myślę (jak już wspomniałem wyżej), bo coś czuję, że czeka mnie wiele formalności i konieczność kontaktu z nią.

Co z tymi urodzinami?

Ostatnio przeżyłem ten dzień w roku, którego chcemy spędzić inaczej niż pozostałe – urodziny. Kiedyś był to dzień szalonych imprez, wymówka, aby wlać w siebie więcej niż nakazuje przyzwoitość. Dziś jest to kolejny dzień, kiedy uświadamiam sobie, że staję się coraz bardziej doświadczony życiowo. Dla ciebie może tak nie jest i inaczej to świętujesz (co mnie wcale nie zdziwi i rozumiem to zupełnie), ale urodziny przestały mieć dla mnie jakieś głębsze znaczenie niż zwykle miały. Po przybyciu do Irlandii spotkałem się ze znajomym, który okazał się być wyjątkowo przyzwoitym rodakiem poza granicami Polski. Przypomniało mi się, że zupełnie niedługo będą moje urodziny, więc zasugerowałem, aby wybłagał jakieś wolne lub miał przynajmniej na uwadze, że jest okazja do spotkania się przy piwku. Co jak co, ale świadomość typowego męskiego towarzystwo jest lekarstwem na całe zło. Szczególnie, że nie mam jeszcze skonfigurowanego kręgu znajomych na wyspie. Minęło pare tygodni…a ja zapomniałem o własnych urodzinach. Przytrafiło ci się kiedyś coś takiego? Mi tylko raz i było już za późno, bo zorientowałem się dzień po fakcie. Tym razem zorientowałem się, gdy zobaczyłem gotowy grafik w pracy. Było już za późno. Na piwko umówiliśmy się dzień po urodzinach. Zresztą nie było to piwko, tylko Starbucks i „Człowiek ze Stali 3D”.

Nowi koledzy i koleżanki z pracy złożyli mi życzenia i pytali się w jaki sposób spędze „swój” dzień. Odpowiadałem raczej wymijająco, ale miałem plan, z którym nie chciałem się za bardzo dzielić ani z bliskimi, ani dalekimi znajomymi. Chciałem go spędzić po swojemu. Skończyłem zmianę dość wcześnie i doskonale wiedziałem, gdzie pojadę. Nie miałem zamiaru rozmawiać z nikim, nie chciałem towarzystwa, ani nie oczekiwałem rozmów. Dobrze wyszło, że nie miałem umówionych ludzi na ten konkretny dzień, ponieważ im szybciej się on zbliżał, tym mniejszą potrzebę miałem na rozmowy. W dzień, który dla wielu jest wyjątkowym, dla mnie był dniem, którego chciałem spędzać ze swoją ukochaną osobą. Po prostu. W taki sposób jaki by nam odpowiadał. Wybrałem się na spokojne, wschodnie wybrzeże, okolice Howth. Nadmorska bryza, spokój, którego istetnia nie byłem pewien dopóki nie trafiłem w to miejsce pierwszy raz, podróżujące mewy, szum morza oraz dźwięk fal rozbijających się o skały. Spacerowałem po górnej części i obserwowałem horyzont. Był to jeden z tych momentów w życiu, kiedy człowiek czuje, że żyje. Czuje się oblicze konfrontacji natury i człowieka. Nie liczył się czas, ani przeszłość, ani nawet przyszłość. Liczył się tylko tamten moment. Wiesz o czym myślałem w ten dzień, będąc tam? Myślałem o żonie. Nie wiem, czy rozumiesz co spróbuję ci powiedzieć, ale musisz zrozumieć, że żona dla mnie to stanowisko w życiu, którego nie zastąpi przyjaciel, ani maskotka. Spacerując po zboczu urwiska rozmyślałem o kimś, kto był dla mnie towarzyszem uczuć. Ktoś kto miał prawo dostępu do skrytych części mnie i tylko ten ktoś mógł na mnie wpływać. Będąc tam czułem się jakbym chciał powiedzieć tej części siebie: „zobacz jakie to piękne. jak my”. Tamtą chwilę chciałem spędzić z tą osobą. Gdyby jednak pokazała się moja żona, nie czułbym się zobligowany, aby spędzić z nią chwilę, ani nawet wymienić z nią słowo. Stanowisko żony nabrało dla mnie szacunek, lecz osoba, która nią była ten szacunek straciła. Ciężko jest mi to wytłumaczyć tobie, ale nie tęsknię za tą osobą, ale tęsknię za otoczką jaka została stworzona i w okrutny sposób zrównana z ziemią.

Im dalej w las tym bardziej przekonuję się do tego, że nie mam kontroli nad tym co siedzi w mojej głowie jeżeli chodzi o  przeszłość i osobę odpowiedzialną za burdel jaki zrobiła. Rozum swoje, a serce swoje i życie toczy się dalej. Ostatnio walnąłem sobie piwko przed snem i wtedy dopiero zaczęło się dziać. Miałem pewne obawy, czy piwo na noc to dobry pomysł, ale dzień był pełen emocji więc czemu nie. Drugi raz postaram się powstrzymać od podobnych pomysłów, bo sny były bardzo nieprzyjemne – znów nawiedziła mnie „ona”, była nieprzyjemna, wredna i dokładnie taka jak widzi ją rozum. Znów wykorzystywała moje słabości, zachowywała się gruboskórnie i robiła to co przekonywało mnie, aby nie oglądać się za siebie w chwilach niepewnych. Może wyszło mi to nawet na dobre, bo po przebudzeniu się byłem święcie przekonany, że jest to osoba od której powinienem się trzymać jak najdalej. Parę dni później miałem podobny sen, ale ten mi się bardziej podobał. Znów w nim była „ona” ale tym razem zupełnie neutralna – ani dobra, ani zła, pojawiała się i nie miała wpływu na to co się w dzieje. Śniło mi się mniej więcej to, że trafiłem na jakieś zupełne bezludzie, postanowiłem wrócić samochodem. Bez prawka, pod osłoną nocy, chciałem powrócić zanim powstanie słońce. Czułem dreszczyk emocji, czułem się jak ryba w wodzie. Po obudzeniu się czułem się wyspany jak nigdy. Masz coś takiego, że śni ci się coś tak swobodnego, że chętnie wróciłoby się do tego stanu?

R.I.P. James „Tony Soprano” Gandolfini.

Wracając do tematu serialu telewizyjnego. Jak zapewne wiesz, dość popularny aktor – James Gandolfini – czyli aktor, który grał pierwsze skrzypce w serialu „Rodzina Soprano” zmarł wskutek zawału serca. Jeżeli pamiętasz ten serial to wiesz, że nie był on projektem o prostej fabule, ba, nawet miał wiele interpretacji, a ciągłość akcji miała wpływ na zdrowie Tony’ego. Aktor jednej roli? Może, ale w trakcie pierwszego kontaktu z RS uznałem James’a jako osobę, która stworzona była do odegrania roli głowy rodziny przestępczego półświatka. Okoliczności śmierci utwierdziły mnie w przekonaniu, że w mojej pamięci już zawsze pozostanie Tony’m Soprano bez znaczenia jaki film bym z nim obejrzał. Jako hołd uznałem powrót do serii i delektowanie się każdą chwilą w niej zobrazowaną.

Co ma ten serial do wiatraka? A właśnie ma. Nie chodzi o śmierć człowieka, zmarł to zmarł, szkoda go, ale o śmierci porozmawiam z tobą jak chwila będzie bardziej trafna. Co zatem wniósł ten serial – obraz człowieka, który radzi sobie z problemami rodziny jaką znamy oraz problemami rodziny mafijnej. Zacząłem doceniać wątek, w którym Tony spowiada się ze swoich żali dr Melfi, gdzie również zachodzą pewne reakcje między nim a nią. Nie wierzę do końca w te całe wizyty w prawdziwym życiu, ale zauważyłem coś ciekawego. Faktem, jest że w człowieku zbierają się informacje, które z czasem przepełniają szklankę. Im więcej tych informacji, tym cieżej, aż w jakiś sposób rozładujemy napięcie. I teraz pomyśl, ile razy w życiu było tak, że czujemy silną potrzebę powiedzenia czegoś, aby było lżej? Nic ci to nie mówi? Mówi, ale niewiele? Kochasz kogoś, ale nie wiesz czy to prawda – na przykład. Tony powiedział, a tak właściwie palnął, że kocha Melfi. Poczuł się w ten sposób lepiej, bo nie musi dusić tego w sobie i powtarza to za każdym razem, bo to przyjemne. Przyglądam się tym scenom i myślę sobie, że chyba nie do końca o to chodzi czy on ją kocha czy nie. Nie chodzi mi ani tobie o to, aby podzielić się uczuciami tak po prostu, tylkochcemy  znaleźć w tym całym syfie jakiś pozytyw. Dlaczego ona powiedziała, że to efekt progresu? Bo ma rację. Skoro jest ponuro to doszukujemy się pozytywów i jak znajdziemy kiełkującą nadzieję to chcemy dokopać się do korzenia, aby pielęgnować wyrastający okaz w nieskończoność. Tak ja to interpretuję.

James Gandolfini

Dzisiejszym mediem jest bardzo ładny projekt zrealizowany przez Jana Odvarto. Na filmie widzimy Howth, umieszczony na północny zachód od Dublina region położony przy samym morzu. Jest dokładnie taki jaki ukazany jest na filmie. To tam spędziłem swoje chwile, gdy chciałem pobyć sam ze sobą i uszanować dzień jakim są moje urodziny.

Życie jakoś płynie dalej.

Witam ponownie po krótkiej przerwie. Jeżeli mam być szczery to chciałem napisać tego posta wcześniej, ale napisałem dwa słowa i stwierdziłem, że nie czuje się na siłach, aby kontynuować. Chyba już o tym pisałem, ale moim paliwem chyba jest pewien stan, z którego nie mogę być nijak zadowolony.

Ale po kolei. Nadal zdobywam doświadczenie jako mieszkaniec Irlandii, tyle że tym razem mogę pochwalić się, iż udało mi się znaleźć pracę. Mało tego – jest to praca, do której aplikowałem w wielu miejscach, przyczym jest to stanowisko oczko wyżej od oczekiwanego. Na początek chciałbym coś sprostować swoją wypowiedź, z poprzedniego wpisu (https://jakdalejzyc.wordpress.com/2013/05/10/polak-w-irlandii). Kasia słusznie zauważyła (dzięx), że Dublin w żadnym miejscu nie wygląda tak samo. Tak to prawda, ale zależy do czego porównujemy to miasto. Kasiu, miałem na myśli to, że Dublin nie jest zbyt rozbudowaną metropolią jak można się tego spodziewać po Londynie. To tylko przykład. Miasto samo w sobie jest zróżnicowane pod względem dzielnic, które mają swoje rynki, ale nie jest to imponujące dla kogoś, kto na przykład widział kawałek świata. I nie mówię też o różnicach między santry a finglas, bo wkroczylibyśmy w temat subkultur. Gdy tu przyjechałem to miałem jasną podpowiedź – szukaj szpilki bo układ budynków nie jest różnorodny. To kiepska podpowiedź (przynajmniej w moim przypadku), bo o wiele łatwiej rozpoznaje budynki niż dostrzegam szpilkę . Niemniej budynki nie są wysokie, uliczki nie są szczególnie charakterystycznie różniące się od siebie, ale czujne oko te różnice zauważy.

Dzisiaj mogę dodać, że każdy kolejny dzień jest nową przygodą. Irlandia zaskakuje w najmniej oczekiwanych momentach, a każdy nowy kontakt wnosi coś nowego, a z czasem utwierdzamy się w przekonaniu, że jest to rejon ludzi otwartych i życzliwych. Czasami wydaje mi się, że albo to ja jestem jakiś gburowaty, albo nie mam jeszcze w naturze niektórych nawyków. Mimo to łatwo można się zarazić tą życzliwością i podziwiam tutejszą mentalność za podejście do życia w tak luźny sposób.

Co z tą pracą? Mój znajomy, któremu jestem bardzo wdzięczny za wsparcie duchowe kiedyś powiedział, że poszukując pracy cierpię na długotrwały brak odpowiedzi do momentu kiedy odezwie się paru w tej samej chwili. I wiecie co? tak właśnie było. Narzekałem na brak zatrudnienia mimo dobrych referencji, pozytywnego nastawienia i sporego doświadczenia, aż pewnego dnia dostałem telefon z ofertą spotkania. Jakoś nie byłem mocno podekscytowany, bo była to kolejna rozmowa kwalifikacyjna, na którą nie chciałem się napalać. Tego samego dnia wieczorem dostałem drugi telefon, którego nie odebrałem, ale odsłuchałem pocztę głosową…z której ledwie zrozumiałem skąd dzownią, kto dzwoni. Tak właściwie miałem tylko numer, na który oddzowniłem następnego dnia. Obie rozmowy odbywały się tego tego samego dnia. Odziwo były to pierwsze rozmowy, na których nie było agenta z zasobów ludzkich, a byli reprezentanci konkretnego działu. Na obu rozmowach się popisałem umiejętnościami, znajomością języka myśląc, że pewnie jak do tej pory, obie firmy sobie odpuszczą. Nic z tych rzeczy. Pierwsza firma zadzwoniła po weekendzie i zaproponowała tzw „próbną zmianę”, na którą się zgodziłem i która była kamieniem milowych w poszukiwaniach. Dostałem drugi telefon, abym przyniósół referencje i spotkał się z agetną z zasobów ludzkich jako druga rozmowa kwalifikacyjna. Już wtedy było trochę niezręcznie, ponieważ w jednej chcą mi dać szansę, a w drugiej rozmowa trwała 5 minut i była stricte formalnością. W firmie, gdzie odbyłem zmianę prosili o uzupełnienie dokumentacji…a druga firma zadzwoniła zaraz po tej próbnej zmianie na temat pozycji jeżeli nadal jestem zainteresowany. Ostatecznie miałem wybór między firmą o gorszym standardziej, ale bardzo pewną, a firmą, w której mam nieco wyższe stanowisko, a samo miejsce pracy jest bardzo rozmoznawalne w Irlandii oraz ma spore zaplecze historyczne. Oczywiście…wybrałem tą lepszą pozycję, ale do ostatniej chwili czułem się fatalnie przez to, że zostałem w ogóle postawiony w sytuacji wyboru. Teraz mija tydzień od swojego pierwszego dnia, a ja spoglądam na ludzi na przystanku oczekujących na autobus do pracy, jako grupkę, której stałem się członkiem. I jest to uczucie, którego mi brakowało od dawna. Powiem więcej, wracając do domu trochę się nudzę, a to już jest dziwne. Podczas swojego bezrobocia zauważyłem pewien fakt, którego bym się nie spodziewał, bowiem…lubię swoją pracę taką jaka ona jest.

Niestety moim przygodom nadal towarzyszy uczucie silnego niepowodzenia jakie spotkało mnie wchodząc w związek małżeński. Parę dni temu wymieniłem się wiadomościami z moją dawną znajomą, dla której udało mi się zrobić chyba wiecej niż komukolwiek kogo znam. Znacie to uczucie, gdy poznajecie kogoś zupełnie nowego i jest to ktoś kto w sposób wyjątkowy wpasowuje się schemat osoby, która sprawia, że czujemy się lepiej, a mimo to nie jest to kategoria miłości? Coś na zasadzie bliźniaka, do którego mówimy, a ten już zna kolejne zdanie, które wypowiadam i odwrotnie. Ktoś komu pomagamy bezwarunkowo ponad granice dobroczynności i możemy, ponieważ my to my. Podczas naszej rozmowy dotarło do mnie, że zawsze wyznawałem, że nie ma rzeczy niemożliwych, a ona wiedziała, że nie stoję bezczynnie, gdy mogę pomóc, wręcz przeciwnie – pomogę, bo lubię wyzwania. Żona była dla mnie wyzwaniem od samego początku i w niej kumulowałem swoje hobby poszukiwania rzeczy niemożliwych do osiągnięcia. Tracąc żonę straciłem więcej niż mogłem przewidzieć. Straciłem sporą część siebie, a moje podejście do wielu rzeczy się zmieniło. Gdy przyjechałem do Irlandii, podczas rozpakowywania torby zauważyłem jej spinkę do włosów w kształcie kokardki. Najprawdopodobniej zostawiłem ją, gdy przeprowadzałem się z Warszawy i przegapiłem ją. Schowałem ją w pierwszym lepszym miejscu, lecz gdy na nią spojrzałem to miałem tą specyficzną chwilę zastanowienia. Czuję nienawiść do swojej żony, ale nawet gdy próbowałem o niej zapomnieć umyślnie zostawiając wszystkie przedmioty, które mi się z nią kojarzą, ostał się ten jeden szczegół… Całkiem niedawno okazało się, że tym pierwszym lepszym miejscem gdzie odłożyłem ozdobę jest wewnętrzna część kieszeni marynarki. W tej samej, w której byłem na sobie na każdej rozmowie o pracę oraz podczas pierwszego dnia pracy. W chwilach niepewnych, pełnych stresu i obaw co będzie dalej.  Minęło parę dni, w celu wyprania garnituru opróżniałem kieszenie z papierków, biletów, notatek. Znów widzę bordową kokardkę i znów zawiesiłem na niej wzrok, lecz tym razem miałem dla siebie wiecej czasu. Usiadłem na krawędzi łóżka, łokciem oparłem się o kolano, drugą ręką trzymałem pamiątkę próbując przypomnieć sobie moment kiedy ostatni raz sprawowała swoją prawidłową funkcję. Po paru chwilach dotarło do mnie, że może i jest to pozostałość po żonie, jakiś ślad tego co było kiedyś, niemniej dziś nadal spełnia swoją funkcję spoczywając na dnie wewnętrznej lewej kieszeni mojej marynarki.

Przeżywam coś bardzo dziwnego i obcego. Był moment kiedy wierzyłem, że wszystko jest już lepiej. W krytycznych momentach takich jak pierwszy dzień pracy wróciłem do swoich czterech ścian z marzeniem, którego nie mogę spełnić – pochwalenie się żonie tym co mnie spotkało w ciągu dnia, pokazać, że może być ze mnie dumna i że w końcu będziemy mogli żyć według założeń, które sobie ustanowiliśmy. Realizuje te postanowienia, ale jej tu nie ma. Łzy się pojawiają w moich oczach, czuje jak jedna z nich mknie przez prawy policzek, gdy uświadamiam sobie, że nigdy jej już nie będzie i nie poczuje jej delikatnego dotyku jak dawniej, ani nie doświadczę jej promienistego, pełnego entuzjazmu uśmiechu, którego pamiętam jakbym go widział wczoraj. Robię to tylko dla siebie, a mimo to nadal ją wspominam, próbuje sobie wyobrazić sytuacje jak zareagowałaby i co by powiedziała. Mogę próbować żyć dalej, udawać, że nic się nie stało, ale mimo to ciągle prześladuje mnie jej śmiech w myślach. Zawsze potrafiła zaskoczyć czymś nadnaturalnie pozytywnym w każdym momencie.

Nie potrafię tego opisać słowami, szczególnie nie chciałbym, aby ktoś przeżywał podobne doświadczenia. Niedługo minie rok od kiedy się ostatni raz widzieliśmy, a ja nadal pamiętam to jakby to było wczoraj. Widzę jak patrzy mi w oczy, zapewnia, że wróci i swoją stanowczością przekonuje mnie, że tak się stanie. To spojrzenie nadal czuje i chyba nie pogodziłem się z faktem, że tego nie zrobi. Poszukiwałem wyzwań, dowartościowywałem się bezwarunkową pomocą, gdy ktoś cierpiał – robiłem co mogłem, aby to zmienić. Nigdy nie chciałem nic w zamian. Przez to co się stało czuję się jedyną osobą, której nie jestem w stanie pomóc z najprostszą potrzebą, która nagle stała się nieosiągalna – bycie kochanym.

Żona z Rosji, ślub z rosjanką.

Witam wszystkich.

Dzisiaj pierwszy raz od początku istnienia przyjrzałem się statystykom mojego bloga. Spodziewałem się tego, iż większość fraz, które skierowały was tutaj to „żona z rosji” (celowo z małej litery, bo tak również mam podane). Nie spodziewałem się jednak tak wielkiej reakcji pod względem wiadomości prywatnych. Rozumiem, że jest to nietypowe przypadki dla was i czujecie się w swoich sytuacjach pogubieni – znam to, też tam byłem. Jednak jest was tak dużo, że niestety musiałem usunąć link do maila, bo nie jestem w stanie odpowiadać na wszystkie wasze pytania, ale zawsze możecie napisać komentarz i chętnie odpowiem.

Ale chciałbym przejść do rzeczy. Wielu z was pyta najpierw o sprawy formalne związane z ślubem z rosjankami (ukrainkami, białorusinkami itd), a następnie pojawia się pytanie dość osobiste „czy warto?”. Ku mojemu największemu zdziwieniu okazywało się, że w tak krótkim czasie jak prowadzę bloga okazywały się przypadki bardzo podobne do moich. Ślub i ukochana osoba przepada się pod ziemię. Wtedy korespondencja reaktywuje się, a w jej następstwie zapoznaje się z pytaniami o okoliczności, przypadki, doświadczenie, kolejne kroki.

Powtarzam: najczęściej pojawiającymi się słowami kluczowymi są „żona z rosji” zaraz za tym wszystko co związane z „fikcyjnymi ślubami” i „polacy oszukani przez rosjanki”. Bądźcie czujni i umieściłem ten wpisz szczególnie dla tych, którzy nie są pewni jak wygląda druga medalu po ślubie jak coś się nie uda.

Dlaczego nie?

Ostrzegam. Ślub z rosjankami to jest bardzo ryzykowny temat, gdzie możecie wplątać się w wiele problemów zupełnie przypadkowo, gdzie nic nie wskazywało, że nawet długo rozwijająca się znajomość nie może wręcz być fałszem. Często jest tak, że bardzo spieszymy się z formalnościami podejścia do ślubu. Formalności te wymagają sporej uwagi i jest o tyle skomplikowane, że w tym samym czasie musimy zapoznać się z warunkami udzielenia karty pobytu tymczasowego. Ten pośpiech i ciągłe myślenie o procedurach, kruczkach w paragrafach, obchodzenie prawa, szukanie wyjątków oraz chodzenie od USC do UdsC odbiera nam czas, gdzie powinniśmy zastanawiać się czy jest to słuszna decyzja. Te obawy zawsze pojawiają się przed ślubem, a jednak osiągnięcie celu „ślub”, gdzie często nas zlewają staje się wyzwaniem samym w sobie. Otóż ślub z szanownymi paniami zza granicy może być dla was spełnieniem skrytych marzeń może faktycznie być dla was definicją koszmaru po ślubie.

Panuje stereotyp, że wschód ma inną mentalność, ludzie są gościnni, kobiety wierne, a dziewczyny wychowane pod życie w rodzinie. Jest to może prawdą, ale jednocześnie jest to prawda naciągana i coraz częściej wykorzystana. Gdzieś tam po drodze na pewno ktoś z was był zapytany/zapytana, czy chcielibyście mieszkać w Rosji. Ja również bym nie chciał, ale to pytanie ma chyba inny kontekst. Jestem osobą interesującą się kulturą byłego związku radzieckiego, historią i samymi ludźmi, których de facto znam do dziś i chwalę sobie te znajomości. Otóż na wschodzie pojawiła się moda uciekania. Tak jak u nas jest nadal moda na uciekanie z Polski w celu lepszego życia na wyspach czy w Skandynawii lub nawet są osoby, które wyczekują na zniesienie wiz do USA, żeby zapodać sobie reset życia tak samo podchodzą do tego młodzi ludzie z Rosji. Z tą różnicą, że my sobie podróżujemy ot tak jeżeli zaoszczędzimy kasę. Oni natomiast muszą się nieźle nagimnastykować, żeby przekroczyć granicę i to my jesteśmy tranzytem w osiągnięciu celu – przedostaniu się do Europu, która jest dla nich mekką. Brzmi to niesamowicie okrutnie, ale tam samo jest to możliwe jak nagła zmiana pogody. Oczywiście nie jest tak, że każda jest ta zła i niedobra, bo można trafić na wierną żonę, która jest w miarę kumata i rozwali wspólnie budowanego ogniska domowego, ale bądźmy szczerzy – jest to 6 w dużym lotku.

Ktoś mógłby zadać mi pytanie dlaczego jestem taki pesymistycznie nastawiony, skoro przeżyłem swój przypadek tak a nie inaczej wrzucając wszystkich do jednego worka. Uwierzcie mi, mam powody, aby tak myśleć, ale jak do tej pory próbowałem być wyrozumiały. Ilość osób wykorzystanych i ostatecznie bezsilnych jest zdecydowanie za duża. Na czym polega więc problem? jeżeli nie wypali to rozwód i tyle, nie? otóż…nie. Zanim skapniemy się, że coś poszło nie tak to możemy być jeszcze oskarżeni o organizowanie fałszywego ślubu, co jest ostatnio popularne i cholernie dochodowe. Po durnym zachowaniu mojej żony doszukiwałem się wszelkich informacji na temat fałszywych ślubów, konsekwencji i ewentualnego wyjścia z tego z podniesioną głową.

Jakie konsekwencje

Po pierwsze napisałem wiadomość do Urzędu ds. Cudzoziemców o mojej sytuacji. Odpowiedź przyszła do mnie po miesiącu, że mogę w tym przypadku wystąpić do Wojewody z wnioskiem o cofnięcie karty pobytu tymczasowego dla żony. Nic więcej nie było w treści mimo, iż napisałem o prawdopodobieństwie oszustwa. Mógłbym cofnąć jej kartę, ale jaki z tego sens, skoro kończy jej się ona w lipcu. Żeby było weselej, żona odezwała się do mnie w tej sprawie, że chciałaby zrobić kartę ponownie, żeby pozostać dłużej i miała do mnie wręcz pretensje, że karta nie upoważnia jej do podejmowania pracy na terenie Unii Europejskiej. Mam teraz z nią słaby kontakt z czego się cieszę, bo jest to osoba zupełnie pozbawiona skrupułów, honoru i jakiegokolwiek szacunku często wyrażająca swoje emocje w niecenzuralnych słowach próbując przy tym wywołać psychiczny ból.

Warto zastanowić się dwa razy zanim podejmiemy decyzję o ślubie, nie tylko dlatego, że jest to ciągłe użeranie się z placówkami państwowymi, ale również dlatego, że osoby, dla których to robimy mogą próbować nas złamać. Obecne mieszkam w Irlandii, gdzie jest mnóstwo ludzi różnych narodowości. Rosjanie są tą narodowością, która wydaje się być niechętnie goszczona, a opinie na temat sąsiadów jest zdecydowanie kiepska. Potwierdza się teoria, że jest to naród bardzo egoistyczny, wierzący w swoją wyższość i po prostu ordynarny.

Przede wszystkim uczulam – nie ma typowego wsparcia dla osób oszukanych ani „porzuconych”. Formalności, które trzeba załatwić zanim dojdzie do ślubu są wycieńczające i mamy wrażenie, że każdy chce nam wszystko utrudnić. Gdy jednak dojdzie do trwałego rozpadu związku to już nikt nie za bardzo pyta o nic. Mamy taką sytuację w Europie, że jest stały napływ imigrantów spoza UE i spory nawet procent to ściema, z którą walczą organy sprawiedliwości, ale kiedy sami do nich pójdziemy i powiemy zaszło to zachowują się jakby mieli związane ręce.

Przykłady z życia

Pierwszą osobą, która szczególnie mi się zapamiętała to kolega z Krakowa, który zapoznał się ze swoją lubą jeszcze dawniej niż ja. Schemat związku wyglądał podobnie – oczekiwanie na ślub i dalsze uroczystości. Jego przypadek jednak jest warty współczucia, ponieważ uroczystość odbywała się w oryginalny sposób, był ślub cywilny, kościelny oraz miesiąc miodowy w ciepłych krajach. Zanim państwo młodzi pojechali na wakacje to złożyli stosowny dokument o kartę pobytu. Wszystko przebiegło fajnie, dawno wrócili z wakacji, żona znalazła sobie nawet pracę, kolega wziął kredyt na mieszkanie, samochód. I wiecie co się stało, prawda? Żona oświadczyła, że nie ma zamiaru całe życie odkładać pieniędzy na to mieszkanie i zostawiła go. Ten długo nie mógł dojść do siebie, popadł w alkoholizm i wtedy się do mnie odezwał. Z czasem ją odnalazł, ale zakończenie historii wpisze w podsumowaniu.
Inny przykład to z mojego podwórka wręcz, ponieważ para mieszkała w Warszawie od dwóch lat, wyrobili kartę pobytu itd. Żona bardzo atrakcyjna, wymagająca, ale kolega spełniał jej wymagania materialne. Dużo podróżowali po świecie, on miał też taką pracę, która wymagała od niego poruszania się po Europie, co było na rękę żonie, bo chętnie podróżowała z nim jako „wierna żona, która chce być blisko ukochanego”. Podczas jednej z tych delegacji żona „zaginęła”, kiedy mąż był w placówce swojej firmy.
Nie wszystkie historyjki układają się pomyślnie dla żon. Mimo, że świadomie wybierają życie bez męża po ślubie, to ich niewiedza o kraju, w którym pozbawia ich możliwości. Ten przypadek akurat nie dotyczy bloga, pochodzi z życia codziennego jednego z kolegów mieszkających w Manchesterze. Ślub był, impreza była, żyli razem, ona dostała ten certyfikat, który jest wydawany na miejscu, że może żyć w Wielkiej Brytanii. To jest mój ulubiony przypadek, ale aby opisać go w całości, musiałbym napisać osobny artykuł. Samo zakończenie znajduje się na dole.
Ale nie każda historyjka ma swój happy end. Wielu z was zdaje sobie sprawę jaki to świat potrafi być okrutny, szczególnie dla osób, które nie za bardzo potrafią sobie poradzić samodzielnie i za którymś razem powija im się noga, bo nie było tak jak miało być według wcześniej założonego planu. Przypadek szczególnie okrutny, ponieważ pojawia się motyw dziecka i poświęcenia jakim wykazał się młody chłopak, który nie dość, że zorganizował miłości swojego życia nowe życie, w którym nie było przemocy, o której tak dużo słyszał i szczerze to wierze, że to mogło faktycznie być. Żona pochodziła z odległej części Rosji, gdzie kobiety nie są szczególnie dobre traktowane, a mówiąc wprost są workiem na spermę i maszynką do dbania o zapadający się dom, gdzie facet jest wiecznie nawalony. Dziewczyna (atrakcyjna) po cichaczu chciała wyrwać się z tamtego świata i poszukała sobie faceta na popularnym portalu społecznościowym. Korespondowali długo, gdzie ona nie wypowiadała się na temat swojego obecnego życia, a swoje doświadczenie przedstawiała jako coś co ma za sobą. Kolega z Polski nieźle się nagimnastykował, aby pomóc jej i jej dziecku (4 letni wtedy chłopak) przyjazd do Polski z wizą na 90 dni. To było dość dawno temu, a kolega brał pod uwagę ślub, przy czym nie doszło do niego. Dziewczyna za żadne skarby nie chciała wrócić do Rosji i postanowiła żyć jako nielegalny imigrant. Dopiero po jakimś czasie skorzystała z amnestii w celu ślubu z Polakiem. I udało się. Jest czego gratulować? uporu. Jest czego współczuć?
Jest. Wielu rzeczy. Kobieta po pierwszych roztopach ulotniła się…pozostawiając dziecko. Kolega w szoku, bo gdzie ona i co z dzieckiem? W końcu znali się tyle lat i co dalej. Historia dość drastyczna, ponieważ udało mu się zlokalizować żonę (to się samo udaje wcześniej czy później bez większego wysiłku). Chłopczyk był dzieckiem z wpadki, a typ co bił kobietę nie był jego ojcem. Dziewczyna zostawiła Polaka, wyjechała na południe i tam zamieszkała…z kolesiem, od którego podobno uciekła. To ona zaprosiła go do europy i dostał on wizę z jej inicjatywy. Podobno mieszkają razem nadal, a dziecko zostało w Polsce (szkoła itd), do którego matka nieszczególnie się przyznaje, a jej obecnemu facetowi to prawdopodobnie na rękę, bo można wnioskować, że to bękart „z przypadku”, dzięki któremu matka zaliczyła niejednego siniaka.
A co z wcześniejszymi dziewczynami? Żona z Krakowa również uciekła na południe, gdzie zapoznała się kolejnym kolesiem i na tym zakończył się epizod. Mąż stracił pracę przez problemy z alkoholem, nie był przez to wypłacalny i sprzedał mieszkanie z dość potężnym długiem, którego tak szybko nie spłaci. Bardziej załamał się faktem, że żona wcale nie chciała z nim być a jej plany dotyczyły innego faceta od samego początku, tyle że ten ją olał, gdy ona wyszła za innego. Ona i tak znalazła innego, po jakimś tam czasie pobytu na obczyźnie. Żona Polaka, którego praca związana była z delegacjami wybrała życie we Włoszech. Pobrała sporą sumę pieniędzy z konta swojego męża i ulotniła się z hotelu, w którym byli razem. Co ciekawsze, uciekła od niego, gdy byli w Oslo, a żona znalazła się na samym południu Włoch – na Sycylii. Dopiero później przeniosła się na północ w poszukiwaniu pracy…na którą nie ma pozwolenia, więc jeszcze obecny mąż wnioskuje, że utrzymuje się ze sponsoringu, bo nie była zbyt samodzielną osobą, a skoro nie była wykwalifikowana to zajmowała się domem co też jej nie wychodziło. Więc z czego się może utrzymywać? Kolega wniósł o rozwód, a sprawa jest w toku. Ostatni przypadek to ten z Wielką Brytanią. Otóż jest on o tyle śmieszny, że żona, która pobrała się z angolem nie wiedziała, że jej karta pobytu nie ma nic wspólnego ze strefą schengen i nie ma ona prawa podróżować po europie bez ważnej wizy. Kolega oczywiście załamany zorientował się, że żona go zostawiła wykorzystując go dla zalegalizowania pobytu. Dlaczego nie wyrobiła sobie wizy? bo nie miała pojęcia, że taka będzie jej potrzebna. Sprawa wyszła na jaw, gdy kolega został zaproszony do wyjaśnienia sprawy, ponieważ żona chciała wyrobić wizę oświadczając, że jest w związku małżeńskim. Na jej nieszczęście niewiele wcześniej on wniósł o rozwód z podejrzeniem oszustwa. Była już żona została deportowana do Rosji…i tak szybko chyba jej nie pozwolą wrócić.

Eee przesada!

Oczywiście są to ekstremalne przypadki i prawdopodobieństwo, że zostaniecie bankrutami czy alkoholikami bez dachu nad głową jest mała. Nawet fakt, że może tak być nie powinno być opiniotwórcze. Cały jazz polega na tym, że my – Polacy – mamy pewne przyzwyczajenia i oczekiwania wobec żon ze wschodu są mało wygórowane. One same nauczone są do innego stylu życia, mają inne wyobrażenia o naszym życiu, ale także szybko zapominają, że całkiem niedawno żyły w ciemnej dupie. My mamy nadal cele takie jak ślub, zakup mieszkania, dzieci i oczywiście dobra praca w tle. Biorąc ślub z Polką mamy o tyle lepiej, że wychowywaliśmy się na tych samych zasadach, znamy nasze życia, warunki w jakich się wychowywaliśmy i ile razy to dostaliśmy kopniaka od życia w zupełnie takich samych chwilach. Cudzoziemcy potencjalnie niewiele ryzykują wykorzystując nas, bo samo to, że tu będą to już dla nich osiągnięcie celu. Jeżeli będziemy tym celem dla którego oni przyjadą to tak. Albo jeżeli to czytasz i masz wątpliwości to spójrz w lustro i odpowiedź sobie czy jesteś człowiekiem, za jakiego się uważasz dla niej i czy dobrze ją znasz. Poważnie, zastanów się.

Polak w Irlandii

Tak, to ja :) Halo wóz, halo wóz, znów nadajemy.

Przepraszam jeżeli wśród was jest ktoś kto wpadł tu więcej niż raz i zniechęcił się moją nieobecnością, ale przez ostatni czas miałem sporo na głowie. A co? Nie sposób wszystkiego napisać jednak postaram się przybliżyć sytuację.

Po pewnym wydarzeniach w moim życiu po nieudanym postanowiłem zresetować swoje życie. Nie do innego miasta, nie do innego województwa, ani nie na drugi koniec Polski. Byłem załamany, pogubiony, zdesperowany w takim stopniu, że po rozmowie z moim znajomym postanowiłem spróbować swoich szans za granicą. Mój znajomy to Polak mieszkający w Irlandii, a jego staż sięga około 5 lat na zielonej wyspie. Po wysłuchania mojej historii zgodził się pomóc mi w osiedleniu się w Dublinie. Udostępnił mi pokój na miesiąc, a ja w tym czasie miałem szukać sobie pracy i pomagać w prowadzeniu domu.

Zanim to się jednak stało, długo siedziałem w domu rodziców, zanim coś się ruszyło. Nie jestem pewien czy wybrałem dobry czas na rezygnację z pracy, ponieważ ostatnim dniem pracującym był koniec roku, a chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że nie jest to dobry moment na szukanie pracy. Posiedziałem dość długo w domu i z czasem czułem, że muszę poruszyć tą sprawę wyjazdu zanim spodoba mi się chodzenie spać nad ranem i jadanie śniadania popołudniu. Zakupiłem bilet, wylot w połowie kwietnia. Wystarczyło czekać. Zanim jednak wyleciałem, czytałem różne poradniki, blogi różnych ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia i muszę przyznać, że niewiele naczytałem się tych blogów. Wygląda na to, że ludzie, którzy tu są nie za bardzo chwalą się swoimi przeżyciami, a poradników na portalach jest jak grzybów po deszczu.

Zrobiłem co wyczytałem i co mi intuicja podpowiadała, że będzie mi potrzebne. Przetłumaczyłem dokumenty, postarałem się o odpowiednie referencje, pozałatwiałem wszelkie sprawy, które miałem zaległe. Ciężko było nie odmówić propozycji znajomego, szczególnie słysząc, że praca czeka, życie w dostatku i ze znajomością angielskiego można wszystko. Podziwiałem kolegę, że zdecydował się mi pomóc, a przecież pierwszy raz mnie spotkał na żywo podczas tego właśnie wspólnego wylotu do Irlandii. Pełen optymizmu i podekscytowania wyleciałem do Dublina.

Ireland, here I come!

Po około dwóch i pół godzinach wylądowaliśmy na lotnisku. Odebrał nas znajomy, którego również znałem ze słyszenia. Zasiadłem na honorowym lewym miejscu, gdzie zwykle siadał kierowca. Niewiele mogłem zauważyć, ponieważ kolega prowadził samochód raczej szybko, ale pierwsze co rzuciło się w oczy to specyficzne zabudowanie osiedli mieszkaniowych w Swords, gdzie przyszło mi zamieszkać. Drewniane mieszkania wykończone ceglaną fasadą zupełnie niczym nie różniące się od siebie. Jedni mieli bramy, większość jednak posiadała jedynie podjazd z trawnikiem bez ogrodzenia. Nie ukrywam, że bardzo przyjaźnie i przede wszystkim sterylnie to wszystko wyglądało.

Pierwsze dni to było raczej zapoznawanie się z otoczeniem. Tu sklep, tam park itd. Pierwsze na co chciałem zwrócić uwagę to różnice cenowe produktów spożywczych, które okazały się spore. Jest wiele polskich produktów co jeszcze bardziej ułatwiało poruszanie się między regałami i zapoznawanie się z wartością jaką przyjdzie mi wydać. Chleb polski kosztuje około 2 euro, piwo (6 pak) to około 7,5 euro. Mleko łaciate to 1,5 euro. Chipsy to też jakieś dwa euro. Uświadomiło mnie to, że trzeba zacisnąć pasa zanim znajdę pracę i ograniczyć wydatki do minimum.

Ok, to poszukajmy tej pracy. To był priorytet numer jeden. Odwiedziłem http://www.jobs.ie i porozsyłałem CV we wszelkie możliwe przystępne ogłoszenia. Kolega powiedział mi, że mam wysyłać wszędzie, bo irlandczycy to debile. Ja jednak wolałem rozsyłać tam, gdzie nie będę miał problemu z pozostaniem na dłużej. A w mojej branży hotelarskiej ogłoszeń było od groma.

I co z tą pracą…?

Po miesiącu nie mam się czym pochwalić. Z czasem okazało się, że z pracą wcale nie jest tak kolorowo jakby się wydawało. Wielu polaków albo pracuje na swoich stanowiskach od lat, albo utknęli w obozach pracy przy zbieraniu warzyw w gospodarstwach lub w najlepszym przypadku wkręcili się w jakiś biznes na lotnisku. I w taki sposób poznałem całą gamę kelnerów, restauratorów, kucharzy, mechaników. Ludzie pracy bez większych osiągnięć. Minimalna w tym kraju to 8,70 euro na godzinę, więc zdecydowanie więcej niż w Polsce, a nawet wyższe ceny za wszystko nie ogranicza życia w dostatku (względnym), bo i wynajem mieszkania to około 200-300 euro za pokój lub 1000-1500 euro za całe mieszkanie. Rachunki wcale nie są takie wydatki. Także jeżeli ktoś zarabia te 400 euro tygodniowo to wychodzi na tym całkiem dobrze.

Jest tylko ta wada, że najpierw trzeba ją mieć. Polaków jest tu też niemało co nie jest większym zdziwieniem. Ci, których znam nauczyli się angielskiego na miejscu i mówią słabo. Prosty przypadek załatwienia ubezpieczenia przez znajomego nie obyła się bez mojej interwencji, po nie wiedział co to znaczy „device”. Oni jednak mają pracę ja nie. Dlaczego? Ponieważ obecnie rozesłałem ponad 100 CV to różnych miejsc z czego miałem jedynie dwie rozmowy kwalifikacyjne. W rezultacie za jedną rozmowę podziękowano mi listownie. Po tej jednej rozmowie wiele wynikło, ponieważ wydaje mi się, że oczekiwania na stanowiska są dość ograniczone dla Polaków. Może dlatego, że większość z nich gada po angielsku jakby dopiero włączyli zagraniczny kanał telewizyjny, a mówią, że posługują się językiem jak rodzimym językiem, a w praktyce okazuje się zupełnie co innego.  Doświadczając takich kandydatów, można wyrobić słabą opinię pozostały. Ja do swojego języka nie ma obiekcji, ale jak udowodnić swoją zdolność językową skoro na drugą rozmowę zostałem zaproszony po 3 tygodniach czekania? Dopiero wtedy dopiero wynika czy ktoś kuma po angielsku czy tylko tak napisał. Z pracą nie jest wcale tak łatwo. Oficjalna stopa bezrobocia jest na podobnym poziomie jak w Polsce, więc łatwo zauważyć preferencje co do ewentualnych kandydatów. Ja napisałem uczciwie „fluent”. Będąc zaproszonym na drugą rozmowę przygotowałem się maksymalnie – najczęściej zadawane pytania na rozmowach kwalifikacyjnych oraz najczęściej oczekiwane odpowiedzi. Wszelkie formułki miałem w małym paluszku, więc i rozmowa potrwała niesamowicie krótko. Efekty poznamy dopiero za około 4 dni, ale jeżeli rozmowa wypadła tak jak ja to widziałem to można być optymistyczne myśli. Jeżeli nie to bardzo się zdziwię i albo dam sobie spokój z Irlandią i przeniosę się na drugą wyspę, gdzie bezrobocie sięga jedynie 6 procent i z pracą nie jest tak źle. Ale skoro tu jestem to staram się ile sił.

Po dłuższym pobycie.

Mimo wszystko nie jest tu tak kolorowa i wcale nie mam na myśli pogody, która jest w kratkę i jest moim najmniejszym problemem. Kończy mi się okres pobytu u kolegi, który delikatnie mówiąc naciska, abym sobie znalazł nowe mieszkanie. Pytanie jednak jest takie, czy warto wynajmować. Do tej pory myślałem, że zdążę znaleźć pracę zanim będę musiał się przenosić co i tak miałem w planach. Teraz nie jestem już niczego pewien. Czasami wydaje mi się, że moje odejście z tamtej pracy wcale nie było najlepszą decyzją jaką mogłem podjąć. Z czasem zacząłem doceniać to co miałem, ludzi których tam poznałem i problemy do których się przyzwyczaiłem. Obym znalazł pracę i szybko się przekonał, że zacząłem osiągać postępy niż się cofam.

Także każdemu, kto ma przed sobą tą decyzję i nie jest przekonany czy da sobie radę radzę, aby dał sobie spokój przynajmniej z Irlandią. Warto zastanowić się nad czymś innym. Ja mam dobre doświadczenie, idealne wręcz referencje z przystępnymi certyfikatami. Proces rekrutacyjny trwa zbyt długo, opłaty są zabójcze, a ludzi niezbyt pomocni. Samo podejście do tzw FAS’u, czyli tutejszego biura pracy to jak rozmowa z drzewem gdzie autentycznie powiedzieli mi, że nie chcą mojego CV, bo i tak stracę czas, a następnie polecili mi strony www, które sam wcześniej znalazłem. Ja mam to szczęście, że pomagają mi moi znajomi i ci się naprawdę wykazują inicjatywą jeżeli chodzi o podwózki do poszczególnych placówek, po samo szukanie pracy po znajomych i miejscach pracy kończąc. Jednego dnia objechaliśmy okolicę rozrzucają CV gdzie się da co też wiele nie dało. Ktoś kto nie ma takiego ułatwienia i nie ma kwalifikacji, szkoły inżynierskiej, medycznej albo czegoś związanego z IT to w niczym innym sobie pracy raczej łatwo nie znajdzie. Budowlanka się zatkała, hotelarstwo nie zatrudnia (kryzys?), sklepy tylko po znajomości itd. A samo poruszanie się po mieście to za pomocą autobusów wygląda dość ciężko. Miasto jest praktycznie wszędzie tak samo wyglądające. Budynki 3 piętrowe różniące się kolorem drzwi i siatka ulic. Ciężko zapamiętać nawet drogę powrotną, bo bardzo rzadko zdarzają się charakterystyczne miejsca zapadające w pamięć.

Never ending story

Czyli „niekończąca się opowieść”. Ten tytuł jest odpowiedzią na pytanie, które sobie zadałem – ‚z czym kojarzy ci się twoje życie’.

Niestety momenty, podczas których czuję się spokojniej od ciążących myśli związanych z rozpadem małżeństwa nie trwają długo. Zwykle wszystko się sprowadza do momentu kiedy czuję potrzebę wymiany między mną a nią. Poszukuje jakiegoś cienia szczęśliwej przeszłości. W 99% przypadkach jest to poszukiwanie promyków słońca w ulewny dzień. Po trudnej rozmowie, gdzie solidnie obrywam przyjmując coraz intensywniejsze pogardliwe odpowiedzi. Skąd to się wzięło? Zadaję sobie to pytanie i popełniam podstawowy błąd – pytam ją o to. Zadała mi wczoraj jedno pytanie, na które nie wiedziałem jak odpowiedzieć, mianowicie „czy zapytałem chociaż jak idzie jej w szkole?”.

Zadała odpowiednie pytanie w odpowiednim momencie, ponieważ jest to jedno z wielu pytań, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć. Od samego początku nasze rozmowy, te najodleglejsze prowadzone były przez Skype, nawet gdy były pisane mogliśmy się widzieć. W taki sposób poznawaliśmy się i widywanie się były nieodłącznym elementem rozmów. Niedługo minie 6 miesięcy od chwili kiedy się ostatnio wiedzieliśmy, a rozmowy zwykle opierały się o kryzys między nami. Przyjemne tematy o modzie, podróżach, kuchni, muzyce były ogniwem zapalnym do kłótni. Pisząc teksty na blogu moja żona nazywała kiedyś zdolnością. Pieszczotliwie określiła mnie „mój poeta”. Dziś nazwałaby to obsesją lub czymś gorszym. Taka jest różnica między żoną, a byłą żoną – akceptacja. Lubię pisać, to była jedna z moich czynności, aby uciec od codzienności. Jedni zaglądają do kieliszka, inni poszukują przygód poza życiem małżeńskim, a ja pisałem teksty na przemian z drobnymi operacji w dziale fotografii/photoshopie.

Jeżeli zostało w niej coś co mnie kiedyś fascynowało, wiedziałaby, że decyzja o jej wyjeździe, uniemożliwienie widzenia jej na skype jak dawniej oraz enigmatyczne dialogi bez konkretnych informacji niszczy najtrwalsze związki oddalały nas od siebie dalej niż wzrok sięga. Jej życie po wyjeździe zostanie dla mnie zagadką. Jeżeli jest tą osobą, która nosi w sobie namiastkę żony, którą była i nieświadomie sprowadziła na nas to nieszczęście pewnego dnia zda sobie sprawę z tego o czym pomyślałem, gdy zadała pytanie o szkołę – nasze drogi się tak rozjechały, że moje prośby o powrót do domu/męża negatywnie wpływały na nią i w efekcie kończyło się nieporozumieniem, a każde pytanie nawet o drobny szczegół z życia zmieniał się w lęk pogorszenia tego co zostało. Nicią niezgody to moje proszenie i jej ignorowanie sprawy, co wzajemnie nas wyniszczało.

Dziś mamy sytuację taką, iż nic nie zostało z tego co nas przyciągało do siebie. A jest to upór walki z problemami razem. Byliśmy skromną rodziną, ale od dnia poznania do dnia jej wyjazdu nie było dla nas rzeczy niemożliwych do osiągnięcia. Małżeństwo, które było zdane wyłącznie na siebie stało się symbolem upadku. Upadku na dno, gdzie jedno z nas prosi o szansę odbudowy, powrót do domu, a drugie każde iść pierwszemu w pizdu wykorzystując motywy innego mężczyzny, lepszego uznając mnie za człowieka prostego, który nic nie ma. Niestety jest to okrutna gra bez skrupułów na ludzkich uczuciach. Niegdyś osoba, która mnie mobilizowała do działania, abyśmy zaczęli od zera i odnosili sukces okazała się osobą, która nie dość, że gardzi mną to jednocześnie próbuje się zachować jakby nic się nie stało. Polska 0:1 Rosja. Nic się nie stało…Polska , nic się nie stało…”. Każda rozmowa coraz bardziej to potwierdza, że rzeczy, które przechowuję w szafie w stanie nienaruszonym nie doczekają się swojej właścicielki. Na pytanie „co dalej” otrzymuję odpowiedź „rozwód”. Ta odpowiedź pojawia się przy każdej próbie kontaktu.

W taki sposób kończy się nasza wspólna droga. Z powodów administracyjnych rozwód wymaże jakąkolwiek możliwość spotkania się, chyba, że zmieni się prawo. Za parę lat otworzę pudełko z pamiątkami, wezmę do ręki porcelanowy wazon w kształcie jabłka, który kupiła moja żona podczas pierwszych dni pobytu w Polsce i wspomnę ten słoneczny wiosenny spacer na Stare Miasto w Warszawie. A jeżeli dożyję wieku mojej babci, spojrzę na jej ubrania, która są ułożone w białych pudłach z Ikea, wezmę do ręki każdy przedmiot i uruchomię w ten sposób maszynę czasu. Cofnę się do czasów młodości, gdy byłem szczęśliwym mężem.

Nie życzę nikomu takich przejść. Nikomu.

Fikcyjne małżeństwa

Witam Was.

Od pewnego czasu próbuje doszukać się informacji na temat fikcyjnych ślubów wszelkiej maści. Jestem prawdopodobnie ofiarą czegoś takiego, więc chciałbym się odpowiednio przygotować do tego co będzie dalej, ponieważ w moim przypadku sprawa jest raczej przesądzona – żona nie wróci, a powody i to co się działo dalej w moim życiu kiedy mnie zostawiła można poczytać przeszukując archiwum. Nie mniej nie mam zamiaru tego zostawiać tylko dlatego, że mam nieuregulowany status, ale też dlatego, że moja żona (?) potraktowała mnie bardzo nie w porządku i chciałbym sobie zrobić przysługę i zamknąć jej drogę do mnie. Serce nie sługa.

Niestety materiałów i miejsc, w których mógłbym poczuć się wsparty przez grupę osób z podobnymi przeżyciami jest mało lub wcale. Nie udało mi się takiego miejsca znaleźć, a szkoda, ponieważ na pewno jest niejedna osoba, która została równie pogardliwie potraktowana. Znalazłem jednak poniższy artykuł, który chciałbym przedstawić:

Co roku ponad sto małżeństw Polek z obcokrajowcami uznano za fikcyjne. Kobiety poślubiają Pakistańczyków, Nigeryjczyków czy Wietnamczyków, którym zależy na legalnym pobycie w UE.

28-letnia Karolina Michalak cztery lata temu wyjechała do pracy do Wielkiej Brytanii. Podczas wakacji w Londynie poznała Setha z Ghany. – Zafascynowała mnie jego kultura, ciepłe opowieści o rodzicach i rodzeństwie – przyznaje Karolina. – Pół roku byłam bardzo szczęśliwa, bo Seth dawał mi tyle dowodów miłości, jak żaden polski mężczyzna.

Idylla nie trwała długo. – Po pięciu miesiącach zaczął nalegać na ślub. Początkowo bardzo miło, a potem z dnia na dzień był coraz bardziej agresywny. W końcu przyznał, że ślub jest mu potrzebny, aby zalegalizować pobyt. Dotarło do mnie, jaka byłam naiwna – mówi kobieta.

Z danych Urzędu ds. Cudzoziemców wynika, że co roku ok. 8 tys. obcokrajowców stara się zalegalizować swój pobyt w Polsce, jako powód podając małżeństwo. W 2010 r. odmówiono takiego pozwolenia 185 cudzoziemcom. W większości dlatego, że stwierdzono fikcyjność małżeństwa. – Zgodnie z ustawą o cudzoziemcach należy ustalić, czy związek małżeński nie został zawarty w celu obejścia przez cudzoziemca przepisów – wyjaśnia Ewa Piechota, rzeczniczka urzędu. – Stwierdzenie fikcyjności jest podstawą do odmowy zezwolenia na zamieszkanie lub jego cofnięcie.

Pozwolenia na zamieszkanie udzielają urzędy wojewódzkie. Każdy od czasu przystąpienia Polski do UE wykrywa rocznie od kilku do kilkudziesięciu takich przypadków. Na przykład z danych Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego wynika, że co roku kilkanaście bydgoszczanek pada ofiarą obywateli Afryki i Wietnamu, którzy udają uczucie, a zależy im tylko na zdobyciu karty legalnego pobytu na terenie UE. Małżeństwo umożliwia podjęcie legalnej pracy, skraca też czas oczekiwania na przyznanie obywatelstwa. Karpacki Oddział Straży Granicznej w Żywcu zakończył właśnie śledztwo przeciw grupie osób, które werbowały w Małopolsce młode dziewczyny do zawierania fikcyjnych małżeństw z obywatelami Nigerii. Pięciu usłyszało zarzuty.

Urzędnicy przyznają, że skala zjawiska jest większa, ale nie wszystkie fikcyjne pary zostają zdemaskowane. – Znamy przypadki, kiedy kobiety dostawały od 15 do 20 tys. zł za „papierowy ślub” – opowiada Aleksandra Przybysz, chor. straży granicznej. – Połowę cudzoziemiec wpłacał od razu, połowę – po ceremonii. Nieraz funkcjonariusze wkraczali do urzędu stanu cywilnego tuż przed ślubem.

Zanim wojewoda udzieli zgody na pobyt, pracownicy SG przeprowadzają wywiady z parami. Małżonków w osobnych pomieszczeniach urzędnicy pytają o drobiazgi, jak np. kolor maszynki do golenia oraz o to, co małżonkowie jedli ostatnio na kolację.

Podczas wywiadów pogranicznicy poznali dużo łatwowiernych dziewczyn. – To najczęściej dziewczyny pokaleczone przez los – opowiada Przybysz. – Cudzoziemcy znajdowali je w portalach społecznościowych, otaczali opieką i chwytali za serce. Potem kobiety zostawały ze złamanym sercem i kłopotem z rozwodem.

Urząd ds. Cudzoziemców ustalił, że w zeszłym roku ponad sto Polek zawarło fikcyjne małżeństwa. Są trzy główne powody, kiedy urzędnicy stwierdzali, że to fikcja. – Małżonkowie w ogóle nie mieszkali ze sobą, czasem nie mogli się w ogóle porozumieć, bo nie znali wspólnego języka, a poza tym nic o sobie nie wiedzieli – wymienia Bartosz Michałek, rzecznik kujawsko-pomorskiego wojewody. – Obcokrajowcy nie otrzymali karty pobytowej, a ich polskim małżonkom groziły kary za poświadczenie nieprawdy.

Agnieszka Gutkowska, adiunkt na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, która od lat współpracuje z cudzoziemcami, miała wiele podobnych spraw. – Często zagraniczny mąż dąży nie tylko do ślubu, ale jak najszybszego powiększenia rodziny – mówi. – Nawet po rozwodzie ma szansę starania się o zalegalizowanie pobytu dla dobra dziecka. Dopóki cudzoziemiec jest w związku małżeńskim z Polką, nawet po stwierdzeniu jego fikcyjności niełatwo go wydalić, choć prawo na to pozwala.

– Różnice kulturowe i bariera językowa sprawiają, że niełatwo odkryć prawdziwe intencje faceta – przyznaje Agnieszka Szymandera, która żyła na emigracji w Anglii i Niemczech. – Poznałam wiele Polek, które dały się omotać Kurdom, Turkom czy Marokańczykom. Polki są zakompleksione, wiele z nich fascynuje egzotyka. Dzięki takiemu związkowi czują się bardziej „światowo”. Cieszą się, że będą mogły pochwalić się śniadym mężem przed koleżankami.

Czytając ten tekst jestem bardziej podbudowany do tego, aby zareagować. Napisałem wiadomość do Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Zobaczymy co dalej. Gdybym w trakcie tego postępowania dowiedział się konkretów jak działać, napiszę. Chciałbym, aby było takie miejsce dla nas – oszukanych, zagubionych.

Osoby, które chciałyby się wypowiedzieć proszę o kontakt w komentarzach. Pozdrawiam.

Ciekawe uczucie

Nie mam pomysłu na tytuł dzisiejszego wpisu. Pozostaje więc uwzględnić ten szczegół podczas pisania. Dzisiaj humor raczej pozytywny, ciekawe od czego zależy nastrój. Chętnie bym się dowiedział, ponieważ ostatnie kilka miesięcy życie solidnie daje mi w kość. Dla własnego bezpieczeństwa nie będę zastanawiać się nad tym, lecz cieszyć się chwilą. Czy kolejny wpis coś wniesie?

…dziwne. Minęło parę godzin od kiedy zacząłem pisać powyższe zdania. W tym czasie napisałem parę linijek tekstu, który w pewnym momencie przestał być sensowny. Słuchałem jakiejś muzyki, którą dodałem do lubianych jakiś czas temu na youtube i pomyślałem: „co za gówno, słuchać się nie da”. Wywaliłem ten wpis. Co dziwne, z nikim nie rozmawiałem, nie wygadywałem się, czyniłem regularne rzeczy, sprawdzałem te strony w internecie co zawsze i tak nagle? Ciekawy sposób na zakończenie tej zimowo-małżeńskiej chandry. Po prostu nie mam ochoty pogrążać się w tym co mnie dręczyło i nie chciało puścić wolno. Pierwszy raz od 5 miesięcy czuję się swobodnie jak dawniej, już prawie zapomniałem jakie to super uczucie. Nie wiem jak to określić – wszelkie złe emocje, które miałem do tej pory przystopowały. Żona nie kojarzy mi się ze smutkiem, bo pierwsze skojarzenie jakie mam to takie, iż dzięki niej dotarło do mnie w końcu, że powinienem zmienić sporo w życiu, a lista jest długa – odejście pracy, które wysysało ze mnie soki nie oferując wiele w zamian, wyprowadziłem się z miasta, które od dawna przestało mi się kojarzyć z przyjaciółmi i zabawą lecz z pracą, pracą i pracą. Nie uznaje tego za ból, tylko za terapię szokową w wykonaniu mojej żony i efektem tego są zmiany, które zaszły i które mnie czekają w związku z Irlandią. Patrząc w przeszłość wstyd mi za to, że próbowałem doszukiwać się informacji o niej.  Poza tym poczułem silne poczucie głodu więc idę zrobić jakiś obiad, żeby to uczcić.

Czyżby organizm się buntował? oby! :)

Może jednak Chris Rock ma rację?

Będę bogaty

Jakiś idiota znalazł sobie cel w życiu i postanowił mi trochę przeszkodzić podchwytując bloga i zmienił hasło. Trochę zajęło mi odzyskanie władzy i brakowało mi trochę zrzucenia myśli. Cóż, ludzie mają dziwne zajęcia, ale skończyło się dobrze i niech tak zostanie. Przynajmniej miałem czas na wyluzowanie i mogłem usiąść przy stole wigilijnym z rodziną bez laptopa na kolanie. A co się działo w między czasie?

Tytuł nie jest przypadkowy, ponieważ oglądając parę filmów („W pogoni za szczęściem”, „Brat” itd) zrobił się dziwny mix. Otóż jeżeli zawarłbym swój wątek w biografii podsumowującej mój żywot to zbiłbym fortunę, gdyby ktoś chciał napisać do tego scenariusz i zekranizować. Nie musiałby tego nawet koloryzować, bo życie lubi się mną bawić. Szczególnie biorąc pod uwagę co się działo ostatnio, a co konkretnie? nie życzę tego raczej nikomu, kto jest na etapie organizowania sobie życia z kimś obok. Ale skrócę całą historię związaną z moją żoną oraz kontynuację temat, aby złożyć to w logiczną całość.

W kwietniu 2012 roku wziąłem ślub z moją obecnie żoną, która jest Rosjanką i przeprowadziła się dla mnie do Polski. Mieliśmy tylko miesiąc, aby zorganizować ślub, ponieważ dostała krótką wizę. Stawaliśmy na rzęsach, aby się udało. Urząd ds. Cudzoziemców i Urząd Stanu Cywilnego to miejsca odwiedzane regularnie, plus mieliśmy wielkie wsparcie od ludzi, którzy przechodzili przez podobne akcje z cudzoziemcami. USC nie godził się na wczesny termin, ponieważ termin można ustalić za minimum 30 dni chyba, że będzie to specjalny powód (krótka wiza to nie powód, aby skrócić termin), UdsC nie wyraził zgody na przedłużenie wizy, ponieważ ślub to nie jest wystarczający powód. Cóż, robiliśmy wszystko zgodnie z prawem. W końcu okazało się, że USC może skrócić termin, ponieważ nie jest sprecyzowane co może być dokładnie powodem skrócenia terminu. Ślub skromny, bo szybki i w dodatku te zdjęcia… makabra. Złożyliśmy papiery, aby żona dostała kartę pobytu i mogła się jakoś rozwinąć, a nadchodzące mistrzostwa w piłce nożnej to z pozoru dobra okazja, aby cudzoziemiec porozumiewający się w paru języka znalazł pracę.
Na kartę trzeba było czekać, a my ten czas staraliśmy się jakoś wykorzystać. Dobijała mnie sytuacja, że mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu, ale pocieszał mnie fakt, że żona jest zainteresowana zmianą tego – kupno mieszkania. Kto mieszka na walizkach wie, że nie opłaca się wynajmować kawalerki lub mieszkania w lepszym standardzie wiedząc, że to okres przejściowy, więc liczył się plan na przyszłość. W  mojej głowie było dużo, bardzo dużo planów, ale inaczej było do tej pory, ponieważ trzeba decydować za „nas”, a nie „za siebie”. Wielką rolę odgrywało w tamtej chwili Euro, ponieważ objąłem wyższe stanowisko w pracy co było raczej pomocą pracodawcy w stronę „młodej pary”. Do tego rozchodziło się, że czeka nas spora premia za dobre wyniki, więc priorytet był taki, aby przeżyć Euro, więc nie mogliśmy brać urlopu. Taka sytuacja towarzyszyła myślom, aby żona robiła co chciała, a ja będę ją wspierać w miarę możliwości.

Niestety ciężka praca ma to do siebie, że wiele spraw z życia prywatnego umykają. Euro jak się okazało to bardzo skomplikowana sprawa, przez okres pracy byłem praktycznie wycieńczony, senny. Ale to nic, po Euro żona dostanie kartę i będziemy mogli swobodnie poruszać się gdzie chcemy i pojedziemy na zasłużony urlop. Z pracą żony nie było również kolorowo, chciała nauczyć się gastronomii, ale było to poza zasięgiem, restauracje nie odpowiadały na nasze zapytania. Nieustannie myślałem o przyszłości, zaplanować i natychmiast przejść do działania. Moja praca błyskawicznie odbierała mi wszelkie siły i w połączeniu w zadręczaniu się ‚co dalej’ traciłem kontakt z żoną. Robiąc coś z myślą zaniedbywałem…robienie prostych rzeczy razem. Zaoferowałem pracę żonie u siebie, lecz w zupełnie innym departamencie. Kierowałem się tym, że będzie miała lekką pracę, podszkoli język i będzie jej łatwiej później.

Sytuacja pogarszała się. Przede wszystkim okazało się, że praca żony jest o wiele cięższa fizycznie dla niej niż moja dla mnie. Sytuacje kiedy widziałem jej płacz w skrajnym zmęczeniu uświadomiło mnie, że popełniłem poważny błąd wysyłając ją do pracy, której nie znam. Czułem się odpowiedzialny za jej łzy i ból. Po zakończeniu Euro dostałem informację, że jedyny termin, aby iść na urlop to wczesny lipiec, bez możliwości rezerwacji sierpnia. Akurat q sierpniu zależało mi szczególnie, ze względu na przyjazd rodziców żony. Miałem dość swojej pracy, jedynie żona swoją obecnością  dodawała mi sił, aby przetrwać ten okres. Doceniałem to, a w zamian próbowałem wynagrodzić jej drobnymi uczynkami, takie jak spotkanie z jej drużyną, czy umożliwić jej pójście na mecz.

Z każdym dniem przekonywałem się, że nie da się życz uczciwie w tym kraju ciężką pracą. Żona przeglądała kolejne ogłoszenia nieruchomości, ale czy zakup mieszkania to dobry pomysł? Kredyt zamuruje nas na parę lat, a w mojej głowie iskierka pomysłu o emigracji z dnia na dzień zmieniał się w żywy ogień. Rozmowy, które prowadziłem ze znajomymi zza granicy zmieniły się w badania gdzie lepiej żyć. Ostatecznie zapytałem się moją żonę, czy chciałaby się przeprowadzić do innego kraju. Chodziły mi po głowie głównie powody zarobkowe, więc kraje w trudnej sytuacji gospodarczej (Hiszpania, Grecja, Włochy) odpadają, więc zostały kraje, w których mam jakieś znajomości i o pracę byłoby przynajmniej łatwiej (Wielka Brytania, Irlandia). Przestawałem być zainteresowany zakupem mieszkania, tak samo jak dalszym życiem w Polsce. Zależało mi, aby żona nie widziała mojego zaniepokojenia, dlatego czym szybciej próbowałem się dowiedzieć, czy wyjazd nie oddali nas od siebie, bo żona była dla mnie wszystkim.

Koniec Euro. Nareszcie koniec! Nawet darmowe bilety nie wynagrodziły nam tego ile odebrała mi sama organizacja i zaangażowanie w stosunku do tego ile odebrało mi to chwil, które wolałbym poświęcić żonie. Motywacja związana z premią i pozytywne nastawienie mojej żony wzbudzała pomogły jakoś wytrzymać do końca. Ja osobiście byłem przekonany, że moja żona zasłużyła na więcej i miałem zamiar jej to dostarczyć. Nie można żyć w takich warunkach czekając na lepszy dzień, miałem tego wyraźnie dość. Na szczycie tego wszystkiego pojawiła się informacja, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że dla naszego dobra trzeba porzucić swój dorobek, który budowałem od pięciu lat i wyjechać – informacja była bowiem taka, że firma nie przewidziała żadnych premii mimo wyśmienitych wyników, które wyszły podobno o wiele dalej niż zakładano. Żona wyczekiwała przyjazdu mamy i namawiała mnie na wyjazd do Włoch. Niestety mi bardziej zależało na szybkich zmianach w życiu, żeby nie mieszkać już w apartamencie, który bardziej smucił niż dawał poczucie odpoczynku i regeneracji sił. Szczególnie, że praca żony, która okazała się totalną pomyłką zmusiła mnie, aby ciężej pracować, żeby żona nie musiała. Wiele rzeczy przegapiłem, na przykład fakt, iż żona nie chce zajmować się gastronomią, lecz chciała zostać modelką. Ale czy mąż powinien ingerować w modeling? Szczerze byłem przekonany, że modelki nie lubią, gdy ich partnerzy ingerują w ich sprawy. Czy mogłem jej pomóc? Okazuje się, że tak, bo jako mąż starałem się nie wzbudzać niepokoju faktem, iż modeling był pierwotnym powodem dla którego się przeprowadziłem i znam większość fotografów, którzy zajmują się tym zawodem profesjonalnie, ani że znam modelki, które by mogły pomóc. Moja żona to akurat typ kobiety zdeterminowanej, silnej, dążącej do celu, więc gdyby chciała pomocy, na pewno by poprosiła. Znała moich znajomych chociażby z portali społecznościowych. Wiedziała, że znam profesjonalistów, ale nie pytała. Później okazało się, że casting odwołano i żal mi się zrobiło – to smutny widok kiedy komuś zależało stracił szansę i nie można nic zrobić. Szukałem castingów, ale nie chciałem, aby poczuła się jak nieudacznik w realizacji marzeń. Gdybym wiedział, że jest gdzieś zarejestrowana, to poprosiłbym znajomego, aby zainteresował się nią jako modelką, żeby czuła się samodzielna.

Czas zleciał szybko, urlop był stratą czasu, ponieważ żona nie chciała jechać nad zimne polskie morze. Nie mogłem wybłagać urlopu, ale nie chciałem odebrać przyjemności żonie i nie robiłem problemów, aby pojechała z mamą do Włoch. Siedziała we mnie nienawiść, którą starałem się kontrolować i wykorzystać pozytywnie – wynegocjowałem z działem marketingu, że zajmę się fotografią w celu promocji nowych rozwiązań w firmie. Warunki były bardzo sprzyjające, więc w urodziny wręczyłem żonie bardzo symboliczny podarunek trzymając tajemnicę wyjazdu na jej powrót, ponieważ do tego czasu i tak nic nie będę mógł zmienić. Wiedziałem, że zależy jej na wyjeździe i bez wątpienia należał jej się ten wyjazd i dałem symboliczne „kilka euro”, które uzbierałem w pracy i chciałem kiedyś wydać na własny wyjazd. Nawet rozmieniłem trochę w kantorze, aby miała na autobus i jakąś małą przyjemność. Plan był taki, że wróci z mamą i pojedziemy razem do moich rodziców. Problemem było nasze mieszkanie, które było wynikiem szybkich poszukiwań i odbiegało od „normalnych” warunków, więc zaoferowałem hotel. W końcu szanuję jej mamę, a nasze mieszkanie nawet dla mnie było katastrofą. Żona poleciała do Włoch, widziałem nawet jej samolot z balkonu i był to moment, którego nawet na lotnisku nie odczułem – niepokój bycia samemu. Nawet wtedy nie mogłem przewidzieć, że coś się stanie. Nie obawiałem się, że coś się stanie  z samolotem, lecz miałem jakieś obce obawy. Nieobecność żony była doskonałą okazją, aby zrobić parę nadgodzin i zrobić parę nocnych zmian, aby zarobić szybciej, więcej. Wracałem do domu, włączałem skype i zwykle była niedostępna. Cóż, nie pojechała do Włoch, aby marnować czas na skype. Dni mijały, a na skype żona była mało, mimo to włączałem komputer i czekałem – lecz zasypiałem czekając, a gdy obudziłem się, widywałem jedynie próby połączeń lub wiadomości. Żona znów pomyśli, że gram w gry, lub cieszę się wolnością. Byłaby dumna widząc ile pracuję, aby mimo wszystko wyjechać ponownie na urlop. Miewałem dziwne sny, niepokojące skojarzenia, ale często takie miałem po każdej pracy w nocy.

Po powrocie żona zaczęła się zachowywać dziwnie. Izolowała się, mimo, iż na lotnisku w Modlinie powiedziała, że było super, ale pojedziemy razem niedługo. Nie mogłem się doczekać, aby powiedzieć jej, że pojedziemy szybciej niż myśli. Niestety nie przekonałem żony do organizacji noclegu dla jej mamy w hotelu. Uważałem, że były to miły gest. Miałem pesymistyczne myśli co do reakcji jej mamy na nasze mieszkanie. Ale może żona chciała się pochwalić czymś, poszliśmy na pizzę do restauracji, gdzie żona tak bardzo lubiła grzane wino. Tym razem upierała się, że nie chce. Nie wyszło najlepiej. Skoro mieszkanie mogło wzbudzić złe reakcje, postarałem się aby przynajmniej pociąg był w dobry stanie i zarezerwowałem bilety z wyprzedzeniem. Owszem pociąg był w dobrym stanie, za to mnie zżerał stres związany ze spotkaniem rodziców. Znając ich na pewno stanęli na wysokości zadania, aby odbyło się pozytywnie, rodzice często dzwonili do mnie, aby zaciągnąć informacji na temat mamy żony, ponieważ chcieli, aby wypadło jak najlepiej. Restauracje, miejsca w Poznaniu, jej zainteresowania. Spotkanie faktycznie odbyło się całkiem dobrze, widać było, że rodzice zdobyli się na niecodzienne rozwiązania, chcieli, aby spotkanie i wyjazd do Poznania wypadło jak najlepiej.

I było. Szkoda, że zakończyło się tak złym akcentem. Żona i jej mama najwyraźniej zraziły się mocno do obecnej sytuacji. Miałem złe przeczucia, koszmary lecz nie chciałem martwić żony błahymi domysłami, lecz tej samej nocy powiedziała mi, że wraca do Rosji, ponieważ mama się źle czuje. Przeczucie? Wszystko wyszło ze mnie. Obawy potwierdzały się co krok, nie byłem przygotowany na wyjazd i nie byłem chyba przekonany, czy to kiepski żart, czy najgorsza prawda. Kiedy żona powiedziała, że nie muszę wracać z nimi do Warszawy i mogę zostać szybko przerabiały się w informacje zabijające resztki optymizmu. Jednak pojechał z nimi i żona obiecując mi, że wróci, bo w końcu jest żoną było jedyną podporą. Podpora, która szybko upadła z chwilą, gdy chciała przekazać klucz do mieszkania – oznaka, że nie będzie to szybki powrót. Załamałem się. Wszelkie plany upadły, zupełnie nie byłem przygotowany na to, szczególnie nie byłem przygotowany na pożegnania. Nie docierało to do mnie. Każda chwila mijała jak w zwolnionym tempie, a informacje i wspomnienia przelatywały w mojej głowie jak błyskawica. Kiedy ona pakowała się, ja patrzyłem na horyzont Warszawy i wieżowce, które stoją ponad wszystko. To był ciepły, ładny dzień, a ja byłem pogrążony w myślach. Na szybko wymyśliłem jakiś tekst, aby pożegnać się z nimi udając, że wszystko jest dobrze (wierząc, że szybko wróci, jednocześnie się okłamując, pozorując bezgraniczne zaufanie) i powiedziałem przy windzie „Do svidaniya. izvinite za vse, chto plokho”. Chciałem widzieć swoją żonę do ostatniej chwili stojąc w oknie klatki schodowej obserwując jak odjeżdża. Bo kiedy wróci? Czy wróci? Pozostaje czekać.

Więc czekałem. Na początku nie docierało do mnie co się stało, więc zachowywałem się normalnie. Podlewałem nasz koperek i miętę na balkonie, sprzątałem w pokoju. Zajmowałem się tym, czym do tej pory nie mogłem przez nasilenie problemów, które zostały zastąpione nowymi. Jednocześnie czekałem na pojawienie się żony na skype, ponieważ znałem ją i wiedziałem, że zaraz po powrocie odezwie się do mnie i liczyłem na to, że powie mi kiedy wróci i co się stało oraz w jakim stanie jest jej mama. Po dwóch dniach pojawiła się jak przewidywałem, lecz rozmowa była krótka. Nie podobało jej się, że zareagowałem smutkiem. W tym miejscu historię należałoby opowiedzieć w dwóch wersjach – ta którą ja doświadczyłem oraz ta, którą przewidywałem z jej strony. Dlatego można inaczej zrozumieć jako mężczyzna i inaczej jako kobieta to działo się potem.

Czekałem niecierpliwie na jej powrót tracąc poczucie własnej wartości. Zaniedbywałem swoje sprawy, martwiłem się co robić dalej w nieodpowiedni sposób. Przecież miałem plan, który realizowałem i jednocześnie przystopowałem. Starałem się podejmować odpowiednie decyzje nie rezygnując z wcześniejszych założeń. Nie byłem pewien jakie były oczekiwania mojej żony. Co dalej? Czekałem, aż sprawa się jakoś wyjaśni tłumacząc żonie, że jej obecność przy mnie wiele by pomogła szczególnie teraz. Po jakimś czasie odezwali się do mnie stróże prawa – to była jedyna rzecz, której nie brałem pod uwagę. Dialog jak wszystkie wcześniejsze, które odbywały się w UdsC była przyjemna, lecz bardzo konkretna:
– i jak tam życie w małżeństwie – pyta pani policjantka.
– dziękuję dobrze, obecnie małżonka jest poza domem – odparłem.
– a czy można zapytać, gdzie możemy zastać rodzinę w komplecie – zapytał młody policjant.
– chętnie odpowiedziałbym, gdybym wiedział, niestety żona nie sprecyzowała powrotu, a pojechała do rodziców – odpowiedziałem bez ogródek.
– no tak… a czy żona brała dużo przedmiotów o szczególnej wartości np. dokumenty, świadectwa lub inne rzeczy, które mogłyby sugerować kiedy powróci? to rutynowa kontrola.
– tak, całą dokumentację i wartościowe rzeczy zostawiła – odpowiedziałem z wyraźnie zaniepokojony.
Rozmowa zupełnie o niczym, a pytania były zadawane jakby coś się stało. Zaprosili mnie do składania zeznań. Miałem odpowiedzieć na parę prostych pytań i okazać te ważne dla mojej żony dokumenty. Więc udowodniłem, że zostawiła wszelkie dokumenty, które byłyby jej potrzebne do życia – książeczka pracy, świadectwa. Organy były bardzo wyczulone na punkcie obcokrajowców, bardziej niż do tej pory w naszej sprawie.
– Proszę Pana, mańska żona pojechała do Włoch parę dni temu – odpowiedziała inna policjantka na miejscu.
– tak na wakacje z mamą i wróciła z nią – kontynuowałem za nią.
– a pan został w domu? niedawno wzięli państwo ślub i tak osobno? – zapytała
– tak, euro i praca kolidowały we wspólnych planach, a jej mama dostała wiza na teraz. ja w tym czasie pracowałem na kolejny urlop – odpowiedziałem ponownie
– to gdzie teraz jest żona?
– pojechała do Rosji, bo jej mama miała operację i podróż ją wycieńczyła, źle się poczuła, a żona nie chciała, aby mama pojechała sama.
– do Rosji…? – zapytała, przekartkowała swój dokument leżący obok notatnika, którego zapisywała
– no do Rosji – powtórzyłem.
– cóż, jak do Rosji to do Rosji – odpowiedziała.
Na tym zakończyła się rozmowa z policjantką. Zaoferowała jedynie pomoc, gdyby pojawiły się jakieś problemy w przyszłości. Nie pytałem o co chodzi, w końcu chodzi o cudzoziemca, a bywają różne sytuację, więc starałem się zrozumieć ich pracę. Nie ma co wzbudzać podejrzeć w związku z nagłym wyjazdem żony, którego sam nie rozumiałem.

Prawdę mówiąc nie byłem przekonany co się dzieje u mojej żony. Nie traciłem nadziei, że mnie kocha i wróci niebawem. Mijał jednak miesiąc, kolejny, jeszcze jeden, a ja nie miałem z nią kontaktu na skype. Tamta rozmowa, którą przeprowadziliśmy to jedyna.

Nic się nie zmieniło. Dawałem nam szanse. Na początku próbowałem z tym żyć, nie wierzyć, że mnie oszukała, ukrywałaby coś. Zwykle bywała bardzo bezpośrednia i nie ukrywała niczego. Dlaczego miałoby to się szybko zmienić. Trudno pozostać obojętnym wobec takiej sytuacji, tym bardziej, że była nagła, bez możliwości przygotowania się w każdy możliwy sposób. Moi rodzice czuli się odpowiedzialni za spotkanie, które według nich mogło być przyczyną tak kiepskiego zakończenia. Babcia, która fascynowała się żoną zdziwiła się, że tym razem nie pożegnała się z „jej nową wnuczką”. Temat rodziny wolałbym zostawić, bo oni znoszą temat trochę inaczej, lecz nie odwracają się od sytuacji, raczej są gotowi pomóc, niż mówić „a nie mówiłam?”. Są nadzwyczaj wyrozumiali i do tej pory nie słyszałem ani jednej rzeczy od nich, nawet przez przypadek.

Jako mąż, który praktycznie stracił kontakt ze swoją żoną miewałem coraz gorsze myśli. Nie radziłem sobie w pracy i zdecydowałem się opowiedzieć o mojej sytuacji mojej przełożonej, w razie gdybym miał coraz słabsze wyniki wiedziałaby co jest przyczyną. Poprosiłem o dyskrecję, lecz praca to jedno z wielu, które wzbudzało we mnie wspomnienia, które próbowałem stłumić. Nie tylko pracowaliśmy razem, ale przecież spędziliśmy wspólne chwile, które miały być nagrodą za dobrą pracę i okazją do bycia częściej ze sobą. Te chwile, które kiedyś były wyjątkowe, obecnie są myślami prześladowczymi. Do dziś pamiętam, kiedy przyszła do mnie do pracy i czekała na rozmowę. Miała na sobie jeansy, a jej długie, rozpuszczone włosy przykrywające ramiona nigdy wcześniej nie wydawały mi się tak długie i świeże. Zależało jej, aby dostać tą pracę, była pełna entuzjazmu… a ja ją zawiodłem. Wina za to będzie mnie prześladować do końca życia, że zawiodłem osobę najbliższą mojego serca. Nie wybaczę sobie tego błędu. Decyzja o odejściu z pracy, co było wcześniejszym założeniem wynikającym z równoczesną chęcią emigracji było jedynie kolejnym krokiem ku realizacji planu. Z tą różnicą, że inaczej wyobrażałem sobie odejście. Bynajmniej nie czułem się jakbym szedł do przodu, lecz jakbym uciekał z miejsca, w którym nie da się funkcjonować jak trzeźwo myślący człowiek. I to była myśl, która towarzyszyła mi do ostatnich chwil w tym miejscu. Wychodząc myślałem o tym, że zawiodłem moją żonę.

Co zatem działo się u mojej żony? Osobiście starałem się nie ograniczać jej przestrzeni, ponieważ obawiałem się, że mogłoby to utrudnić jej powrót, przez dyskomfort, obawę, wstyd, poczucie winy. Chciałem jej dać jak najwięcej swobody, tak jak było do tej pory z wszystkimi innymi sprawami. Tym razem nie chciałem okazywać obojętności. Skupiłem na niej całą moją uwagę, jak nigdy wcześniej chciałem jej dostarczyć to na co zasługuje jako żona od wyjątkowego męża. Niestety bardzo często słyszałem znieważające zwroty na temat mojego życia, stanu, a nawet rzeczy, które nie są zależne ode mnie – ektomorficzna przemiana materii, z którą walczę i jest jednocześnie moim kompleksem. Żyłem w rodzinie, której daleko było od perfekcyjności, ale muszę przyznać, że rodzice byli bardzo tolerancyjni i wspierali mnie nie oraz nie nadużywali swojej władzy przeciwstawiając się mi. Dlatego wyniosłem z niej moje pełne zaufanie względem żony oraz (stety niestety) wiarę w pozytywne zakończenie. Problem polegał na tym, że jak najszybciej chciałem poprawić naszą sytuację i nie wiedziałem, czy mogę liczyć na moją zonę, a już tym bardziej nie chciałem robić niczego, co mogłoby stanąć na drodze do powrotu do mnie. Bezpośrednie pytania niewiele dawały, nie odpowiadała mi. Nasza sytuacja jest wyjątkowo skomplikowana, ponieważ jej karta ma minimalny okres ważności. Dlatego musiałem dowiedzieć się, gdzie jest moja żona w inny sposób, nieoficjalny, ani nie utrudniać procedur administracyjnych w przyszłości. Obawiałem się, że może być gdzieś w europie, a poza Polską można przebywać jedynie 3 miesiące na 6 miesięcy posługując się kartą pobytu. Niestety jej obecność w sieci odpowiadała czasowi europejskiemu niż Rosyjskiemu. Różnica między Polską, a jej miastem to pięć godzin. Znam swoją żonę i nie byłaby w stanie zasypiać codziennie o 5 lub 6 rano. To się szybko rzuciło w oczy.

Dość dawno kiedy mieszkaliśmy razem zaoferowałem jej, aby założyła bloga. Ten nadal popularny i modny system wydawał mi się doskonałym pomysłem, aby rozwijała się. Miałem na myśli odzież, ponieważ lubi zakupy jak każda kobieta, oraz coś co wtedy jeszcze uważała za swoje hobby – kuchnia. Jej pasja mogłaby przerodzić się w ciekawa inicjatywę, mogłaby się samorealizować. Ja jako obserwator wiedziałbym coś więcej o własnej żonie. Nasz przypadek jest o tyle specyficzny, że bywało tak, iż czasami nie rozumiałem swojej żony, a jej oczekiwania są ważne, lecz różnica kultur i bariera językowa to poważna sprawa. Szczególnie poważna, że łatwo o nieporozumienie. Blog mógłby mi pomóc jakie filmy lubi, jakie ubrania ją interesują, gdzie chciałaby pojechać, lub mogłaby coś napisać bezpośrednio o mnie – przecież każdy chciałby się poprawić w oczach ukochanej osoby, ja też. Wszystko jednak szło w odwrotnym kierunku. Kiedy żona się wyprowadziła ode mnie, zaczęła dzielić się swoimi problemami, mimo sytuacji jaka nastała chciałem być tym mężem, który wspiera swoją żonę w każdej sytuacji. Powiedziała, że założyła bloga co uznałem za dobry pomysł. Bez znaczenia dlaczego mnie zostawiła, miała powód i nie mógł być mały, a blogi zazwyczaj pomagają wywalić z siebie żal (ten również :)). Nie chciała mi podać adresu. Nasz przedłużający się okres bycia osobno pokazywał, że im dłużej, tym mniej nadziei na poprawę, a więcej obaw. Liczyłem, że może zawarła na tym blogu coś czego oczekuje ode mnie. Chciałem go znaleźć, aby przeczytać co czuje, ponieważ nasze rozmowy od dawna stają się napięte i trudne.

Zupełnie przypadkowo udało mi się coś znaleźć. Znaleźć jej konto na tweeterze, na którym jej jedynym wpisem jest koniec wakacji i zła pogoda. Cóż, to informacja tylko o końcu wakacji, a problemu z mężem nie zawarła lub nie uznała za istotny. Równie dobrze mogłem wyłączyć moje znalezisko i funkcjonować dalej. Chęć naprawy związku, nuda i znalezienie informacji była raczej kwestia tego czy chcę wiedzieć czy nie. Wolałbym chcieć to usłyszeć od swojej żony i do tego czasu żyć w niewiedzy, ale po około trzech miesiącach nadal nie wiedziałem więcej niż w dniu, w którym mnie zostawiła. Więc dlaczego moja żona postanowiła pojechać? Nie wiem tego do dziś. Lecz dowiedziałem się, że założyła drugie konto na facebook’u pod innym nazwiskiem, gdzie miała sporo znajomych z Włoch. Konto było powiązane z innym kontem jakiegoś fotografa, który zrobił jej zdjęcia. Poprawne zdjęcia mojej żony przez jakiegoś fotografa, który uznaje się za profesjonalistę robiącego zdjęcia za spore pieniądze, ale zdjęcia nie wyszły mu jakoś szczególnie profesjonalne. Jako amator nie powinienem się wypowiadać, ale nawet ja uważam, że zdjęcia z Nikona D900 w klimatach Włoch mogłyby wyglądać o wiele lepiej, a wypadłyby kiepsko, gdyby nie moja żona, która podniosła jakość ostatecznego efektu zdjęć. Zacząłem zadawać sobie mnóstwo pytań, dla takich zdjęć miałaby odwracać ode mnie?

Czy coś złego jest w tym, że żona lubi modeling? Ja uważam, że nie i nie zabraniałem jej tego.  Otwarcie mogę powiedzieć, że wyraźnie wspierałbym ją lecz jako były model (o fuck, właśnie mi się przypomniał dla którego sam się przeprowadziłem -przez nadzieje w modelingu, a później fotografii) mogłem jedynie przestrzec moją żonę, gdzie iść lub czego unikać aby ominąć nieprzyjemności oraz utraty swoich zarobków i czasu. Z resztą zgadzałbym się z nią bez problemu, raczej nie byłbym natarczywym mężem, ponieważ   siłą rzeczy znam ten świat i nawet ja wiem, że żaden fotograf nie życzy sobie obecności chłopaka na sesji. Gdy zajmowałem się fotografią to nie przeszkadzało jak ja robiłem zdjęcia, a ktoś chciał przyjść z osobą towarzyszącą, ale wiem, że są różne poglądy na ten temat. Zatem na czym polega problem, że żona lubi modeling? Przede wszystkim okoliczność, ponieważ moja żona  zostawiła mnie mówiąc mi, że wyjeżdża do domu rodzinnego w Rosji i utrzymywała, że przez cały czas tam jest.

Dlatego stałem przed dość ciężkim wyborem – powiedzieć czy milczeć. Większość mężów, partnerów, chłopaków, narzeczonych uznałoby tą sprawę za oczywistą i wygarnęłoby to swojej dziewczynie zostawiając ją, zarzucając jej kłamstwo, oszustwo, zdradę. Każdy zna taki przypadek. Byłem podobnego założenia, lecz kiedyś sobie obiecałem, że najpierw odłożę niepokojące rzeczy na bok, żeby nie dać się ponieść emocjom. Więc odłożyłem mimo, że byłem wściekły. Wolałem poczekać na bardziej odpowiedni moment i liczyłem, że sama mi powie. Dałem jej kolejne dwa miesiące i uznałem, że moja decyzja była słuszna o milczeniu na temat tej sprawy – mówiąc tylko o tym, że znam prawdę przekreśliłoby szansę na naprawę. Bądź co bądź każdy popełnia błędy, a ja nie miałem zamiaru wyrzucać przeszłości za drzwi. To był czas, aby żona wyjaśniła co się dzieje. Ja tylko czułem się lepiej, że znam odrobinę prawdy i nie muszę się już domyślać gdzie jest i co się z nią dzieje, bo to głównie to nie dawało mi spokoju. W ciągu tych dwóch miesięcy żona przyznała się, że chce działać w modelingu, lecz dawkowała informacje. Powiedziała, że chce iść do agencji i wybiera się na zdjęcia, które mi zresztą pokazała. Zdjęcia były czarno-białe, ładne, nie wiem czy takie były oczekiwania agencji, ale moja żona potrafi wyglądać o wiele lepiej niż ktoś próbował ją pokazać. W tym momencie zapewniłem żonę, że mogę załatwić jej naprawdę profesjonalistów, który zorganizują jej sesję na najwyższym poziomie (to nie przechwałki), zapewne po kryjomu liczyłem na powrót żony, ale widząc te zdjęcia, przypominając sobie nasze niepowodzenia i w obawie o kolejne niepowodzenia, myślałem o sesjach, z których będzie w pełni zadowolona, a ja ze swojej strony nie mogłem pozwolić sobie na błędy. Wstępnie powiedziałem o mojej żonie znajomym pokazując zdjęcia, które skrytykowali i uznali, że jej naprawdę przydadzą się lepsze zdjęcia, bo jej uroda się marnuje na sesjach takich jak ta. Nie udało mi się przekonać żony, nie chciała mojej pomocy, a chyba uznała że jestem arogancki. Tyle, że moje zamiary były szczere.

Po tych dwóch miesiącach przyznałem się, że znalazłem ją w internecie pod innym nazwiskiem i wiem, że jest lub była we Włoszech. To był okres Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Wierzyłem, że do tego czasu wróci. Niestety nie wróciła. Nie chciałem dłużej trzymać w tajemnicy tego, że wiem o niej. Dokładnie był to 31 grudnia 2012 roku, kiedy chciałem do niej zadzwonić i złożyć życzenia (W Rosji to szczególny dzień, bardziej niż dla nas). Niestety odrzuciła połączenie i powiedziała, że jest na castingu. To nie mogło tak dalej trwać. Nie byłem wściekły na nią za to, że mnie kłamała, chociaż szukałem wszelkich sposobów, aby przyznała się i opowiedziała tą historię zatrzymując pasmo domysłów i niedomówień. To był moment, kiedy tak właściwie nie wiem kim ona jest, gdzie jest, z kim. To było sporo ryzyko mówiąc jej o tym co znalazłem w internecie dawno temu, lecz zaznaczyłem, że mówię jej o tym, że nie chce tajemnic, nie lubię ich i przede mną nie musi ich mieć.  Mąż jest od tego, żeby wspierać swoją żoną i byłem przekonany o tym nawet wtedy, gdy mnie zostawiła i miała takie zaplecze tajemnic. Obawiam się, że każdy, nawet bardzo kochający mąż przerwałby z nią kontakt. Niestety moja żona wolała zabudować się w swojej fortecy uznając mnie za osobę, którą ogarnęła obsesja, a ja na celu miałem otwarcie powiedzieć jej, że znam prawdę i nie musi niczego ukrywać. Myślę, że do końca życia zapamiętam Sylwestra 2012/2013 jako jeden z najgorszych dni.

Na tym właśnie polega problem całej sprawy. Wszystko jakoś idzie w odpowiednim kierunku dopóki nie pojawią się tajemnice. Jest pewna różnica kultur i do ostatniej chwili próbuje być wyrozumiały. Moja żona jednak woli izolować się bardziej uznając, że na podstawie komunikatora tekstowego można wywnioskować agresję. Nie czuję się absolutnie winny temu, abym był agresywny, co zabawniejsze – nie jestem.

Różnica między mężem, a żoną jest jak widać kolosalna.  Mąż porzuca dotychczasowe rozrywki, ludzi, pracę, jakiś dorobek, aby budować wspólny byt, podnieść poziom życia. Zmienia nawet otoczenie, aby dostrzec możliwość spędzenia więcej czasu z żoną, gdy zauważa, że nie poświęca jej tyle uwagi ile ona sygnalizuje. Żona poświęca męża dla własnego dobra. Mąż poświęca własne dobro dla żony. Ja zrobiłem podobnie, postawiłem wszystko na jedną kartę z jej imieniem, a gdy nie byłem pewien co będzie dalej to i tak podejmowałem decyzje pod wspólną przyszłość. Ponieważ Anglia nie należy do strefy Schengen i żona musiałaby się starać o wizę wybór padł na Irlandię, gdzie nie trzeba wiz. Zostało mało czasu, załatwiam ostatnie formalności, niestety ta najważniejsza kwestia pozostanie nierozwiązana. Jedna z ostatnich rozmów dotyczyła tego, że nienawidzi języka polskiego oraz wszystkiego co piszę poprzedzając to kategorycznym odmówieniem możliwości jakiejkolwiek naprawy, po czym przeprosiła, ale w całej tej sytuacji nie wiem czego dotyczą przeprosiny, ponieważ ta rozmowa nie jest niczym nowym w odniesieniu do całej sytuacji, którą próbowałem kiedyś rozumieć.

Nigdy nie było mi dane dowiedzieć się prawdy o swojej żonie. Nie dowiedziałem, się co zaszło w ostatnią noc, którą spędziliśmy razem, gdy przyjechała jej matka. Po tym wszystkim trudno wyciągać jakieś konkretne wnioski, jedynie kolejne przypuszczenia. Podczas swojej nieobecności, powiedziała mi, że jest wolnym ptakiem i chce robić to co chce,  sama. Takie słowa martwią po przysiędze małżeńskiej, gdy pojawiają się pewne zobowiązania, których jako mąż dochowuję do dnia dzisiejszego. Pokonaliśmy wszelkie przeszkody, w celu podjęcia wspólnej przyszłości dokonując decyzji, aby żyć razem w szczęściu. Najbardziej szkoda mi ludzi, którzy przykładali się, aby pomóc w każdy możliwy sposób, aby nam się udało – od urzędników w UdsC, kierowniczki USC, przez moich kierowników układających mi grafik pracy według naszych potrzeb, aby umożliwić nam ślub, po znajomych oferujących wszelkie drobne pomoce takie jak szukanie pracy w kraju i udostępniając nocleg w Irlandii.

Próbowałem przemówić jej do zrozumienia, iż sama sobie szkodzi przez wizę, o którą będzie jej trudniej do każdego kraju UE. Dlaczego więc nie straciłem wiary we własną żonę mimo, że tyle na robiła? Sam tego nie rozumiałem powodu dlaczego cały czas pozwalam jej żyć jak ona chce, czy ze mną czy beze mnie. Olśniło mnie pisząc ten tekst, ponieważ również zostawiłem rodzinę dom, miasto rodzinne…dla modelingu. Jednak w moim przypadku szybko się przekonałem, że parę przykrych słów na temat swojego wyglądu potrafi odebrać chęci do tego zawodu i wziąłem się za normalną pracę, w której utknąłem. Teraz moja żona zrobiła podobnie i trochę ją rozumiem, staram się być mężem „na dobre i na złe” i nie pogarszać jej sytuacji. Jestem przekonany, że moja żona wyjechała bez większych, złych zamiarów i popełniła zwykły błąd, który od czasu do czasu popełnia każdy z nas bez zastanowienia, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego potraktowała mnie w tak okrutny sposób, bez szacunku. To nie jest typ kobiety, która zadaje ból świadomie, a wierze, że wiele nocy przepłakała i nieraz żałowała wyjazdu. Chciałbym być przy niej i powiedzieć „Lilka, przytul mocno, wszystko dobrze”. Domyślam się, że wyjechała, ponieważ chciała żyć w innym kraju i bardzo zawiodła się na Polsce (przykro mi, ale nie dziwię się jej, bo wyjeżdżam z tego samego powodu), a fakt, że wybrała Włochy to nic nadzwyczajnego, bo kiedyś też tego chciałem, to piękny kraj. Ale nie dziś – w dobie złej sytuacji gospodarczej i polityczne. Obecnie kojarzy mi się jako kraj, który bezlitośnie odebrał mi żonę, rujnując mi życie, której było podporą. Nie rozumiem dlaczego zrobiła to wszystko bez informowania mnie wiedząc doskonale, że nie stałbym jej na drodze w realizacji celów idąc w zaparte, aby skutecznie uniemożliwić mi udzielenie pomocy ograniczając kontakt. Szkoda, że poświęciła uczciwy związek odcinając się ode mnie i przekreśliła wszystko wybierając modeling, nowych znajomych i skomplikowany styl życia. Ja natomiast będę żyć dalej z pytaniem, które codziennie mnie dręczy…

„co się stało z moją żona…?”

Po przerwie

Witam. Od pewnego czasu zaniedbywałem swojego bloga przez co mam pewne wyrzuty sumienia. Z pisaniem bloga to jest tak, że pomaga mi to zrzucić wszystkie negatywne emocje. Nie zastąpi mi to rozmowy z mądrym człowiekiem (czego mi czasami brakuje), ale dobre i to. Moich problemów wcale nie zrobiło się mniej, na co mogłoby wskazywać moje zaniedbanie, można powiedzieć, że one ewoluowały. Z moją żona nic się niestety nie zmieniło na lepsze, nie zmieniło się chyba nawet na złe, ale to byłaby raczej moja optymistyczna wersja. A może okłamywanie siebie? To jest coś co mnie akurat dręczy. Ale przejdźmy do rzeczy i uporządkujmy sobie to według kolejności. Moja koleżanka uznała, że mój przypadek to idealny przykład na scenariusz do filmu, a moja żona to ktoś kogo powinienem zupełnie olać. Gdyby żona byłaby moją dziewczyną to faktycznie ten problem bym już rozwiązał, ale skoro to jest żona i to w dodatku z innego kraju to sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana niż zwykłe rzucanie. A więc trochę muszę się pomęczyć zanim coś się rozjaśni. Tak czy inaczej w poprzednich wpisach wspomniałem, że podjąłem decyzję o porzuceniu dotychczasowej pracy i poszukać nowej poza granicami Polski. To była decyzja, którą chciałem podjąć kiedy moja żona była jeszcze tu ze mną, lecz wtedy miałem trochę inne powody, bo chodziło o podniesienie stanu majątkowego w kraju, który jest w stanie mi to zaoferować. Temat przeprowadzki trochę ucichł kiedy moja żona wyjechała pozostawiając mnie z różnymi myślami, ponieważ nie wiedziałem wtedy czy to będzie tydzień, miesiąc czy dwa miesiące nieobecności. Decyzję podjąłem niedawno, chociaż długo zbierałem się z myślami, bowiem nie chciałem aby dręczące mnie myśli okazały się mylne przez niepowodzenia. Ból i samotność nawet dziś mi doskwierają. Tak było cały czas i nie powiedziałbym, żeby skala się zmniejszała. Zapytałem więc znajomego, który jest poza granicami o tym jak on żyje, powiedziałem co się dzieje u mnie i w efekcie tej rozmowy zaoferował pomoc w postaci rozwijaniu się w Irlandii. Cóż, chciałem tam pojechać i w pewnym sensie nadal chcę. Momentami nie mogę się doczekać, aby przejść się ulicami miasta, którego nie znam, odkryć coś nowego i zająć się czymś innym.